• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkanoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkanoc. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2012

Kruszonkowy keks


W tym roku miałam dwa podejścia do keksu. Jedno - super przepis, genialny i pod każdym względem łał! Oprócz tego, że nie wyszedł. Miał być zrobiony z samych bakalii, bez mąki - coś jak blok bakaliowy, z miodem i jajkami. I choć mam teraz cudowne bakalie na śniadanie, to to jednak nie jest keks. Za to drugie podejście już było mistrzowskie. 

Keks, w którym - uwaga - nie ma ani grama masła, margaryny czy oleju. Jest za to cała góra bakalii i na wierzchu najlepsza część każdego ciasta, czyli kruszonka. Keks wyszedł rewelacyjnie. Pachnie i smakuje obłędnie, jest puszysty i miękki, a z wierzchu ładnie przyrumieniony.

Keksem kończę przygotowania do Wielkanocy i mogę rozpocząć świętowanie, zaczynając od spróbowania jeszcze ciepłego kawałka ciasta. Cudownie! Uwielbiam Święta.



Keks bez tłuszczu
z Kuchni polskiej

Składniki:
  • 2 jajka
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 1 szklanka śmietany 12%
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 kopiaste szklanki mąki tortowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1,5 szklanki posiekanych bakalii (u mnie kandyzowana skórka pomarańczowa, papaja, migdały, pestki dyni i daktyle)
  • na kruszonkę: 100 g masła, 100 g cukru, 100 g mąki
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C.
Ubij jajka z cukrem na puszystą masę. Dolewaj po trochę śmietany, cały czas miksując. Wsyp mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszaj, aby powstało gładkie ciasto. Na koniec dorzuć bakalii i dokładnie wymieszaj. 
Formę keksową wysmaruj tłuszczem i wysyp bułką tartą. Ciasto przełóż do keksówki do 3/4 jej wysokości (mi zostało trochę ciasta, więc zrobiłam jeszcze 3 keksowe muffinki). Zrób kruszonkę - wymieszaj ze sobą równe części mąki, masła i cukru, zagnieć w kulę i zetrzyj na tarce o grubych oczkach na wierzch keksu.
Wstaw do piekarnika i piecz przez 50-60 minut, aż do ładnego zrumienienia. Wyjmij, przestudź i dopiero wyciągnij z formy. Oprósz cukrem pudrem. 
Keks nie wyschnie, jeśli będziecie go przechowywać owiniętego w folię aluminiową (będzie świeży do 3 dni).




Helene Dujardin - Ujęcia ze smakiem

Takie książki należą do rzadkości i, szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Bo zapotrzebowanie jest duże i wiele osób chętnie kupowałoby takie książki, gdyby tylko było ich więcej. Ponarzekam sobie trochę przy okazji też na polskie książki kucharskie, wśród których mi jest ciężko znaleźć taką, która byłaby ciekawa, z dobrymi przepisami i z ładnymi zdjęciami. Od czasu do czasu pojawiają się perełki, i to wszystko. Zresztą ja sama więcej dobrych zdjęć kulinarnych widzę na blogach niż między stronami książek. Bo choć ludzie należący do polskiej blogosfery (może poza pojedynczymi wyjątkami) nie kończyli szkół fotograficznych, nie studiowali na ASP ani w łodzkiej filmówce, to niektórzy z nich mają doświadczenie, którym mogliby zmiażdżyć niejednego profesjonalistę z dyplomem. Bo uczą się sami, tkwiąc nad miską zupy albo jedną kluską godzinami (od czego bolą później plecy), dobierając kolory, faktury, robią wygibasy z aparatem, a jeszcze jak ktoś tak jak ja nie lubi fotografować inaczej niż przy świetle dziennym, to musi się z tym całym majdanem tak sprężyć, żeby zdążyć przed zachodem słońca (w zimie - do 15). I właśnie ci kulinarno-fotograficzni zapaleńcy pokochają tę książkę. Ma mnóstwo prostych rad i wskazówek, jest konkretna i - co najważniejsze - prosta. Minusem wielu książek do nauki fotografii jest to, że ich autorzy używają zagmatwanego języka, tłumaczą proste rzeczy w skomplikowany sposób albo używają zwrotów z branży, których nie rozumie nikt poza nimi i ich znajomymi. A tutaj tego brak. Ujęcia ze smakiem bardzo pomagają w samouczeniu się. A zdjęcia, które są w środku i cała stylistyka książki są absolutnie cudowne. Stanowczo domagam się większej ilości takich tytułów.

wtorek, 17 maja 2011

Sernik kokosowy



Wyszperałam kiedyś przecenioną książkę w Empiku (nota bene to był piękny czas, kiedy w Empiku na drugim piętrze stał jeszcze regał pod tytułem "przecena", często z wybrakowanymi książkami, przy czym wybrak mógł polegać zarówno na braku części stron, jak i na małym zagięciu okładki; później regał się zlikwidował i nastały mroczne czasy) - Popławskiej, Coaching duszy. Wygłosiłam już hymn pochwalny pod jej adresem (o tu, klik!) i obpstrykałam książkę ze wszystkich stron. Jak odkryłam, że Popławska zrobiła* jeszcze jedną książeczkę, zaraz popędziłam do księgarni. Z przystankiem na allegro, gdzie zamówiłam, ale odebrałam już osobiście. Jak należy: człap człap człap, dzień dobry, ja mam u państwa książkę do odebrania, na nazwisko, podpis, dziękuję, paragon jest w środku. Nie mogłam się doczekać i od razu roztargałam brązowy papier. A tam małe cudo: książka w pudełeczku. Z wstążką i śrubką. Rozwiązanie zagadki jak dostać się do środka książki zajęło mi drogę z jednego końca rynku na drugi, kiedy wreszcie pokręciłam śrubką w drugą stronę niż mocowałam się wcześniej i hurra! Mam Talent.

* zrobiła książkę, nie napisała. Bo w niej jest wszystko dopieszczone: tekst, szata graficzna, obrazki, pomysł.


 Uwielbiam! Dużo kolorowych kartek, wycinanki, witraże, wszystko tak ładne, czasem śmieszne, czasem do zastanowienia. Takie do czytania, schowania i wysyłania, chociaż są tak śliczne, że aż żal je wysyłać. O miłości, ale nie tak, że lukier się leje strumieniami i jest tak słodziachno, że aż do zamulenia. Jak ma być miło, to jest przy okazji mądrze, przez resztę czasu zabawnie, a niekiedy nawet ironiczny uśmiech w kąciku ust się przybłąka. Książeczka-wyjmowanka, prześliczna i przeurocza.



Już nie mogłam doczekać się sernikowej akcji organizowanej przez Oliwkę. Od zawsze lubiłam serniki. I drożdżówki z serem. I ciasta z nadzieniem serowym. I wszystko z serem! A serniki są z tego towarzystwa o tyle fajne, że robi się je rach ciach, miksuje wszystko, wylewa masę serową na spód i po godzinie ma się całą blachę pyszności.

 
Na pierwszy ogień poszedł kokos (w planach jest jeszcze sernik bananowy, truskawkowy i bardziej klasyczny, puchaty). Przepis mam od Basi. Zmieniłam go, jak zawsze, żeby był bardziej mój i wyszło duże puchate cudo. Pokroiłam na kwadraty, zapakowałam do pudełka, hops do torebki i ku chwale ojczyzny - na uczelnię. Sernik jest leciutki, z gatunku puszków-okruszków (puszek jak chmurka, po którym zostają same okruszki). Dobrze upieczony, ale właśnie nie ciężki, a taki miziasty. Pysz-ny! Dostałam już domowe zażyczenie na rok do przodu, ze na wielkanoc ma być właśnie taki. Nie zamula jak ulepek, jest idealnie słodki, z kokosową pianką na wierzchu, która przypomina kokosankę. Tylko ze zamiast małego ciasteczka jest cała warstwa na górze sernika.

I na górę kleks bitej śmietany. Ostatnio najchętniej wszystko kleksowałabym bitą śmietaną.


Sernik kokosowy

Składniki na prostokątną formę ok. 35x25 cm:
ciasto:
  • 200 g kruchych ciasteczek (ja dałam pełnoziarniste)
  • 100 g roztopionego masła
masa serowa:
  • 900 g zmielonego białego sera
  • 100 g jogurtu greckiego
  • 200 g cukru 
  • 1,5 paczki budyniu waniliowego
  • pół szklanki oleju
  • pół szklanki mleka
  • 5 żółtek
  • 2 białka
kokosowa pianka:
  • 6 białek
  • 5 łyżek cukru
  • 200 g wiórków kokosowych


Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 190 stopni C. 
Zrób spód: ciasteczka pokrusz na drobne okruszki, wlej masło i wymieszaj palcami. Okruszki ciastek mają wchłonąć masło. Wyłóż nimi dno foremki (wcześniej wysmaruj foremkę masłem i wysyp bułka tartą), dociskając mocno palcami, żeby spód był równy i zwarty. Wsadź do lodówki.
Zrób masę: zmielony ser zmiksuj ze wszystkim oprócz białe. Te ubij w oddzielnej misce na puszystą pianę. Przełóż gotową pianę do miski z serem, wmieszaj delikatnie drewnianą łyżką albo łopatką do ciasta. Wyciągnij ciasteczkowy spód z lodówki, wylej na niego masę serową i włóż do piekarnika na ok. 40-50 minut. W tym czasie zrób kokosową piankę na wierzch: białka ubij na sztywną pianę, dodając stopniowo po trochę cukru. Na końcu wsyp wiórki kokosowe i wymieszaj. Wyciągnij z piekarnika podpieczony sernik, wyłóż na wierzch równą warstwę kokosowej piany, włóż z powrotem do piekarnika i piecz jeszcze 15-20 minut, do zrumienienia wierzchu. 
Po upieczeniu wyjmij z pieca, przestudź (sernik lekko opadnie i tak ma być) i częstuj się. Smacznego!




Barbara Popławska, Marketing miłości w 44 wariacjach

(o książce napisałam wyżej)


niedziela, 24 kwietnia 2011

Wielkanoc, volume 3. Babeczka


Wielkanocne wypieki bynajmniej się nie skończyły. Skończyło się tylko ich pieczenie: a teraz, zająć się na słodkie wypieki, jest w czym wybierać. W akcie powszechnej wielkanocnej mobilizacji upiekłam w miejsce świątecznego mazurka zjedzonego przed świętami małe babki. I smyk, do koszyczka. Robiłam je w małych foremkach - babeczki są wysokie na 6-7 cm, taką też mają średnicę i mieszczą się na dłoni.

Są bardzo, bardzo puszyste. Rzadko kiedy robię ciasta piaskowe, dlatego podpatrzyłam w przepisie wytarganym z gazety (oldschool is cool - Poradnik Domowy radzi), na czym takie ciasto polega i jak je zrobić. "Piaskowiec" jest takim puszkiem-okruszkiem wśród wypieków, bardzo lekkim i delikatnym. Wszystko dzięki dwóm rzeczom. Pierwszy myk polega na ubiciu osobno żółtek z cukrem i masłem, a osobno białej na sztywną pianę, która potem delikatnie miesza się z resztą składników. Drugi trik to zastąpienie zwykłej mąki - ziemniaczaną. Nie trzeba zamieniać całej ilości mąki na ziemniaczaną, można zmieszać w proporcjach np. 3/4 ziemniaczanej do 1/4 zwykłej - ale im więcej ziemniaczanej, tym ciasto bardziej puszkowate. Dlatego moje babki są tylko z tą mąką. Do tego na wierzchu lukier i rodzynki (kto nie lubi rodzynek w cieście, może nie dodawać).




Widzicie Pacmana? ;)



A dzięki temu, że przepis zawiera tylko mąkę ziemniaczaną zamiast zwykłej (która jest źródłem glutenu), babkę mogą jeść osoby na gluten uczulone.




Wielkanocne mini-babki do koszyka

Składniki na 8-10 babeczek:
  • 2 jajka
  • 3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół szklanki cukru (najlepszy będzie cukier puder, ale jeśli nie macie, może być zwykły)
  • pół kostki masła
  • 1 opakowanie cukru waniliowego (16 g)
  • dwie garści drobnych rodzynek (kto należy do tej części ludzkości, która wydłubuje rodzynki z ciasta, niech nie dodaje :) )
  • na wierzch: lukier (cukier puder + sok z cytryny)
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 170 stopni C. Małe babkowe foremki wysmaruj masłem i wysyp bułka tartą.
Same żółtka bardzo dokładnie ubij z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodaj cukier waniliowy i przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia. Wymieszaj. W rondelku roztop masło, schłódź je i wlej cienką strużką do masy. W osobnej misce ubij białka na sztywną pianę. Przełóż białka do masy żółtkowej i delikatnie, drewnianą łyżką albo łopatką do ciasta, połącz białka z ciastem. Wlej masę do foremek, włóż do piekarnika i piecz przez około 20-30 minut - aż babki zezłocą się na wierzchu i przejdą patyczkowy test (wkładamy suchy, drewniany patyczek w ciasto i jeśli po wyjęciu jest suchy, babki są gotowe; jeśli nie - trzeba jeszcze piec). Najlepiej sprawdzić patyczkiem po 15 - 20 minutach.
Wyjmij, ostudź. Zrób lukier: do cukru pudru dodawaj po trochę soku z cytryny, aż do uzyskania lejącej, ale nie za rzadkiej konsystencji. Jeśli lukier będzie za płynny, dodaj więcej cukru pudru, jeśli za gęsty - soku z cytryny. Polej lukrem babki.

Moja uwaga: ciasta piaskowe najlepsze są świeże, dlatego babki są najsmaczniejsze tego samego i następnego dnia po upieczeniu.

Wzięte ze zbioru aforyzmów

Rzecz powszechnie przydatna.

Podaję dla porządku, bez głębszych refleksji na temat księgi aforyzmów tej i zbiorów złotych myśli w ogóle.

sobota, 23 kwietnia 2011

Wesołych Świąt!


(i wszystkiego najlepszego z okazji Światowego Dnia Książki, który jest dzisiaj!)

czwartek, 21 kwietnia 2011

Wielkanoc, volume 2. Mazurek kajmakowy


Z czterociastowego ambitnego planu, odpadło jedno. Nie będzie paschy. Ale ale, będzie dużo innych wielkanocnych dobrodziejstw. Dziś mazurek, jutro zabieram się za sernik. Mazurek został w połowie objedzony zanim się do niego dorwałam z własnym talerzykiem i nie ma opcji, żeby dotrzymał do świąt. Ze wczorajszej babki został zgrabny pięciocentymetrowy pasek ciasta. Będziemy siedzieć po serniku. Zaprę się i nie dam. Będę bronić rekami i nogami i sio od niego aż do soboty.


No bo co, co chwilę, nie cytroląc się, ktoś wychodzi z kuchni z kawałkiem mazurka w łapie. Już nawet nie żeby sobie cichcem przemykać - przedświąteczne podjadanie odchodzi bez ceregieli. Jak raz w życiu chciałam upiec ciasta wcześniej: żeby sobie później w spokoju wysprzątać, odpocząć, poczytać to i owo z kubkiem herbaty i kawałkiem ciasta w ręce - tak nonieno, nie da się. Pa pa moje ciastko do herbaty i książki. 
ACZkolwiek, mój system wcale nie jest taki zły. Po prostu za rok muszę te ciasta gdzieś przemyślnie zchomikować na dwa dni - i jeszcze tak, żeby były świeże, ale to przy odrobinie inwencji da się zrobić.


Opracowałam fajną sztuczkę na kruche ciasto - żeby było jak najkruchsze, ale bez rozpadania się na kawałki. Zamiast jajka, jak zwykle robię, dodałam dwa żółtka - bo one dają kruchość - i wyszło superdelikatne, warstwowe ciasto - jak półfrancuskie. Ważny jest też cukier puder - ciasto ma być gładkie, bez małych kryształków cukru. Nie wiem czy ciasto można ochrzcić mianem czadowego, ale jeśli można, to takie właśnie to jest. Wymyśliłam sobie mazurek z kajmakiem. Ale kajmak jest wściekle słodki - dobrze by to czymś kwaśniejszym przełamać, żeby się nie zacukrzyć na amen. Dżem więc. Lekko kwaśny, malinowy. Na niego ciach, masa kajmakowa i na wierzchu robótki ręczne. 


Mazurek kajmakowy


Składniki:
ciasto:
  • 200 g mąki
  • 100 g schłodzonego masła
  • 50 g cukru pudru
  • 2 żółtka
  • szczypta soli
  • odrobina zimnej wody
na wierzch:
  • kajmak - 3 opcje: albo robimy sami z cukru, mleka, masła, śmietanki i żółtek, ale że takiego nie robiłam, więc drugie albo: puszka słodzonego mleka skondensowanego i podgrzewamy przez 2-3 godziny, czego też nie robiłam, albo: kupujemy gotową masę kajmakową w sklepie (sprzedawane zazwyczaj w małych puszkach)
  • lekko kwaskowaty dżem (u mnie malinowy, tylko ważne, żeby nie był za słodki)
  • bakalie na wierzch - u mnie: orzechy, żurawina, pestki dyni i słonecznika, rodzynki, prażony amarantus
Przygotowanie:
Usyp kopczyk z mąki, cukru pudru i soli, wbij do środka dwa żółtka i pokrojone na małe kawałki masło. Wymieszaj wszystko rękami, zagniatając masło z mąką jak na zacierki. Powinno ci wyjść coś przypominającego kruszonkę. Jeśli ciasto nie klei się w zwartą kulę (a prawdopodobnie tak będzie), dolej odrobinę wody, powiedzmy łyżeczkę i spróbuj zagnieść. Jeśli za mało, znowu dolej odrobinę i zagnieć. Ciastową kulę owiń folią i schowaj do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wyjmij, posyp blat mąką i rozwałkuj ciasto na kształt prostokąta. Zagnieć na bokach brzegi z ciasta - na ok. 1 - 1,5 cm. 


Przenieś prostokątny placek na blachę wysmarowaną masłem i wyłożoną papierem do pieczenia. Potykaj je widelcem, robiąc w nim dziurki (inaczej ciasto podczas pieczenia się wybrzuszy). Na wierzch wyłóż dżem i rozsmaruj równą warstwą. 


Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C na 20-25 minut, aż brzegi się nie zezłocą. Dżem na wierzchu będzie bąbelkować.


Wyjmij, porządnie ostudź i rozsmaruj na wierzchu równą warstwę kajmaku. 


Ozdób bakaliami i viola - gotowe!





Emily Craig, Tajemnice wydarte zmarłym

Cytat jest mało hm, trupi, mało może adekwatny do całości, ale nic innego nie nadaje się na cytat. Co nie znaczy, o nie nie!, że książka denna. Po prostu książka ma specyficzną tematykę. Kto pamięta jak pisałam o Sztywniaku Mary Roach, ręka w górę (kto nie pamięta - klik!). Lubię takie dziwności. Ale do rzeczy. 
Craig jest antropolożką sądową, czyli w wielkim skrócie jeździ na miejsca zbrodni, przed wystawieniem nogi z samochodu już zdąży krzyknąć "niczego nie ruszać, niczego nie dotykać!", po czym bada kości, kończyny ludzkie i zwęglone szczątki, próbując dowiedzieć się, kim była zmarła osoba, jak zginęła, a być może też kto ją zabił. Oczywiście, że jest cały zestaw obrzydliwości, jak co nas zżera, czyli które robaczki robią sobie na nas po śmierci balangę, która część ciała rozkłada się pierwsza i po jakim czasie zostają z nas kosteczki i dlaczego zęby są niezniszczalne. Ale jest też pokazanie pracy antropologa sądowego, no nie oszukujmy się, bądź co bądź lekko stresującego zajęcia, od bardziej ludzkiej strony (ludzkie jest w kontekście tej książki pojęciem wybitnie wielowymiarowym): odwołane randki, bo trzeba jechać zidentyfikować zwłoki, praca ciągiem przez dwie doby, bez zmrużenia oka, bo sprawa jest wyjątkowa i zrywanie się w środku nocy, bo gdzieś znaleziono kości i trzeba je oglądnąć. Czyli taka Doctor G (serial dokumentalny na Discovery, w którym doktor G - patolożka sądowa, badała ciała w swoim laboratorium) w wydaniu książkowym i kostnym. Bo Craig co i rusz przypomina, że jest antropologiem i w związku z tym bada kości - od całej "miękkiej" reszty (mięśnie, skóra, narządy) są anatomopatolodzy. I dobrze, że przypomina, bo dzięki temu jest rzetelnie. I ciekawie. I znowu przeczytałam niezłą książkę. To nie tak, że czytam same dobre, a po złe nie sięgam. I to też nie tak, że co którąś wezmę do reki, bezkrytycznie oceniam ją jako cud miód orzeszki. Wręcz przeciwnie, bardzo krytycznie czytam każdą książkę, wychodząc od pozycji 0, a nie +5. Tylko że ja już zdążyłam naczytać się słabych książek i mam dzięki temu ten komfort, że jak wybieram - to zazwyczaj dobre. Bo już wiem, czego nie lubię. Co mi się na pewno nie spodoba. Który autor mnie zanudzi na śmierć. I uważam, że marnowanie swojego czasu na kiepskie książki jest wyjątkowo bezcelowe. Choć, no tak, zdarza mi się czytać coś słabego. W trzech sytuacjach: bo muszę, np. do egzaminów, bo jest reklamowana jako bestseller, a okazuje się jedną wielką kichą i bo mimo że wiem, że nie warto, to czytam, bo jestem ciekawa czy faktycznie.
No dobrze, więc żeby zachować równowagę, wkrótce napiszę krytycznych słów kilka o pewnej bardzo głośnej książce. A nawet czterech, wszystkich powiązanych, wszystkich na raz.

Wielkanoc, volume 1. Babka makowo-pomarańczowa


Pierwsze wielkanocne tegoroczne ciasto. Uwielbiam mak, a jako że moja WNM - Wielka Nieskończona Miłość - nie zostanie w te święta odwzajemniona makowcem, przemyciłam czarne kropki w babce. Do tego skórka pomarańczowa, zrobić raz dwa, do pieca i za godzinę można wyjmować miękkie, wyrośnięte i pomarańczowo pachnące ciasto. Tak ładnie wyrosło, że odwróceniu i wyjęciu z czerwonej foremki nie da się położyć na płaskim, tylko stoi babka jak statek ufo - taka wybrzuszona z dwóch stron. Puszysta w środku, z przypieczonym wierzchem (po odwróceniu do góry nogami na talerz wierzch przestaje być wierzchem, a staje się podspodem). 
babka jest bardzo, bardzo puszysta, mięciutka, nie sucha. Za rok też taką chcę :)


Akurat na rozpoczęcie wielkanocnego pieczenia zrobiło się ciepło, słońce zaświeciło, buchnęło nieśmiało zielenią. A ja w kuchni, pomieszałam sobie, popiekłam, nawąchałam się zapachu domowego ciasta. Jak miło, że mamy Wielkanoc na wiosennie.


Puszysta babka makowo-pomarańczowa
(przepis z zeszłorocznego numeru Kuchni, z moimi zmianami)


Składniki:
  • 1/3 szklanki suchego maku
  • 1/2 szklanki mleka
  • 18 dag miękkiego masła
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g albo dwa małe po 16 g)
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 4 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • kilka kropli esencji pomarańczowej (nie aromatu - w Polsce jest dość trudno dostępna, można pominąć)
  • 1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
  • 3 szklanki mąki (u mnie pszenna pełnoziarnista)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • na wierzch - cukier puder

Przygotowanie:
Mak zalewamy mlekiem i odstawiamy na pół godziny. Ucieramy masło z cukrem, cukrem waniliowym, wanilią i wbijamy po jednym jajku + na koniec żółtka. Gdy masa będzie już gładka, dodajemy skórkę, ewentualnie esencję pomarańczową. Do tego wlewamy sok i mleko z makiem. Jeszcze krótko miksujemy. 
Następnie delikatnie łączymy masę z przesianą wraz z proszkiem do pieczenia mąką. Masę przekładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą formy na babkę i pieczemy przez 45-55 minut w 200 stopniach C, do "suchego patyczka". Jeśli po 55 minutach babka nadal wyda się wam niedopieczona, pieczcie jeszcze kilka minut dłużej.
Wyciągamy, studzimy, posypujemy cukrem pudrem już całkowicie wystudzone.
I smacznego :)




Dariusz Zaborek, Życie. Przewodnik praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu:

Z wywiadu z Jerzym Maksymiukiem (Dominujący Element Furii)

Z wywiadu z Michaliną Wisłocką (Seksualistka)

Wymyślić tytuł książki, który jest tak uniwersalny, że aż niemożliwe, żeby nie chwycił, nie jest trudno. Pierońsko ciężko jest później obronić ten tytuł środkiem książki. Przykład: Hołownia i jego Bóg. Życie i twórczość - choć hołowniowe, rzetelne, to jednak nie tak - nie z motyką na słońce, nie na 258 stronach. Dlatego jak ktoś już sobie wymodzi w głowie mocny tytuł, a ja przy okazji po to sięgnę, zaczyna się krytyczne czytanie. No bo co, nie przesadza? Nie chce tylko marketingowo zaczepić i mając nadzieje, że znajdzie dużo życiowych ciap, wcisnąć im książki z dobrym tytułem, a pożal-się-boże wnętrzem?
Hm. Wywiady z Pieczką i Starowieyskim przeczytałam w domu. Wywiady z Czaplińskim, Maksymiukiem, Życińskim i Lengren były autobusowe. Z domu na uczelnię i z powrotem. Wisłocka na przystanku, Fołtyn i Janowska w kawiarni na Brackiej, Bartoszewski na dobranoc do poduszki, Środa na dzień dobry, ale ładny dziś mamy poranek. Jaczewski w kolejce na poczcie, Kałużyński, kiedy czekałam na spóźnialskiego. Życiński, Chrzanowski, Kaczyński (Bogusław) - kiedy ciasto wyrosło w piekarniku. Bardzo (baaardzo) dawno nie miałam w rękach książki, którą tak dobrze mi się czytało - tak, że nawet na przystanku żal mi było dreptać jak zwykle przez cztery minuty w kółko zamiast czytać. Bo chciałam wiedzieć, a kto, a co powiedział. Wywiady są fantastyczne - wybrane rozmowy Zaborka ze znanymi osobami, które ukazywały się (rozmowy, nie osoby) w Dużym Formacie. Już pomijając, że DF nie puści nudnego wywiadu, Zaborek zrobił kupę dobrej roboty. Te rozmowy sobie płyną, swobodnie, jakoś bez wysiłku, bez krępującej cichy. 
Mądrze jest czytać mądrych ludzi. Z poczuciem, że a w nosie mam, że nie mam czasu. Że powinnam brnąć teraz przez kilka książek i tekstów do czerwcowej sesji. Kiedy ja chce czytać po swojemu, właśnie to.

wtorek, 19 października 2010

Kolory i puszystości. Sernik londyński z winogronami


Różowy tydzień dobiega końca. Dawno nie było tu porządnego kawałka ciasta, takiego co to nożem, a potem szpadlem do ciasta trzeba przy nim operować (ktoś ma pomysł jak nazwać tę łopatkę, tę taką nabieraczkę do ciasta, która kształtem przypomina szeroki nóż, tylko nie kroi i służy do przenoszenia kawałków ciasta, żeby dotarły na talerz w miarę w jednym kawałku? - a przynajmniej nie w więcej niż trzech?). Sernik dodatku widelca się nie doczekał, ani łyżeczki nawet. Warunki półpolowe sprawiły, że 30 osób jadło sernik rękami i... nikt się za głośno nie skarżył. Czasami smak i atmosfera miejsca są ważniejsze niż pełna zastawa (co prawda coś tam było - zamiast widelczyków w pogotowiu czekało 30 noży, ale na nie nikt się jakoś nie skusił).

A sam sernik? Puszysty, "mokry", ale nie ciężki. Wręcz przeciwnie, lekki. Z cytrynową skorupką z białej czekolady na wierzchu. I z winogronami. A o północy z 44 świeczkami na torcie. (43, ale nikt chyba nie zauważył, jak wyleciała jedna, bo siła "stu lat, niech żyje żyje nam" nie zmalała jakoś drastycznie).
Och tak, och tak, jak ja ogromnie lubię świętować. Wszystko!



Składniki 
na masę serową:
  • 1 kg dobrze zmielonego twarożku (może być ten kupny, w wiaderku, byle bez dodatku cukru)
  • 230 g cukru pudru - jeśli ma być tylko lekko słodki, może być 200 g
  • 5 dużych jajek (lub 7 małych)
  • 4 duże żółtka jajek (5 małych)
  • 2,5 łyżeczki ekstraktu waniliowego (można dać dobry cukier waniliowy)
  • 1,5 łyżki soku z cytryny
na polewę:
  • 1,5 tabliczki białej czekolady
  • skórka starta z jednej cytryny - dokładnie sparzonej i wyszorowanej (żeby nie było żadnych pozostałości chemicznych psikaczy na wierzchu)
  • winogrona - białe i ciemne
  • kilka kostek gorzkiej czekolady startej na tartce na wiórki
Przygotowanie:
Jako że sernik jest bez spodu, wyłóż blachę papierem do pieczenia - wytnij z niego kółko takiej wielkości jak spód blachy i wyłóż go nim. Jeśli chcesz zrobić spód, możesz go zrobić z pokruszonych herbatników i masła -  roztopić masło, dodać do pokruszonych herbatników, wymieszać, połączyć wszystko i wyłożyć blachę, przyciskając dokładnie ciastka do spodu, potem schłodzić i po ok. 15 minutach powinno być gotowe. Ale (ALE), wcale nie musisz robić tego sernika ze spodem. Ja go pominęłam.
Na początek rozgrzej piekarnik do 180 stopni C. W dużej misce ubij ser, aż będzie gładki i lśniący. Następnie dodaj cukier. Miksując, wbijaj po kolei jajka i żółtka, ciągle mieszając dodaj wanilię i sok z cytryny.
Sernik piecze się w kąpieli wodnej. Czyli najpierw trzeba zagotować wodę i przygotować dwie blachy: jedną mniejszą, drugą większą, do której na mała się zmieści. W mniejszej będzie sernik, a w dużej gorąca woda. Owiń formę na sernik podwójnie złożoną folią aluminiową, włóż do większej formy. Przez to do sernika nie dostanie się woda. Wlej masę serową do formy. Większą zalej gorącą wodą, plus minus do połowy jej wysokości. Wstaw do piekarnika i piecz ok. 50 minut. Powierzchnia sernika powinna być ścięta i, jak dotknie się palcami, sztywna (tak, że polewa nie wsiąknie). Tylko uwaga na palce, bo sernik będzie gorący! Test z suchym patyczkiem się nie sprawdzi - sernik jest w środku wilgotny i kremowy (na metodę suchego patyczka to my go możemy co najwyżej przypalić).
Polewę przygotuj z białej czekolady rozpuszczonej w kąpieli wodnej. Zetrzyj do niej skórkę cytrynową, wymieszaj, przestudź lekko, żeby nie była wściekle gorąca, ale nadal dała się rozsmarować na cieście i polej nią wierzch sernika. Powtykaj w nią połówki winogron, posyp wiórkami z ciemnej czekolady i wstaw do lodówki na co najmniej kilka godzin. 

Voila! 




Mariusz Urbanek - Kisiel 
(o książce pisałam już tutaj: klik)

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Wielkanoc inaczej. Pascha czekoladowa


To już ostatni wielkanocny przepis, bo święta minęły tydzień temu, tesknię do bardziej wiosennych przepisów, nie tylko tych świątecznych. Pascha czekoladowa jest już ostatnim wypiekiem i wspomnieniem tegorocznej Wielkanocy. Zrobiłam ja w dokadnie taki sam sposób jak poprzednią, jasną, dodając jednak kakao, wiórki czekoladowe i formując ją nie w kopułę, a nakładając do miseczek. Wyszła przepyszna, lekka jak chmurka, delikatna i mocnoczekoladowa. Taka aksamitna masa do jedzenia łyżeczką. Dzięki dodaniu białek zrobiła się napowietrzona, figi i daktyle przełamały czekoladową słodycz masy. Pyszne! :)

Pascha czekoladowa aksamitna delikatna bąbelki czekolada figi daktyle orzechy wielkanoc święta

Składniki:
  • 1 kg twarogu, trzykrotnie zmielonego lub gotowy w wiaderku
  • 4-5 żółtek (jeśli duże – 4, małe - 5)
  • 1/3 – 1/2 szklanki cukru
  • wanilia – ekstrakt lub cukier waniliowy, wtedy cukru zwykłego 1/3 szklanki
  • 1 szklanka letniego, wcześniej rozpuszczonego i sklarowanego masła, najlepsze jest takie, które ma w sobie najmniej wody
  • pokrojone bakalie: daktyle, morele, figi i orzechy (byle nie rodzynki)
  • tabliczka gorzkiej czekolady startej na grube wiórki
  • 3 łyżki kakao
Przygotowanie:
Przełożyć ser do dużej miski. Żółtka, cukier i wanilię (ekstrakt lub cukier waniliowy) ucierać w osobnej misce, dopóki masa nie będzie jasna i puszysta. Żółtka dodać do sera. Masło roztopić, sklarować (ściągnąć białą pianę z wierzchu) i przestudzone wlać do masy. Dodać kakao i czekoladę. W jeszcze jednej misce ubić białka pozostałe po oddzieleniu żółtek, z odrobiną soli. Uzyskaną w ten sposób sztywną pianę przełożyć do sera, delikatnie wymieszać plastikową łopatką albo drewnianą łyżką tak, żeby masa była puszysta i napowietrzona.
Na dnie miseczek lub pucharków ułożyć bakalie. Przykryć masą do połowy wysokości, następnie znowu ułożyć warstwę bakalii i wypełnić masą do końca. Wierzch posypać posiekanymi orzechami włoskimi. Włożyć do lodówki, żeby pascha porządnie się schłodziła. Najlepiej zostawić masę na całą noc.

Pascha czekoladowa aksamitna delikatna bąbelki czekolada figi daktyle orzechy wielkanoc święta

Pascha czekoladowa aksamitna delikatna bąbelki czekolada figi daktyle orzechy wielkanoc święta

Pat Lauer, Tajemnicze historie
Pat Lauer, Tajemnicze historie (kto zgadnie o co chodzi? :) )

Fajna książka. Z zagadkami. Jakoś tak nie wychodzi mi inny początek niż tylko zajechanie banałem. Ale książka nie jest banalna. Ooo nie. Podzielona jest na kilka dużych działów, w których zagadki ułożone są od najłatwiejszej do najtrudniejszej - subiektywnie, mi niektóre z przodu było trudniej rozwiązać niż te na końcu, przez co moje poczucie umiejętności logicznego myślenia najpierw drastycznie spadło, ale zaraz potem znowu wróciło na swoje miejsce. Są zagadki kompletnie na pozór bez sensu, ale jak się ruszy mózgownicą, to wychodzi z tego ładna i jasna całość. Tajemniczymi historiami się "gra". Najfajniej z kimś. Kupa śmiechu gwarantowana.
Related Posts with Thumbnails