• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gałka muszkatołowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gałka muszkatołowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2011

Bałwankowe kochasie


Śnieeeg! 
Śnieg, śśśśśnieg, śnienienienieg. Biało w każdej formie, w każdym miejscu, błyszczy się, brokaci, można lepić kulki na bałwana, można walczyć na kulki, można robić aniołki, których po podnoszeniu się z ziemi i tak nie potrafię nie zepsuć. Ale to nic. Jest śnieg, znaczy: jestem gotowa na święta. 

Bo choinka choinką, pierniczki, gwiazdki, lampki na oknie, porcelanowe aniołki dyndające sznurkowymi nogami na półce przy książkach, nawet wełniane rękawiczki na sznurku. To wszystko jest cudowne, zimowe, świąteczne. Ale prawdziwe czary-mary to śnieg.


I właśnie przez śnieg przedłużył się mój powrót do domu, a razem z nim świąteczne bałwanki. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie ulepić mini-bałwana, bez marchewki i garnkowego kapelusza, tłumaczę się euforią z pierwszego śniegu.

Bo ciasteczkowe bałwanki już musza mieć grube rękawiczki. I kapelusz, a do tego lukrowane guziki z błyszczącymi kulkami z cukru. Muszą pachnieć przyprawami, mieć w czapkach dziurki na wstążki, żeby móc zawisnąć na choince i być bardzo, bardzo kruche. Jak te.

(Może być też jak inne piernikowe ciasteczko, które miało być skarpetą, ale termoobieg mi je zdmuchnął w pół. I tak się upiekło)


Piernikowe bałwanki


Składniki:
200 g masła, 200 g cukru, 3 jajka, 1/2 szklanki płynnego prawdziwego miodu, 600 - 700 g mąki, 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, 3 łyżki przyprawy do pierników, 1 łyżka kakao, 1 łyżeczka mielonego imbiru, 1 łyżeczka cynamonu, 1 łyżeczka zmielonego kardamonu, 1/2 łyżeczki sproszkowanej gałki muszkatołowej

Przygotowanie:
Masło z cukrem ubić dokładnie mikserem. Dodać jajka i miód. Wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, kakao i wszystkimi przyprawami. Dodać do masy maślanej i szybko wymieszać, aż składniki się połączą. Ciasta nie trzeba wkładać do lodówki. Podzielić na 2 części i rozwałkować na placki grubości 3-4 mm. Wyciąć foremką ciastka i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić do piekarnika o temp. 180 st. C, piec 13-15 minut, aż się zrumienią. Ostudzić, udekorować lukrem i porozwieszać na choince.
Smacznego :)




Zdenek Mahler, Vladimir Fuka - Nowy Jork

Zaczęłam czytać. Entuzjazm! Kolejna książka wycinankowa, kolażowa, posklejana z najróżniejszych myśli, zasłyszanych rozmów, słów poprzeplatanych ze sobą w zaskakujący, ale miły sposób. Och, jaka lekka, fajna i przyjemna. Czytałam dalej. Czy ona na pewno jest lekka? Doszłam do końca. Nie, z pewnością nie jest. Nie należy do łatwych, lekkich i bezrefleksyjnych. Bo o zastanowienie się tu chodzi. To, co wydaje się na pierwszy rzut oka fascynujące, wolne, bezproblemowe - wcale takie nie jest. Bo Nowy Jork sprawia wrażenie ogromnego kosmopolity, który przyjmie do siebie wszystkich, gdzie każdy może być kim chce albo udawać kogo mu się żywnie podoba. Tylko że w Nowym Jorku nikt się o ciebie nie zatroszczy. Nikt nie zwróci uwagi, że masz zły dzień, bo wszystko dzieje się szybko i twój problem w tym, żeby się z nim równie szybko uporać. W NY zimę przechodzisz w krótkim rękawku i nie zmarzniesz. Rano wystarczy że zjedziesz windą pod ziemię, podziemna kolejka podjedzie pod twój wieżowiec, dowiezie cię do stacji pod twoim biurem i wszystko, co musisz zrobić, to nacisnąć odpowiedni guzik z numerem piętra. W święta nie zobaczysz śniegu, chyba że na filmie. To smutne. Ale i genialnie pokazane. Jak z kwadratowego pliku kartek włożonych między dwa sztywne kartoniki jako okładki można zrobić małe dzieło sztuki. Tak refleksyjne, ale nie nachalnie, tylko właśnie do zamyślenia się. Brawo. I proszę o więcej takich książek.

piątek, 16 grudnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - Cukiernia pod Amorem

Dzisiaj kolejna pozycja z cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Nie wiesz o co chodzi? Informacje o piątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.



Przy takich książkach ludzie mówią zazwyczaj: „Nie wiem jak wytrzymam tyle czasu, czekając na trzecią część Cukierni pod Amorem"... A ja nie wiem, jak wytrzymałam tyle czasu, czytając ją.

Bo to cegła. Gruba, duża, ciężka. Do czytania, nie tylko do przeczytania. Zapomnijcie o szybkim pochłonięciu Cukierni pod Amorem na raz, w jeden wieczór. Albo dwa. Nawet dziesięć nie wystarczy. I w tym właśnie tkwi cała zabawa – że można się rozsmakować, pozamyślać, zamknąć oczy i najzwyczajniej podelektować się książką. Lubię taką literaturę, bo są powolna, a przez to tak cudownie spokojna, nieśpieszna i przyjemna. Taka prawdziwa.

Cukiernia pod Amorem to powieść z wieloma wątkami, jak serialowy tasiemiec w wersji na papierze. Z mnóstwem bohaterów, z wydarzeniami rozciągniętymi w czasie na ponad 100 lat. I ogromem pracy włożonej przez autorkę w jej napisanie i to jeszcze tak, żeby można się było efektem końcowym zachwycać. Historia trzech wielkich rodzin, opisana pokolenie po pokoleniu, człowiek po człowieku, z których każdy przeżył coś niesamowitego, sam był wyjątkowy i robił wyjątkowe rzeczy. W tle pachnące jagodzianki z cukierni przy rynku, archeologiczna tajemnica i całe mnóstwo tego, o czym trochę się zapomina i co czasami trudno sobie wyobrazić, choć to na pozór bardzo proste i oczywiste. Że ludzie zawsze mieli takie same problemy  - nieważne, czy żyli w XIX wieku, XX wieku czy żyją teraz. I podczas amorowego czytania, to jedno mi głównie przychodziło na myśl. Że wszystkie te postaci są bardzo ludzkie, nie taki odhumanizowane jak w książkach historycznych, w których życie wszystkich ludzi to ciąg faktów, dat, miejsc. Tu mają normalne marzenia, problemy i sukcesy.


W Cukierni pod Amorem buzują emocje, pachnie słodkim drożdżowym ciastem z kruszonką i wyplatanym chałkowym warkoczem. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością, stare wpływa na nowe, losy postaci się splatają, rozplatają i krzyżują. Książka jest aż ciepła od uczuć. Taka pięknie napisana. Dawno nie miałam czegoś takiego w rękach. I chlubny wyjątek wśród książek: każda kolejna część jest przynajmniej tak samo dobra, o ile nie lepsza, od poprzedniej. I że się nie zużywa. Bo są takie historie (np. o wampirach), które przy którejś z kolei części (np. czwartej) są już pisane bardzo na siłę (oczywiście, bez wskazywania palcami). A Cukiernia jest słodka od początku do końca. Od pierwszej strony pierwszej części do końca części trzeciej. Tak, że nie zdąży zgorzknieć.


Małgorzata Gutowska-Adamczyk - Cukiernia pod Amorem
Warszawa 2011
Wydanie I
Stron: 504
Wydawnictwo:


Cukiernia pod amorem pachniała jagodziankami. U mnie nie będzie jagodzianek. Bo to nie czas na jagody, kiedy dookoła wszystko się mieni, migoce i pachnie wszystkim, co korzenne. Jakim cudem nie było w tym roku jeszcze na Book Me pierniczków? Aj aj aj! Godnie więc rekompensuję :)

Są bardzo proste, szybkie, bez żadnych niespodzianek. Jak w przepisie - wszystko zagnieść i do pieca. Niech cały dom zapachnie cynamonem, goździkami, gałką muszkatołową, kardamonem... Cudne zapachy. Cudne pierniczki. I cudowne smaki.


Pierniczki pełnoziarniste
anno domini 2011
przepis agi

Składniki na 40-50 sztuk w zależności od wielkości:
  • 150g mąki pszennej
  • 50g mąki pełnoziarnistej żytniej
  • jajko
  • 65g cukru pudru
  • 50g masła
  • 50g miodu
  • czubata łyżeczka przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • ½ łyżeczki sody
  • szczypta gałki muszkatołowej (np. świeżo mielonej z Kamisa*, tak jak w poprzednim przepisie na puchate dzwonki)
Przygotowanie:
Wszystkie składniki wsypać do naczynia, wymieszać i wyrobić. Ciasto może być klejące, ale nie dodawać mąki. Ciasto rozwałkować na grubość 4 mm (nie cieniej) – ja wałkowałam pomiędzy dwoma kawałkami folii spożywczej. Wykrawać różne kształty pierniczków. Układać je na blaszce - podczas pieczenia trochę urosną. Piec w temperaturze 180ºC przez około 8 - 10 minut. Studzić na kratce.


* O gałce pisałam już w poprzednim przepisie, ale chodzi mi po głowie jeszcze jeden wątek przyprawowy. Kamis zwrócił się do mnie z prośbą o przetestowanie ich nowych produktów, żeby wiedzieli, czy to, co wypuszczają na rynek, jest faktycznie dobre. I oprócz całego mnóstwa przypraw do słodkości: kory cynamonu, lasek wanilii czy anyżowych gwiazdek, dostałam też różne mieszanki, np. suszone pomidory z bazylią i czosnkiem czy musztardy, np. z czerwonym winem czy płatkami wędzonej papryki. Wypróbowałam już chyba wszystkie słoiczki i młynki po kolei (tu też fajna sprawa, że wszystkie przyprawy są w młynkach, żeby można było je na świeżo zmielić, nie tracąc aromatu) i jestem coraz bardziej zadowolona. Wszystko jest pyszne, pachnące, aromatyczne. Jej. Z czystym sumieniem mogę wam polecić. Też dlatego, że dzięki temu pojawiło się dużo nowych rzeczy, które można wykorzystać w kuchni, a których wcześniej nie było. Czyli takie pozytywne odloty, jak musztarda z żurawiną, z rodzynkami i miodem czy z curry. Jestem bardzo miło zaskoczona.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

środa, 14 grudnia 2011

Czerwone i puchate


Nie dzwonią, są za to słodkie i do schrupania.
Ciasteczka puchate.
Te dziurki na górze dzwonków to na złote nitki i hop! na choinkę.
Tylko śnieg sztuczny, bo kokosowy.

Śniegu, padaj wreszcie! Nie przeszkadzałby mi białych ulic, drzew i mojego ośnieżonego szalika, gdybym nie upiekła jeszcze pierników, nie nakupowała ozdób-choinek w każdej możliwej postaci, nie poowijała wszystkich karniszy lampkami choinkowymi, nie ususzyła wreszcie plasterków pomarańczy na choinkę i nie wypiekła pachnących piernikowych świeczników. Tylko ja to wszystko już zrobiłam. Więc gdzie śnieg? Usiłuje mi podważać bożonarodzeniowe prawo rządzące wszechświatem, że pierniki, lampki i Kevin sam w domu nigdy zawsze są w pakiecie ze śniegiem. A jak ładnie to ujmują A. i K. - ze wszechświatem się nie dyskutuje.


Są bardzo delikatne, kruche, słodkie i pod każdym względem pycha-mniam. Proste do zrobienia, łatwe do wykrawania, idealnie rosnące w piecu i do tego pachnące świeżo startą gałką muszkatołową.

Użyłam Kamisowej (z kuferka przypraw, o którym wspominałam w poprzednim przepisie). I tu daję duży plus, bo tak jak szafran z szafranowych gwiazdek, gałka jest świeża, pachnąca, zapakowana w małe pudełeczko, które nie pozwala się jej wypachnieć. Zresztą Kamis opakował tak całą linię przypraw, z których za niektórymi musiałam się nieźle nalatać, żeby je znaleźć w całości, nie sproszkowane i jeszcze w rozsądnej cenie: kardamon, laski wanilii, kora cynamonu, anyż w gwiazdkach. Jest sto razy przyjemniej zetrzeć na tarce albo pokruszyć samemu przyprawy, bo wtedy tez ciasteczka zupełnie inaczej pachną i smakują. A przy okazji pachnie w piecu, w kuchni, zapach zostaje na rękach i unosi się w powietrzu. I jest ciepło, domowo, świątecznie. Pachną święta.

Nie tracą koloru, nie rozjeżdżają się na boki w piekarniku, nie są ani za twarde, ani za miękkie. A najfajniejszość tych ciastek polega na tym, że można w nich porobić dziurki słomką i zawiesić je później na choince.
Więc, zaczynamy.

Czerwone i puchate ciasteczka-dzwonki

Składniki:
  • 225 g mąki pszennej + odrobina do podsypywania stolnicy
  • 150 g masła, posiekanego na małe kawałki
  • 110 g drobnego cukru
  • 2 łyżki mleka
  • szczypta gałki muszkatołowej (można dodać już gotowej, startej lub świeżo zetrzeć samemu - ja użyłam świeżej z Kamisa)
  • czerwony barwnik spożywczy (żeby ciasteczka były czerwone - ciasteczka nie musza być czerwone, jeśli nie macie barwnika - rumiane są równie pyszne i kruche)
  • lukier: dwie łyżki cukru pudru + kilka kropli soku z cytryny
  • wiórki kokosowe
Przygotowanie:
  1. Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C. Blachę wyłóż papierem do pieczenia. 
  2. Do dużej miski przesiej mąkę, dodaj masło i rozetrzyj palcami tak jak na kruszonkę. Dosyp cukier,  gałkę muszkatołową, wlej mleko i wymieszaj wszystko dokładnie. Wyrób gładkie ciasto. Dodaj odrobinę czerwonego barwnika i zagnieć na kulkę. Nie musisz jej schładzać w lodówce.
  3. Rozwałkuj ciasto na blacie podsypanym mąką (żeby się nie przyklejało). Powycinaj foremką ciasteczka, ułóż je na blasze do pieczenia, wstaw do piekarnika i piecz ok. 12-14 minut. Przed pieczeniem nie musisz ich smarować jajkiem ani mlekiem. 
  4. Po wyciągnięciu gorących ciasteczek z piekarnika, daj im ostygnąć, a w tym czasie zrób lukier. Wymieszaj cukier puder z sokiem z cytryny, wyciskając go powolutku i ciągle mieszając, do uzyskania jednolitej konsystencji. Wystudzonym ciasteczkom polukruj końcówki na dole i posyp wiórkami kokosowymi - kokos przyklei się do lukru. Otrzep ciasteczko z nadmiaru wiórków i... można jeść! (Albo nawlekać na nitki i wieszać na choince)


Długo wyczekana. I nietypowa. Schmittowska jest tylko pierwsza część, za to aż na wskroś, aż do bólu, aż oj, jak stęskniłam się za Schmittem i czekałam niecierpliwie przebierając nóżkami na jego nową książkę. Nietypowa jest za to druga część. Choć jeśli ktoś wcześniej czytał Moje życie z Mozartem, jest już w domu. Schmitt stworzył sobie muzyczny cykl książek - Mozart był pierwszy, a Kiki jest druga. W prywatnym hołdzie dla Muzyki i Muzyków, z dużym M na początku. Dla wszystkich tych cudowności, które przychodzą do głowy, do serca i wszędzie dookoła, gdy się ich słucha. To bzdura, że muzyka klasyczna jest nudna. Jest cudowna, mocna, optymistyczna, daje dużo siły. Oczywiście, każdy ma swoje typy - ja na przykład nie lubię, przepraszam za dosadność, byle którego brzdąkania w struny, "moje" brzdąkanie musi mieć melodię, być zdecydowane i wesołe. Nie takie lelum polelum, przy którym rozbolewa głowa (a takie też są). Ostatecznie muzyka poważna może być całkiem niepoważną. I radosną. Bo to Beethoven właśnie skomponował Odę do radości. Którą Kiki miała nagraną na płytę, którą próbowała oczarować cały świat, poczynając od ludzi siedzących na ławkach w parku. A chyba jeszcze bardziej - chciała zrozumieć, poczuć. Muzykę, Beethovena, a co za tym idzie - życie.

środa, 30 listopada 2011

Orzeszki do kwadratu


Były już kwadratowe truskawki, kwadratowe jagody, kanciaste morele i śliwki. W tym miesiącu są kwadratowe orzeszki. Kwadratowe, bo wypieczone w kuchni do kwadratu, czyli moim i Oliwki cyklu. A zaczęło się od maila: Oliwko, będę piekła w niedzielę, nie chciałabyś razem ze mną...? I tak sześć miesięcy temu powstała pierwsza Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon. Idea jest prosta. Obie umawiamy się na motyw przewodni - jako że kwadratowa kuchnia jest sezonowa, głównym składnikiem jest zawsze coś bardzo charakterystycznego dla danego miesiąca. A żeby nie było zbyt prosto, fundujemy sobie niespodziankę: nie zdradzamy przepisu. Ba, nie zdradzamy sobie żadnych szczegółów poza głównym produktem. Rzucamy tylko hasło - tak jak w tym miesiącu: orzechy, ciasto. Po czym pichcimy. W tym samym czasie, każda w swojej kuchni. W mojej, przepełnionej książkami i oliwkowej, pachnącej cynamonem. Do ostatniej minuty przed opublikowaniem przepisów ja nie wiem, co przygotowuje Oliwka, a Oliwka - co piekę ja. 

Tym samym drzwi do listopadowej kwadratowej kuchni zostają otwarte!


Hasła na ten miesiąc: orzechy i ciasto. A że zaczyna mi się udzielać świąteczny nastrój i coraz bardziej tęsknię za śniegiem (bo przecież już powinien być!), wyszperałam z szafki szklany słoiczek ze złotą nakrętką i naklejką z napisem „przyprawa do piernika”. Z innej szafki – miód, którym polepiłam sobie palce. Do tego kakao, ciemne, prawdziwe, którego już sam zapach rozgrzewa. I jeszcze migdały – samodzielne wyłuskane z twardych skorupek, uprażone, pachnące. 

Aach!

Przepis na ciasto wyszperałam z „Ciast, ciastek i takich tam” Agaty Królak. Mocno napaliłam się na tę książkę i od pierwszej chwil jestem nią oczarowana. Jest idealnie w moim stylu. Aż do bólu prosta i kochana. Ciepła jak kruszonka, która dlatego jest najlepsza, bo „każdy ją lubi”. Wsadzam nos w książkę i włączają się czary-mary, bo czuję zapach czekolady, kakao, ciepłego mleka i pieczonych jabłek z miodem. Powrót do smaków dzieciństwa w najlepszym wydaniu: z palcami poklejonymi rozpuszczonym cukrem, mąką na nosie i policzkom upapranym kremem od wylizywania miski. W książce nie ma zdjęć ciast, są za to rysunki, które już same w sobie są mistrzostwem świata. Bo są krzywe. Kanciaste. Proste. Czasami nawet brzydkie. Ale jednocześnie są najcudowniejszymi dziegciowymi bazgrołami na świecie. Tak jak przepisy (perełki: kasimamyciasto, błotnik, ciągnik, japka pieczone, bułaski, brałni), choć tutaj grzecznie uprzedzam, że żeby z nich korzystać, trzeba się trochę znać na rzeczy, bo niejednokrotnie brzmią one tak jak przepis na makowszczyk: „Się bierze ubija białka od jajek, żeby było takie puszyste. Wszystko się miesza i na końcu te białka się dodaje, a żółtka wcześniej, hehehehe i do piekarnika na nie wiem ile, na oko; jak się spali, znaczy, że za długo”.
Bardziej pociesznie nie może być :)


Nie byłabym sobą, jakbym nie pokombinowała z przepisem. Z oryginału z książki wyrzuciłam niektóre składniki, dodałam inne, zmieniłam proporcje i z tego, co miało być okrągłym murzynkiem, wyszedł mi podłużny piernik. Bardzo puszysty, miękki i aromatyczny. 

Piernikowy murzynek
przepis szklankowy :)

Składniki:
  • ¾ kostki margaryny (150 g)
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 3 łyżki kakao
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżka miodu
  • 1/3 szklanka wody
  • 2 jajka
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia (tak, łyżka, nie łyżeczka)
  • 2 łyżki przyprawy do piernika
  • ½ szklanki posiekanych migdałów + kilka do odłożenia na wierzch
Przygotowanie:
Margarynę, kakao, cukier, oliwę, miód i wodę włóż do garnka, rozpuść na małym ogniu, mieszając – nie gotować, bo się zważy. Pozostaw do wystygnięcia, mieszając. Do letniej masy dodaj 2 żółtka, mąkę, przyprawę do piernika i proszek do pieczenia. Wymieszaj. Z białek ubij pianę, dodaj do masy, wymieszaj łyżką. Na koniec wymieszaj z posiekanymi migdałami. Przelej do formy, na wierzchu poukładaj całe migdały. Piecz 40 minut w 180 stopniach C. 
Pycha mniam, smacznego!

Ildiko Boldizsar, Katalin Szegedi – Narodziny księżniczki


Pozostając w dzieciowym klimacie (ostatnio w ogóle mam jakiś dzieciowy maraton: zaczęło się kolejnymi ciasteczkowymi warsztatami dla dzieci, później dzieciowa książka z przepisami, a teraz dzieciowa literatura), ale klimacie bynajmniej nie infantylnym – kolażowe księżniczki. Już wyjaśniam o co chodzi. Zainteresowałam się Narodzinami księżniczki, bo to kolejna pozytywnie pokręcona książka.  Zrobiona kolażem: tradycyjne rysunki mieszają się w dwuwymiarze z prawdziwymi przedmiotami: guzikami, kawałkami sznurka, ususzonymi kwiatkami, urywkami kartek. Te różne skarby dostaje każda dziewczynka przy narodzinach – razem z innymi ważnymi podarkami, jak radość, miłość, dobroć. To tak, jakby przy narodzinach każdej dziewczynki rozbrzmiewały fanfary na jej cześć, wszystko kwitło, buchało radością i uśmiechało się najszerzej jak tylko się da. Taki hołd złożony małej kobiecości.

piątek, 12 sierpnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Smaki północnej Italii"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - będzie bardzo włosko!
(Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj!)



Każdy włoski region jest inny. I w każdym jego mieszkańcy będą przekonywać Was, że ich makaron, pizza, czy parmezan są najwspanialsze. I mają rację. Każdy Włoch jest mistrzem świata w gotowaniu. I o tym właśnie jest ta książka.


Jeśli spodziewacie się kolejnej książki kucharskiej z włoskimi przepisami, rozczarujecie się. Podobnie, jeśli liczycie na zwykłą opowieść z północnymi regionami Italii w tle, nie będziecie usatysfakcjonowani. Marlena de Blasi zjeździła Włochy wszerz i wzdłuż w jednym celu: odkrycia kulinarnego bogactwa Italii. Zebrała najbardziej charakterystyczne przepisy dla danego regionu, okrasiła je smakowitymi opowieściami, by na końcu zaserwować wszystko w niesamowicie apetycznej i zmysłowej oprawie.


Autorka opisuje we właściwy sobie zmysłowy sposób kuchnię północnych Włoszech -  region po regionie, miasteczko po miasteczku. Funduje swoim czytelnikom fantastyczną wycieczkę po Italii: przeprowadza średniowiecznymi uliczkami Urbino, by zaraz potem spacerować wśród renesansowych zamków i wież w Piemoncie. Już za chwilę jednak ponownie czmycha, tym razem do Toskanii otulonej zielonymi polami, na których dojrzewają oliwki, słodkie winogrona i krwistoczerwone pomidory.


Chleb natarty czosnkiem, skropiony oliwą i opiekany na rozgrzanym ruszcie, tak typowy dla jednego miasteczka, w innym jest już czymś zupełnie nieznanym. Każdy Włoch gotuje po swojemu, bo każdy uznaje się za kulnarnego mistrza świata. I ma rację. Dlatego nie zjecie takiego samego spaghetti carbonara w dwóch miejscach. Nawet, jeśli miałyby to być małe trattorie oddalone od siebie o zaledwie paręnaście metrów. Bo jeden Włoch doda do swojej potrawy więcej oliwy, drugi więcej śmietany. Trzeci wrzuci do sosu zamiast dwóch - pięć ząbków czosnku, a czwarty przygotuje specjalną mieszankę suszonych ziół i będzie nią posypywał parujący jeszcze makaron. Już nawet to, że zioła rosną w innych regionach Włoch ma znaczenie - przechodzą innymi aromatami, owiewa je inne powietrze. I dlatego każda potrawa ma swoją unikalną historię. W książce znajdziecie m.in. przepis na zupę z cebuli i groszku a la Katarzyna Medycejska, makaron z fasolą czy... gotowaną wodę - czyli przepis na zupę pozornie z niczego (a tak naprawdę przepełnioną aromatem oliwy z pierwszego tłoczenia, czosnku i grzybów).



We Włoszech jedzenie jest wszystkim. Nierozerwalnie łączy się ze stylem życia, kulturą, zwyczajami, historią, nawet architekturą i sztuką. To dlatego każdy region jest inny, wyjątkowy. Lombardia jest jak średniowieczna księżniczka, Wenecja to z kolei uwodzicielska złodziejka. Kiedy Marlena de Blasi pisze: Emilia ma w sobie to coś... wcale nie ma na myśli włoskiej seksbomby, a regionu, który szczyci się najszlachetniejszym i najdelikatniejszym serem na świecie i octem balsamicznym obdarowanym niemal mitycznym urokiem. Nawet krowy nie są tam wypasane w tradycyjny sposób! Zamiast tego rolnicy dostarczają im codziennie świeże kwiaty koniczyny i liście lucerny, dzięki którym ich mleko jest dużo słodsze niż normalnie.

Ta książka to wypróbowane włoskie przepisy, zmysłowe włoskie historie, praktyczne rady i mnóstwo ciekawostek. Wiedzieliście, że na bruschettę nie kładzie się pomidorów? Bo nawet jeśli smakuje wspaniale, nie jest bruschettą. Nie naciera się go czosnkiem ani nie posypuje siekanymi pomidorami, rukolą, pastą fasolową czy innym dodatkiem. To po prostu opiekany chleb natarty oliwą. Tylko i aż. Klasyczna włoska prostota.


Wychodzę z założenia, że książki kucharskie są z reguły do używania, nie do rozczytywania się w nich. Ale Marlena de Blasi do tego stopnia mnie zachwyciła, że byłam skłonna na chwilę zmienić zdanie. Dość niecodzienna umiejętność jak na książkę kucharską, w której nie ma ani jednego zdjęcia potrawy. Ale ich brak mi nie przeszkadzał - uwierzcie na słowo, a potem przeczytajcie dla upewnienia się, że absolutnie wszystko jest w tej książce tak apetyczne, że nie potrzeba zdjęć, aby zrobić się głodnym. Wszystko tutaj pachnie - każda strona i każde słowo. Nawet przecinki i kropki. Wszystko dzięki przepisom, od których samego przeglądania można obślinić książkę. Pisać tak, żeby od samego tylko czytania zachciało ci się jeść - to mistrzostwo świata.

Marlena de Blasi, Smaki północnej Italii
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011
Wydanie I
Stron: 276

Same nazwy potraw brzmią tak, że już na sam ich dźwięk kiszki zaczynają grać doskonale zsynchronizowanego marsza. Co powiecie na torta di cioccolata speziata alla romagnola - czyli aromatyczne ciasto czekoladowe z Romanii?



Przepis pochodzi ze Smaków Północnej Italii. Spodobała mi się w nim duża ilość kakao i dużo przypraw, od których ciasto jest bardzo aromatyczne. Lista składników ciągnie się na kilkanaście pozycji!


Wcale mi nie przeszkodziło, że w tym gąszczu składników nie zauważyłam proszku do pieczenia. Przez to ciasto jest ubite, ale i może bardziej intensywne w smaku. Mimo mojego zagapienia, wyszło pyszne. Gdybym nie przeoczyła proszku, ciasto byłoby puszyste i wyższe, bo "urośnięte". Tak czy tak - dobre. Przepis podaję jak należy, ze wszystkimi składnikami.  

I jeszcze jedna rzecz. Przepis jest na szklanki - super! Lubię takie, bo do upieczenia ciasta wystraczy ubrudzenie tylko czterech rzeczy: jednej łyżeczki, jednej łyżki, jednej szklanki i miski. 



Torta di cioccolata speziata alla romagnola, 
czyli aromatyczne ciasto czekoladowe z Romanii
przepis z książki Smaki północnej Italii

Składniki na dużą blachę o średnicy 20-22 cm:
  • 1/2 szklanki białych, drobnych rodzynek
  • 1 szklanka ciepłego, świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
  • 8 łyżek miękkawego masła
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1 jajko + 1 żółtko
  • 2 szklanki mąki uniwersalnej
  • 1/3 szklanki holenderskiego kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków 
  • 1/2 łyżeczki świeżo zmielonego białego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki soli morskiej
  • 110 g gorzko-słodkiej czekolady, takiej o zawartości 70% kakao
  • 1/4 szklanki kawy zaparzonej z 1 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • drobno starta skórka z 1 dużej pomarańczy
  • 1/2 szklanki koniaku zmieszana z 1/4 szklanki wody - pominęłam, koniak zastąpiłam dodatkowym sokiem pomarańczowym
Przygotowanie:
1. Nagrzej piekarnik do 175 stopni C. Namocz rodzynki w soku pomarańczowym. Odcedź i zachowaj sok. 
2. Mikserem lub drewnianą łyżką utrzyj masło z cukrem na puszystą masę. Dodaj jajko i żółtko, rozetrzyj je dokładnie z pozostałymi składnikami i odstaw. W oddzielnej misce wymieszaj suche składniki - mąkę, kakao, sól, proszek do pieczenia, gałkę, cynamon, goździki i pieprz. Następnie je przesiej.
3. W rondlu rozpuść czekoladę z kawą. Dodaj skórkę z pomarańczy, zestaw rondel z gazu i wlej do niego koniak z wodą (ja pominęłam, użyłam zamiast koniaku soku z pomarańczy).


4. Utrzyj dokładnie połowę suchej mieszaniny z połową wilgotnej masy czekoladowej oraz masłem, cukrem i jajkami. Powtórz czynność, dodając drugą połowę suchych i wilgotnych składników. 

5. Wymieszaj je dokładnie, dodaj namoczone i odcedzone rodzynki, następnie rozprowadź je równomiernie w masie. 


6. Wysmaruj masłem i posyp odrobiną mąki foremkę o śr. 20-22 cm, wlej do niej masę i równomiernie ją rozprowadź. Piecz ciasto przez 35-40 minut. Będzie gotowe, jeśli do wykałaczki wytkniętej do środka przyczepią się wilgotne okruszki.


7. Upieczone ciasto postaw na podkładce, nakłuj je w kilku miejscach widelcem (albo ponacinaj nożem, tak ja zrobiłam to ja). Wlej syrop pomarańczowo-rodzynkowy do otworów i zostaw ciasto do całkowitego ostygnięcia. Przed podaniem przełóż je na półmisek.




Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Wielkanoc, volume 1. Babka makowo-pomarańczowa


Pierwsze wielkanocne tegoroczne ciasto. Uwielbiam mak, a jako że moja WNM - Wielka Nieskończona Miłość - nie zostanie w te święta odwzajemniona makowcem, przemyciłam czarne kropki w babce. Do tego skórka pomarańczowa, zrobić raz dwa, do pieca i za godzinę można wyjmować miękkie, wyrośnięte i pomarańczowo pachnące ciasto. Tak ładnie wyrosło, że odwróceniu i wyjęciu z czerwonej foremki nie da się położyć na płaskim, tylko stoi babka jak statek ufo - taka wybrzuszona z dwóch stron. Puszysta w środku, z przypieczonym wierzchem (po odwróceniu do góry nogami na talerz wierzch przestaje być wierzchem, a staje się podspodem). 
babka jest bardzo, bardzo puszysta, mięciutka, nie sucha. Za rok też taką chcę :)


Akurat na rozpoczęcie wielkanocnego pieczenia zrobiło się ciepło, słońce zaświeciło, buchnęło nieśmiało zielenią. A ja w kuchni, pomieszałam sobie, popiekłam, nawąchałam się zapachu domowego ciasta. Jak miło, że mamy Wielkanoc na wiosennie.


Puszysta babka makowo-pomarańczowa
(przepis z zeszłorocznego numeru Kuchni, z moimi zmianami)


Składniki:
  • 1/3 szklanki suchego maku
  • 1/2 szklanki mleka
  • 18 dag miękkiego masła
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g albo dwa małe po 16 g)
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 4 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • kilka kropli esencji pomarańczowej (nie aromatu - w Polsce jest dość trudno dostępna, można pominąć)
  • 1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
  • 3 szklanki mąki (u mnie pszenna pełnoziarnista)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • na wierzch - cukier puder

Przygotowanie:
Mak zalewamy mlekiem i odstawiamy na pół godziny. Ucieramy masło z cukrem, cukrem waniliowym, wanilią i wbijamy po jednym jajku + na koniec żółtka. Gdy masa będzie już gładka, dodajemy skórkę, ewentualnie esencję pomarańczową. Do tego wlewamy sok i mleko z makiem. Jeszcze krótko miksujemy. 
Następnie delikatnie łączymy masę z przesianą wraz z proszkiem do pieczenia mąką. Masę przekładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą formy na babkę i pieczemy przez 45-55 minut w 200 stopniach C, do "suchego patyczka". Jeśli po 55 minutach babka nadal wyda się wam niedopieczona, pieczcie jeszcze kilka minut dłużej.
Wyciągamy, studzimy, posypujemy cukrem pudrem już całkowicie wystudzone.
I smacznego :)




Dariusz Zaborek, Życie. Przewodnik praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu:

Z wywiadu z Jerzym Maksymiukiem (Dominujący Element Furii)

Z wywiadu z Michaliną Wisłocką (Seksualistka)

Wymyślić tytuł książki, który jest tak uniwersalny, że aż niemożliwe, żeby nie chwycił, nie jest trudno. Pierońsko ciężko jest później obronić ten tytuł środkiem książki. Przykład: Hołownia i jego Bóg. Życie i twórczość - choć hołowniowe, rzetelne, to jednak nie tak - nie z motyką na słońce, nie na 258 stronach. Dlatego jak ktoś już sobie wymodzi w głowie mocny tytuł, a ja przy okazji po to sięgnę, zaczyna się krytyczne czytanie. No bo co, nie przesadza? Nie chce tylko marketingowo zaczepić i mając nadzieje, że znajdzie dużo życiowych ciap, wcisnąć im książki z dobrym tytułem, a pożal-się-boże wnętrzem?
Hm. Wywiady z Pieczką i Starowieyskim przeczytałam w domu. Wywiady z Czaplińskim, Maksymiukiem, Życińskim i Lengren były autobusowe. Z domu na uczelnię i z powrotem. Wisłocka na przystanku, Fołtyn i Janowska w kawiarni na Brackiej, Bartoszewski na dobranoc do poduszki, Środa na dzień dobry, ale ładny dziś mamy poranek. Jaczewski w kolejce na poczcie, Kałużyński, kiedy czekałam na spóźnialskiego. Życiński, Chrzanowski, Kaczyński (Bogusław) - kiedy ciasto wyrosło w piekarniku. Bardzo (baaardzo) dawno nie miałam w rękach książki, którą tak dobrze mi się czytało - tak, że nawet na przystanku żal mi było dreptać jak zwykle przez cztery minuty w kółko zamiast czytać. Bo chciałam wiedzieć, a kto, a co powiedział. Wywiady są fantastyczne - wybrane rozmowy Zaborka ze znanymi osobami, które ukazywały się (rozmowy, nie osoby) w Dużym Formacie. Już pomijając, że DF nie puści nudnego wywiadu, Zaborek zrobił kupę dobrej roboty. Te rozmowy sobie płyną, swobodnie, jakoś bez wysiłku, bez krępującej cichy. 
Mądrze jest czytać mądrych ludzi. Z poczuciem, że a w nosie mam, że nie mam czasu. Że powinnam brnąć teraz przez kilka książek i tekstów do czerwcowej sesji. Kiedy ja chce czytać po swojemu, właśnie to.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Brzoskwiniowy kiermasz świąteczny



Śmieszne. Nie wiem od czego zacząć. To może zacznę od środka. Całe 15 minut w drodze powrotnej zastanawiałam się, dlaczego mówi się żurawina, a nie żurawiny. Ciasteczka z żurawiną, a nie żurawinami. Są ciasteczka z orzechami, jabłkami, rodzynkami, ale z żurawiną. Liczba mnoga. I nie mogłam wymyślić, co jeszcze jest pojedyncze, mimo że nie w pojedynczej ilości. Łoo, ale zagwostka. Głowiłam się nad tym naprawdę dobry kwadrans i nie mogłam sobie przypomnieć. A tu: (płynów nie wliczam, typu ciasto z sokiem pomarańczowym), czekolada i większość przypraw, wszystko, co jest nijakie, typu mango, awokado.
Mówiłam, że śmieszne. Że nieważne? Pewnie, że tak! Ale jak wciąga :)


Pierwszy raz dodaję kilka przepisów za jednym zamachem. Grunt to ambitne życiowe przełomy.
Wszystko było pieczone na weekendowy kiermasz świąteczny (info klik tu, zdjęcia klik tu), na którym za atmosferę, najpyszniejsze suszone jabłka jakie jadłam, oscypki z grilla, pieczone ziemniaki z ogniska i wytarzanie w śniegu ze wszystkich stron na sankach ogromnie dziękuję Ulli, Łucji, Florze, Ninie, świetnym dziewczynom od koni, panom od superoscypków, superowym dzieciakom, z którymi razem zagniataliśmy ciasto i wszystkim, którzy brzoskwiniowo przybyli. A! Jeszcze panu i pani od choinek, dzięki którym mam przecudnej urody miniaturową, pachnącą choinkę do swojego pokoju (przez brak miejsca, do ustawienia już chyba tylko pod sufitem), którą obwieszę ciastkami o zapachu świąt. 



Czas, start. Piernikowe świeczniki. Nie musiałam dwa razy ich widzieć, żeby chcieć je zrobić. Są prześliczne, pachną cynamonem i zaświecone wieczorem robią magię. W dodatku są bardzo proste do zrobienia. Ciasta nie należy długo schładzać w lodówce, może być nawet lekko ciepłe. Jeśli będzie za suche i zacznie się sypać, trzeba je lekko ogrzać, na przykład na kaloryferze albo dodać kilka kropli wody i zagnieść.




Świeczniki z piernika (za Anią)

Składniki - ok. 15 świeczników, już podwójnych (czyli że jedna gwiazdka na drugiej i w środku drugiej dziura na świeczkę):
  • 1 szklanka miodu
  • 1 szklanka cukru
  • po 1 łyżeczce mielonych goździków, imbiru, gałki muszkatołowej i pieprzu
  • 2 łyżki mielonego cynamonu
  • 6 szklanek mąki
  • 2 jajka
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
Przygotowanie:
Miód, cukier i przyprawy zagotuj razem. Mąkę zalej gorącym płynem i dobrze wymieszaj. Gdy masa przestygnie, dodaj 2 całe jajka i sodę. Zagnieć do uzyskania gładkiego, elastycznego ciasta. Odstaw (niekoniecznie trzeba - im ciasto świeższe, tym lepiej mi się je wałkowało i wykrawało gwiazdki). Na oprószonym mąką blacie rozwałkuj i wykrawaj dowolne kształty (foremką albo nożem). Zrób parzystą ilość pierników. Na przykładzie moich gwiazdek: w jednej wytnij kółko trochę większe niż świeczka (podczas pieczenia ciasto trochę rośnie). Przełóż na blachę do pieczenia, posmaruj rozmąconym jajkiem i piecz ok. 10 minut w temperaturze 170 stopni. Po upieczeniu pełną gwiazdkę dawaj na dół i przyklejaj lukrem na górę drugą, tą z dziurką. Lukruj po przestudzeniu.
Jeśli pierniczki mają być do zjedzenia, przechowuj w puszce kilka dni, by zmiękły. 


Lukier do dekoracji:
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 2-3 łyżki soku z cytryny (może być gorąca woda - ale lukier z cytryną jest lepszy)

Cukier ucierać z wodą do otrzymania gładkiej masy, która nie będzie zbyt płynna - mój idealny lukier do dekoracji to taki, który jest miękki, ale nie spływa po łyżce. Przekładam go do małego woreczka i odcinam bardzo mały róg. Kiedy naciskam, wyciska mi się z niego małe pasmo lukru, dzięki czemu mogę maziać po pierniku różne drobne wzorki.


Dwa - piernikowe ludziki. W zasadzie imbirowe, bo "gingerbread boy" to imbirowy chłopczyk. Jak byłam mała, miałam taka książeczkę po angielsku, o gingerbread boyu. Oczywiście, że jej nie czytałam, ale znałam wszystkie obrazki na pamięć i nawet teraz przypominają mi się czasem niektóre. Do tej pory zresztą mam tę książeczkę, jako jedną z nielicznych z bardzo dawna, które trzymam (w myśl zasady: zostawiam te, które są ładne i które kiedyś się przydadzą). Strasznie chciałam zrobić swoją piernikową rodzinę. Imbirki są idealne do bawienia się w dekorowanie. Na brzuszkach można im robić takie wzorki, jakie tylko głowa i oczy podpowiedzą. Zrobiłam dziewczynkę i chłopca i ich mniejsze klony. Niektóre powiązałam wstążkami w pary, inne w czteroosobowe rodzinki. Każdemu przebiłam łapki: po pierwsze, żeby się miały jak ze sobą trzymać, po drugie - żeby można z nich było zrobić łańcuch i powiesić na choince.



Gingerbread people - piernikowe-imbirowe ludziki

Składniki - ilość taka, jak na blasze niżej + duży słoik na ciastka:
  • 115 g masła
  • 450 g mąki
  • 3 łyżeczki mielonego imbiru
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g miodu
  • 115 g brązowego cukru
  • 1 jajko, lekko rozmemłane

Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 160 stopni C. Blachę wyłóż papierem do pieczenia. Przesiej mąkę, imbir, przyprawę piernikową i sodę do dużej miski. Roztop masło, miód i brązowy cukier w rondelku na małym ogniu i poczekaj aż wszystko się rozpuści. Przelej do miski z mąką i dodaj jajko. Wymieszaj wszystko, aż masa będzie zwarta i nieklejąca. Uformuj z niej kulkę, zawiń w folię i wstaw na pół godziny do lodówki - tylko o tyle, żeby nie była ciepła. Stolnicę (albo blat) posyp mąką, rozwałkuj na niej ciasto, wykrawaj ludziki. Przekłada na blachę, wstawiaj na ok. 15 minut do piekarnika.Wyciąg, ostudź i dopiero wystygnięte dekoruj (przepis na lukier dokładnie ten sam, co przy świecznikach z piernika).




I trzy. Cranberry Noel, czyli bozonarodzeniowe żurawinówki. Świetne ciastka, jedne z najlepszych, jakie robiłam i jadłam. Megakruche i bardzo delikatne. Napakowałam je większą niż w oryginalnym przepisie ilością żurawiny i pistacji. Lubię, jak mam dużo atrakcji w ciasteczku. Pyszne, dobrze słodkie, takie bez uczucia pod tytułem "muszę napić się wody, bo mnie zamuliło".

Największym komplementem był chłopczyk, któremu nie smakowały żadne ciasteczka, a który spróbował te, zjadł całą paczkę i mama zabrała ze sobą do domu jeszcze 2.

Cranberry Noel - ciasteczka bożonarodzeniowe z żurawiną i pistacjami

Składniki - ok. 50 sztuk:
  • 170 g masła miękkiego
  • 70 g cukru pudru
  • 1 łyżka mleka
  • pół łyżeczki esencji waniliowej albo mała torebka cukru waniliowego
  • szczypta soli
  • 250g szklanki mąki pszennej
  • 60 g suszonej żurawiny
  • 1/2 szklanki grubo posiekanych pistacji


Przygotowanie:
Masło zmiksuj z cukrem, dodaj sól. Wlej mleko i dodaj żurawinę, pistacje i na końcu mąkę. Zagnieć wszystko i uformuj kulę z ciasta. Zawiń w folię i włóż do lodówki na minimum 2 godziny (ja trzymałam całą noc). Piekarnik nagrzej do 200 stopni C, blachy wyłóż papierem do pieczenia. Ciasto ułóż między dwoma kawałkami folii: na blacie połóż jedną folię, wyłóż kawałek ciasta, przykryj drugim i wałkuj ciasto pomiędzy tymi foliami. Ściągnij górną folię, powycinaj ciasteczka, przenoś na blachę. Piecz ok. 12 minut lub aż brzegi ciasteczek zaczną się rumienić. Upieczone możesz posypać cukrem pudrem. Ja tego nie zrobiłam, bo chciałam, żeby było widać żurawinę w ciasteczkach. Poza tym są w sam raz słodkie, cukier puder jeszcze je dosładza.




Sylvia Plath - Szklany klosz


Książka fantastyczna. Z cyklu do ambitnego połknięcia. Dawno nie czytałam takiej fajnej książki. Nie to, że tematyka jest lekka, łatwa i przyjemna, nie. Zresztą ja nie lubię przyjemnych książek. Mam swoja teorię, według której za przyjemna książka jest nuda. Zazwyczaj się sprawdza. Dlatego nie sięgam po takie. Zresztą zauważcie, ile jest czysto przyjemnych książek. Nie ma ich prawie wcale. Nikt przez kilkaset stron nie jest w  stanie czytać czegoś, w czym nie ma napięcia. (Wyjątkiem są książki dla młodszych dzieci - tam ma być przyjemnie).

Related Posts with Thumbnails