• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2012

Co zrobić, kiedy chcecie piernik, a nie macie miodu


W planie miała dwa pierniki na święta. Kupiłam wszystkiego na zapas: mąki, masła, cukru, miodu, cynamonu. Tak wyliczyłam, że po jednym pierniku skończył mi się miód. Obliczenia, przekleństwo humanistów w kuchni.

Chciałam drugi piernik bardzo. Kij już z tym brakiem miodu! Wrzuciłam do miski po kolei co mi sie nawinęło pod rękę i wszystko,c o pachniało korzennie. Dodałam wszystkiego "na oko". Jestem dumna z tego przepisu, bo piernik wyszedł miękki, puszysty, mokry, z dużą ilością bakalii i pięknie pachnący przyprawami. Czekoladowy, z chrupiącą skórką. Prosty, szybki i awaryjny, kiedy zabraknie wam miodu a strasznie nie chce wam się iść do sklepu.

Piernik "awaryjny" (bez miodu)

Składniki:

  • 100 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 1 łyżka oleju
  • 200 g mąki
  • 100 g masła
  • 3 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki przyprawy do pierników
  • 1 duża garść suszonych śliwek
  • 1 duża garść rodzynek
  • 1 duża garść suszonej żurawiny
  • 1 duża garść płatków kokosowych (nie wiórków)

Przygotowanie:
Wymieszaj ze sobą wszystkie składniki. Przełóż ciasto do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą blachy. Napełnij maksymalnie do 3/4 wysokości formy, bo ciasto bardzo rośnie, szczególnie na środku. Włóż do pieca nagrzanego do temperatury 170 stopni C. Piecz ok. 30-40 minut. 
Smacznego!

Piernik na piwie


Kilka dni temu Żywiec przysłał mi mały upominek pod choinkę: jasne piwa i gadżety od Paulanera. Złożyło się idealnie, bo wymyśliłam sobie na te święta upiec piernik inny od wszystkich, które robiłam do tej pory. Prosty wniosek: ciasto na piwie. 

Zaraz potem przegrzebałam Internet i blogi w poszukiwaniu przepisu i jest! Znalazłam u Ani. Jako jedyny był przepisem, do którego mogłam wykorzystac jasne piwo, a nie ciemnego Guinessa. Problem w tym, że lubię ciemne pierniki, a te na jasnym piwie wychodzą bledziutkie. Ale wystarczyło dosypać kakao i problem z głowy. 


Jeśli chodzi o piwo, najlepiej do tego ciasta użyć właśnie jasnego. Jeśli macie w domu ciemne, skorzystajcie raczej z innego przepisu, gdzie w składnikach jest ciemne piwo (jest ich w internecie sporo) niż zmieniajcie ten przepis. To naprawdę ma znaczenie. Piwa ciemne i jasne mają inne właściwości. Wyjaśnię to na przykładzie Paulanera.

Oba piwa są pszeniczne, mają prawie tyle samo ekstraktu chmielowo-słodowego, alkoholu i kalorii (różnią się nieznacznie o ok. 0,2%). I na tym różnice się kończą.

Jasny Paulaner ma świeży, łagodny smak i owocowo-drożdżowy aromat. Pachnie lekko korzennie, goździkami i miodem, przez co idealnie nadawała się do mojego piernika. Jest naturalnie mętny, z wysoką pianą. Produkuje się go metodą bez filtrowania, przez co zawiera więcej witamin, minerałów i mikroelementów niż piwa filtrowane. 

Ciemne piwo zawiera w sobie więcej ciemnego słodu pszenicznego, dzięki czemu jego barwa nie jest miodowa, a kasztanowa. Jest bardziej wyrazisty w smaku, bardziej intensywnie też pachnie.


Piernik na jasnym piwie ma łagodny, słodki smak. Można w nim wyczuć aromat piwa, ale nie jest dominujący i nie pachnie alkoholem. Podobno jest tak, że używając trunków w kuchni (smażąc, piekąc, gotując), podczas obróbki termicznej alkohol wyparowuje, pozostawiając jedynie smak. To by się zgadzało z piernikiem. Jest bardzo puszysty, miękki i lekko wilgotny. A jeszcze ze śliwkami i przełożony kremem czekoladowym - poezja!


Piernik na piwie (jasnym)
przepis od Ani
  • 400 g mąki
  • 1 łyżeczka sody
  • 100 g masła
  • 30 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 170 g cukru kryształu
  • 170 g miodu
  • 1/2 szklanki jasnego piwa
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki przyprawy do pierników
  • 1/2 szklanki suszonych śliwek
  • krem do przełożenia: 250 g gęstej śmietany (12 lub 18%), łyżka cukru pudru, 1-2 łyżki kakao
Przygotowanie:
1. Miód podgrzewamy na małym ogniu. Dodajemy cukier kryształ. Mieszamy ogrzewając aż cukier się rozpuści. Nie doprowadzamy do zagotowania, podgrzewamy tylko tyle aby rozpuścić cukier. 
2. Żółtka ucieramy z cukrem pudrem i masłem. Białka ubijamy na sztywną pianę.
3. Mąkę przesiewamy z sodą i przyprawą piernikową.
4. Do masy żółtkowej dodajemy letni miód, mąkę z przyprawami i gdy składniki się połączą dodajemy piwo. Mieszamy aż ciasto będzie gładkie. Do ciasta dodajemy pianę z białek i delikatnie mieszamy (łyżką! nie mikserem).
5. Ciasto przelewamy do wąskiej i długiej keksówki. Ciasto powinno sięgać najwyżej do 3/4 wysokości, bo dosyć mocno wyrasta. Pieczemy przez ok. 40-50 minut w temperaturze 170 – 180 stopni C. Sprawdzamy patyczkiem czy piernik jest upieczony.
6. Po upieczeniu ostudź ciasto i przygotuj krem. Wymieszaj śmietanę, cukier puder i kakao. Pokrój piernik wzdłuż na trzy warstwy. Nałoż krem na pierwszą i przykryj drugiem plackiem. Z drugim zrób to samo i przykryj trzecim. Trzeciego już nie smaruj kremem.

Piernik najdłużej świeży pozostanie, gdy owiniesz go folią aluminiową i schowasz w ciemnym, chłodnym miejscu. 

Smacznego!

Dla piwoszów znalazłam jeszcze ciekawostkę o tym, jak nalewać piwo, żeby wydobyć najlepszy aromat:

Szklankę do piwa pszenicznego najlepiej przepłucz lodowatą wodą, co ułatwi ci kontrolowanie pianki. Ważne, byś w trakcie nalewania trzymał szklankę ukośnie. Butelkę oprzyj na brzegu szklanki i powoli przelewaj do niej złocisty płyn, a otrzymasz piękną koronę piany. Piwo pszeniczne jest piwem z charakterem. Najpierw wlej do szklanki trzy czwarte zawartości butelki, potem lekko nią wstrząśnij, by podniósł się osad drożdży i wlej resztę, nadając swojemu piwu indywidualny charakter.



O produkcie:
Paulaner, piwo pszeniczne obj. alkoholu 5,5%, zaw. ekstraktu 12,5%
Wytwórca: Browar Paulaner
Pochodzenie: Monachium, Niemcy
Dystrybutor w Polsce: Żywiec
pojemność: 400 ml
więcej informacji na stronie pl.paulaner.com

wtorek, 20 listopada 2012

Pytanie na śniadanie, czyli bliny, pluszki i kovrizhka


Tak było w porannym piątkowym "Pytaniu na śniadanie" w TVP2. Julka i Antek spisali się rewelacyjnie. Pluszki (rosyjskie bułeczki na słodko), ciasto miodowe z migdałami i bliny zniknęły, zanim zdążyłam spakować wszystko i wyjść ze studia. Było tak pysznie, że ekipa prawie rzuciła się na jedzenie :) Dzieciaki na bliny mówiły gliny i wyjadły wszystkie migdały z szafek.

Dziękuję (ja i cały team Dzieciaków w formie) całej ekipie TVP2 - szczególnie panom dźwiękowcom i kamerzystom za nienasycony apetyt i zachwyty nad wypiekami, prowadzącym za świetną atmosferę, a Alkowi Halickiemu za zdjęcia. Podziękowania należą się też organizatorom Festiwalu Sputnik nad Polską, z którymi współpracowałam przy nagraniu i w szczególności Agnieszce Karczewskiej za  całą okazaną pomoc i wsparcie.

Informacje o możliwości dołączenia do warsztatowanych dzieciaków i program zajęć kulinarnych, które prowadzę dla dzieciaków: TUTAJ.

Aktualności i informacje o 6. Festiwalu Sputnik nad Polską: TUTAJ.

Przepisy z programu i kilka słów o potrawach - niżej. Zdjęcia: Aleksander Halicki.

Ciasto kovrizhka
inspiracja: ruscuisine.com

Proste, szybkie, obłędnie pyszne. Trzeba tylko uważać, żeby nie spalić go na wierzchu, więc najlepiej piec w dużej foremce (żeby nie było wysokie) i bez termoobiegu. Pięknie pachnie miodem i cynamonem. Zróbcie do niego słodką śmietankę, wtedy jest jeszcze lepsze!

Składniki:
  • 1 i ½ szklanki mąki
  • ½ szklanki cukru
  • ½ szklanki masła/margaryny
  • 2 jajka
  • 2 pełne łyżki miodu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • Posiekane migdały
  • Do polania: kwaśna, gęsta śmietana + cukier
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 170 st. C. Białka ubij z cukrem na sztywną pianę. Dodaj powoli żółtka. Ostrożnie wymieszaj. Rozpuść masło, ostudź i wlej do jajek. Do tego przesiej mąkę, cynamon i proszek do pieczenia. Ciasto przełóż do wcześniej natłuszczonej i wyłożonej papierem do pieczenia formy, na wierzchu poukładaj migdały, możesz dodatkowo posypać cukrem. Piecz ok. 25 minut.
Po upieczeniu ostudzić i wyciągnąć z formy. Można podawać polane gęstą śmietaną wymieszaną z cukrem.


Pluszki – bułeczki rosyjskie
Nie sądziłam, że będą aż tak proste do zrobienia! Mięciutkie bułeczki, z środku z makiem, cynamonem i cukrem. Można posypać dodatkowo cukrem pudrem, ale dla mnie to było niepotrzebne słodzenie. Jest pysznie i słodko bez tego.

Składniki:
  • 250 g mąki
  • 25 g świeżych drożdży
  • 5 łyżek cukru
  • 70 g masła
  • 1/3 szklanki mleka
  • Nadzienie: rozpuszczone masło, mak, cukier i cynamon
Przygotowanie:
Drożdże pokruszyć, wymieszać z 1 łyżką maki, 1 łyżką cukru i zalać ciepłym mlekiem, aby zakryć drożdże. Wymieszać. Przykryć ściereczką, odstawić do wyrośnięcia na kwadrans. Pozostałą mąkę i cukier wsypać do miski, dodać masło, pozostałe mleko i na końcu rozpuszczone drożdże. Wymieszać. Przełożyć na stolnicę i zagnieść na jednolite, elastyczne ciasto. Podzielić ciasto na 8 równych kawałków, każdy rozwałkować, posmarować rozpuszczonym masłem, posypać cynamonem, cukrem i makiem i zwinąć w rulonik. Pośrodku naciąć i przełożyć oba końce przez środek. Piec ok. 20 minut w 190 st. C.


Proste bliny 
Biorąc pod uwagę, że bliny robiłam pierwszy raz (nie tylko z tego przepisu - pierwszy raz w ogóle) i w ogóle nie wiedziałam, co mi wyjdzie, efekt przeszedł moje - i jak sie okazało nie tylko moje - oczekiwania. Zdjęcia: brak. Wszystko zostało zjedzone zanim Alek zdążył zrobić zdjęcia. Ekipa i dzieciaki jedli prawie prosto z patelni, stojąc nad nią i pytając, kiedy będą następne i dlaczego tak mało (a zrobiłam z podwójnej porcji). Z przepisu wychodzą puszyste placuszki, które dodatkowo rosną na patelni dzięki drożdżom i pod wpływem gorącego tłuszczu. Po upieczeniu lekko opadają, bo pozbywają się z siebie nadmiaru powietrza. Najlepiej robić nieduże, okrągłe bliny.

Składniki:
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 1 łyżka roztopionego masła
  • 2 dag świeżych drożdży
  • 1 szklanka ciepłego mleka
  • Sól i pieprz – przy blinach na słono lub 1 łyżeczka cukru – przy blinach na słodko
  • Dodatki: wędzony łosoś, kwaśna śmietana, natka pietruszki, na słodko: marmolada
Przygotowanie:
Białka ubić na sztywno. Drożdże rozpuścić w miseczce mleka, dodać roztopione masło, mąkę, sól i pieprz (lub cukier). Nakryć ściereczką i odstawić na kwadrans w ciepłe miejsce. Kiedy urośnie, delikatnie wmieszać do masy białko. Rozgrzać olej na patelni i formować niewielkie placuszki. Smażyć na złoto z obu stron. Podawać z dodatkami.


piątek, 2 listopada 2012

Ciasto z dyni


Jak przy pierwszych podejściach do różnych wypieków, w pół godziny zdążyłam sobie wyobrazić, co może pójść nie tak. Ciasto będzie za mokre. Ciasto będzie za suche. Wyjdzie zakalec. Suchar. Będzie niedobre, nie słodkie. Za słodkie.

Zamiast tego jest niesamowicie pyszne. Mało, że wyszło - wyciągnęłam z pieca pachnący cynamonem i orzechami placek. Jest miękki, aromatyczny i znika w jeden dzień. Zrobiłam dużą blachę i byłam przekonana, że starczy na co najmniej kilka dni, ale w przypadku tego ciasta nie ma o tym mowy.

Ciasto z dyni obowiązkowo do powtórzenia.

Ciasto z dyni
Składniki na 1 okrągłą blachę (śr. 25 cm)
przepis od zwegowanych
  • 2 szklanki miąższu dyni,
  • 2 szklanki mąki,
  • 0,75 szklanki cukru,
  • 3 jajka,
  • 5 łyżeczek cynamonu,
  • 0,75 szklanki oleju,
  • łyżeczka sody oczyszczonej,
  • 100 g orzechów włoskich lub migdałów (posiekanych),
  • 100 g drobnych rodzynek
  • 200 g jogurtu greckiego
  • miód do smaku
Przygotowanie:
Jajka ubijamy wraz z cukrem. Do masy dodajemy mąkę, olej, sodę i cynamon. Całość miksujemy, a następnie dodajemy starty na małych oczkach tarki i odsączony miąższ dyni oraz drobno pokrojone orzechy włoskie/migdały oraz rodzynki. Ciasto mieszamy. Przekładamy do wysmarowanej masłem i oprószonej mąką formy. Pieczemy przez ok. 40-50 minut w temperaturze 180°C. 
Po wyjęciu i ostudzeniu na ciasto wykładamy warstwę jogurtu greckiego zmieszanego z miodem - miodu tyle, żeby było słodkie (ja dałam 3 łyżki, ale próbujcie i dopasujcie do siebie).

piątek, 6 kwietnia 2012

Kruszonkowy keks


W tym roku miałam dwa podejścia do keksu. Jedno - super przepis, genialny i pod każdym względem łał! Oprócz tego, że nie wyszedł. Miał być zrobiony z samych bakalii, bez mąki - coś jak blok bakaliowy, z miodem i jajkami. I choć mam teraz cudowne bakalie na śniadanie, to to jednak nie jest keks. Za to drugie podejście już było mistrzowskie. 

Keks, w którym - uwaga - nie ma ani grama masła, margaryny czy oleju. Jest za to cała góra bakalii i na wierzchu najlepsza część każdego ciasta, czyli kruszonka. Keks wyszedł rewelacyjnie. Pachnie i smakuje obłędnie, jest puszysty i miękki, a z wierzchu ładnie przyrumieniony.

Keksem kończę przygotowania do Wielkanocy i mogę rozpocząć świętowanie, zaczynając od spróbowania jeszcze ciepłego kawałka ciasta. Cudownie! Uwielbiam Święta.



Keks bez tłuszczu
z Kuchni polskiej

Składniki:
  • 2 jajka
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 1 szklanka śmietany 12%
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 kopiaste szklanki mąki tortowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1,5 szklanki posiekanych bakalii (u mnie kandyzowana skórka pomarańczowa, papaja, migdały, pestki dyni i daktyle)
  • na kruszonkę: 100 g masła, 100 g cukru, 100 g mąki
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C.
Ubij jajka z cukrem na puszystą masę. Dolewaj po trochę śmietany, cały czas miksując. Wsyp mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszaj, aby powstało gładkie ciasto. Na koniec dorzuć bakalii i dokładnie wymieszaj. 
Formę keksową wysmaruj tłuszczem i wysyp bułką tartą. Ciasto przełóż do keksówki do 3/4 jej wysokości (mi zostało trochę ciasta, więc zrobiłam jeszcze 3 keksowe muffinki). Zrób kruszonkę - wymieszaj ze sobą równe części mąki, masła i cukru, zagnieć w kulę i zetrzyj na tarce o grubych oczkach na wierzch keksu.
Wstaw do piekarnika i piecz przez 50-60 minut, aż do ładnego zrumienienia. Wyjmij, przestudź i dopiero wyciągnij z formy. Oprósz cukrem pudrem. 
Keks nie wyschnie, jeśli będziecie go przechowywać owiniętego w folię aluminiową (będzie świeży do 3 dni).




Helene Dujardin - Ujęcia ze smakiem

Takie książki należą do rzadkości i, szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Bo zapotrzebowanie jest duże i wiele osób chętnie kupowałoby takie książki, gdyby tylko było ich więcej. Ponarzekam sobie trochę przy okazji też na polskie książki kucharskie, wśród których mi jest ciężko znaleźć taką, która byłaby ciekawa, z dobrymi przepisami i z ładnymi zdjęciami. Od czasu do czasu pojawiają się perełki, i to wszystko. Zresztą ja sama więcej dobrych zdjęć kulinarnych widzę na blogach niż między stronami książek. Bo choć ludzie należący do polskiej blogosfery (może poza pojedynczymi wyjątkami) nie kończyli szkół fotograficznych, nie studiowali na ASP ani w łodzkiej filmówce, to niektórzy z nich mają doświadczenie, którym mogliby zmiażdżyć niejednego profesjonalistę z dyplomem. Bo uczą się sami, tkwiąc nad miską zupy albo jedną kluską godzinami (od czego bolą później plecy), dobierając kolory, faktury, robią wygibasy z aparatem, a jeszcze jak ktoś tak jak ja nie lubi fotografować inaczej niż przy świetle dziennym, to musi się z tym całym majdanem tak sprężyć, żeby zdążyć przed zachodem słońca (w zimie - do 15). I właśnie ci kulinarno-fotograficzni zapaleńcy pokochają tę książkę. Ma mnóstwo prostych rad i wskazówek, jest konkretna i - co najważniejsze - prosta. Minusem wielu książek do nauki fotografii jest to, że ich autorzy używają zagmatwanego języka, tłumaczą proste rzeczy w skomplikowany sposób albo używają zwrotów z branży, których nie rozumie nikt poza nimi i ich znajomymi. A tutaj tego brak. Ujęcia ze smakiem bardzo pomagają w samouczeniu się. A zdjęcia, które są w środku i cała stylistyka książki są absolutnie cudowne. Stanowczo domagam się większej ilości takich tytułów.

poniedziałek, 26 marca 2012

Szarlotka-zachwyt


Miałam dużo jabłek. I dużą ochotę na szarlotkę. A zanim się do niej zabrałam, zdążyłam zrobić już muffinki z jabłkami, jabłkowe naleśniki i babcine jabłka zapiekane w piecu. Naturalną koleją rzeczy przyszedł więc czas na szarlotkę.

Ale nie chciałam robić takiej zwykłej: ciasto-jabłka-ciasto. Ewentualnie cynamon albo wanilia. Nabrałam ochoty na kosmicznie pyszną, taką z bezą lub - jeszcze lepiej - z miękką i puszystą bezową pianką. Jak chmurka. Wygrzebałam odpowiedni przepis, upewniłam się, że dobry i do dzieła! 



Z dumą wyciągnęłam stolnicę (zawsze jestem dumna, jak wyciągam moją stolnicę, bo zawsze chciałam ją mieć, a kupiłam dopiero w zeszłym roku). Wysypałam mąkę, część wylądowała na czarnym fartuszku przewiązanym wielką białą kokardą wielkości mojej głowy, dorzuciłam zimne masło i mieniące się kryształki cukru. Nóż w ruch i do roboty. W jednej chwili przypomniało mi się jak ciasto robiła zawsze moja babcia. Ja wtedy zawsze siedziałam obok niej i tylko się przyglądałam. Nigdy nie pomagałam. Siedziałam i się gapiłam, choć znałam każdy ruch babcinych rąk na pamięć. Pamiętam też, jak się zarzekałam, kiedy babcia mówiła mi, żebym patrzyła uważnie, bo kiedyś mi się to przyda, a ja, 6-letnia dziewczynka, prychałam, że w życiu mi się nie przyda, bo ja nie będę gotować. A dzisiaj wyrabiając ciasto nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się do siebie pod nosem - bo robiłam to dokładnie tak samo, jak moja babcia. Te same czynności, identyczne ruchy rąk i nawet to samo zeskrobywanie ciasta nożem ze stolnicy. Choć przecież można ją umyć. Ale babcia zawsze najpierw oskrobywała.

Jednak trochę mi z tej 6-latki zostało. Bo chociaż od tamtego czasu nauczyłam się gotować, to nadal nie lubię tego robić. Uwielbiam piec, ale nie przepadam za gotowaniem. 

Efektami mojej wypieczonej frajdy jest cudownie pachnąca, jeszcze lekko ciepła domowa szarlotka, z wysoką pianką, jaką zawsze chciałam zrobić i z całą górą jabłek pomiędzy nią a warstwą orzechów włoskich i kruchym ciastem. Pachnie i smakuje - obłędnie! I odkryłam fajny trik na piankę - będzie wysoka i nie klapnie, jeśli po ubiciu doda się do niej 2 łyżki mąki ziemniaczanej.



Szarlotka z bezową pianką

Składniki na 1 dużą szarlotkę:
kruchy spód:
  • 2 szklanki mąki 
  • 1 i ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • ½ szklanki cukru pudru
  • 200 g schłodzonego masła
  • 4 żółtka
  • bułka tarta
nadzienie:
  • 1 kg twardych, słodko-winnych jabłek
  • 1 szklanka grubo zmielonych lub posiekanych orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki cynamonu
pianka:
  • 6 białek
  • 1 i ½ szklanki cukru pudru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 170 stopni C. Usyp z mąki na stolnicy kopczyk, dodaj do niego cukier puder, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i masło. Posiekaj wszystko nożem, a następnie porozcieraj dłońmi, aż masło będzie w malutkich kawałkach.
2. Wbij żółtka i całość zagnieć rękoma. Rozwałkuj ciasto na prostokąt (jeśli masz prostokątną blachę) lub kółko (analogicznie – okrągła forma do ciasta) i przełóż do formy. Podociskaj ciasto do brzegów, żeby pozbyć się powietrza. Nie wykorzystuj całego ciasta – odłóż sobie trochę do starcia na tarce na wierzch ciasta (już na piankę).
3. Spód posyp obficie bułką tartą (bułka wyłapuje sok, który wypływa z jabłek podczas pieczenia i dzięki temu ciasto nie rozmięknie). Następnie wysyp równomiernie orzechy, na nie poukładaj jabłka i całość posyp cynamonem.
4. W misce ubij białka, stopniowo dodając cukier, na sztywną pianę. Na końcu dodaj mąkę ziemniaczaną i delikatnie wymieszaj łyżką. Nałóż pianę na wierzch ciasta.
5. Na pianę zetrzyj na tarce o dużych oczkach kawałek ciasta, który ci wcześniej został.
6. Wstaw do piekarnika, piecz ok. 30-40 minut, aż ciasto się zrumieni.


Tim Harford - Sekrety ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje Twoja kawa?


Jestem gotowa wielbić każdą książkę, która jest choć trochę ekonomiczna, a która jednocześnie nie wlatuje z głośnym świstem przez moje okno. Mało, Sekrety ekonomii jest nawet momentami zabawne. Za to w większości ciekawe i - co jest dla mnie megawielkim plusem we wszystkich książkach - nieprzegadana. Nie znoszę wodolejstwa. A tutaj go nie ma. Jest za to niezła literatura napisana zrozumiałym językiem, pełna przykładów obrazujących prawa ekonomii (nie wierzę, że to piszę, ale zdążyłam się nawet kilka razy wciągnąć, co jak na stuprocentową humanistkę pozbawioną jakiejkolwiek sympatii dla ekonomii, jest sukcesem takim, jak dla kogoś, kto umie ugotować tylko wodę na herbatę, jest upichcenie finezyjnych francuskich makaroników z karmelową skorupką). Chociaż tak sobie też myślę, że jeśli ktoś nie studiuje na jakimś ścisłym kierunku albo po prostu za takim nie przepada, to nie wyciągnie z książki Harforda tyle, co jej zagorzały zwolennik. Mówiąc prościej: jak ktoś woli coś innego, książkę przeczyta, może nawet polubi. Natomiast umysły ścisłe Sekrety ekonomii pokochają, docenią i pozostaną im one w głowie na bardzo długo.

środa, 30 listopada 2011

Orzeszki do kwadratu


Były już kwadratowe truskawki, kwadratowe jagody, kanciaste morele i śliwki. W tym miesiącu są kwadratowe orzeszki. Kwadratowe, bo wypieczone w kuchni do kwadratu, czyli moim i Oliwki cyklu. A zaczęło się od maila: Oliwko, będę piekła w niedzielę, nie chciałabyś razem ze mną...? I tak sześć miesięcy temu powstała pierwsza Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon. Idea jest prosta. Obie umawiamy się na motyw przewodni - jako że kwadratowa kuchnia jest sezonowa, głównym składnikiem jest zawsze coś bardzo charakterystycznego dla danego miesiąca. A żeby nie było zbyt prosto, fundujemy sobie niespodziankę: nie zdradzamy przepisu. Ba, nie zdradzamy sobie żadnych szczegółów poza głównym produktem. Rzucamy tylko hasło - tak jak w tym miesiącu: orzechy, ciasto. Po czym pichcimy. W tym samym czasie, każda w swojej kuchni. W mojej, przepełnionej książkami i oliwkowej, pachnącej cynamonem. Do ostatniej minuty przed opublikowaniem przepisów ja nie wiem, co przygotowuje Oliwka, a Oliwka - co piekę ja. 

Tym samym drzwi do listopadowej kwadratowej kuchni zostają otwarte!


Hasła na ten miesiąc: orzechy i ciasto. A że zaczyna mi się udzielać świąteczny nastrój i coraz bardziej tęsknię za śniegiem (bo przecież już powinien być!), wyszperałam z szafki szklany słoiczek ze złotą nakrętką i naklejką z napisem „przyprawa do piernika”. Z innej szafki – miód, którym polepiłam sobie palce. Do tego kakao, ciemne, prawdziwe, którego już sam zapach rozgrzewa. I jeszcze migdały – samodzielne wyłuskane z twardych skorupek, uprażone, pachnące. 

Aach!

Przepis na ciasto wyszperałam z „Ciast, ciastek i takich tam” Agaty Królak. Mocno napaliłam się na tę książkę i od pierwszej chwil jestem nią oczarowana. Jest idealnie w moim stylu. Aż do bólu prosta i kochana. Ciepła jak kruszonka, która dlatego jest najlepsza, bo „każdy ją lubi”. Wsadzam nos w książkę i włączają się czary-mary, bo czuję zapach czekolady, kakao, ciepłego mleka i pieczonych jabłek z miodem. Powrót do smaków dzieciństwa w najlepszym wydaniu: z palcami poklejonymi rozpuszczonym cukrem, mąką na nosie i policzkom upapranym kremem od wylizywania miski. W książce nie ma zdjęć ciast, są za to rysunki, które już same w sobie są mistrzostwem świata. Bo są krzywe. Kanciaste. Proste. Czasami nawet brzydkie. Ale jednocześnie są najcudowniejszymi dziegciowymi bazgrołami na świecie. Tak jak przepisy (perełki: kasimamyciasto, błotnik, ciągnik, japka pieczone, bułaski, brałni), choć tutaj grzecznie uprzedzam, że żeby z nich korzystać, trzeba się trochę znać na rzeczy, bo niejednokrotnie brzmią one tak jak przepis na makowszczyk: „Się bierze ubija białka od jajek, żeby było takie puszyste. Wszystko się miesza i na końcu te białka się dodaje, a żółtka wcześniej, hehehehe i do piekarnika na nie wiem ile, na oko; jak się spali, znaczy, że za długo”.
Bardziej pociesznie nie może być :)


Nie byłabym sobą, jakbym nie pokombinowała z przepisem. Z oryginału z książki wyrzuciłam niektóre składniki, dodałam inne, zmieniłam proporcje i z tego, co miało być okrągłym murzynkiem, wyszedł mi podłużny piernik. Bardzo puszysty, miękki i aromatyczny. 

Piernikowy murzynek
przepis szklankowy :)

Składniki:
  • ¾ kostki margaryny (150 g)
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 3 łyżki kakao
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżka miodu
  • 1/3 szklanka wody
  • 2 jajka
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia (tak, łyżka, nie łyżeczka)
  • 2 łyżki przyprawy do piernika
  • ½ szklanki posiekanych migdałów + kilka do odłożenia na wierzch
Przygotowanie:
Margarynę, kakao, cukier, oliwę, miód i wodę włóż do garnka, rozpuść na małym ogniu, mieszając – nie gotować, bo się zważy. Pozostaw do wystygnięcia, mieszając. Do letniej masy dodaj 2 żółtka, mąkę, przyprawę do piernika i proszek do pieczenia. Wymieszaj. Z białek ubij pianę, dodaj do masy, wymieszaj łyżką. Na koniec wymieszaj z posiekanymi migdałami. Przelej do formy, na wierzchu poukładaj całe migdały. Piecz 40 minut w 180 stopniach C. 
Pycha mniam, smacznego!

Ildiko Boldizsar, Katalin Szegedi – Narodziny księżniczki


Pozostając w dzieciowym klimacie (ostatnio w ogóle mam jakiś dzieciowy maraton: zaczęło się kolejnymi ciasteczkowymi warsztatami dla dzieci, później dzieciowa książka z przepisami, a teraz dzieciowa literatura), ale klimacie bynajmniej nie infantylnym – kolażowe księżniczki. Już wyjaśniam o co chodzi. Zainteresowałam się Narodzinami księżniczki, bo to kolejna pozytywnie pokręcona książka.  Zrobiona kolażem: tradycyjne rysunki mieszają się w dwuwymiarze z prawdziwymi przedmiotami: guzikami, kawałkami sznurka, ususzonymi kwiatkami, urywkami kartek. Te różne skarby dostaje każda dziewczynka przy narodzinach – razem z innymi ważnymi podarkami, jak radość, miłość, dobroć. To tak, jakby przy narodzinach każdej dziewczynki rozbrzmiewały fanfary na jej cześć, wszystko kwitło, buchało radością i uśmiechało się najszerzej jak tylko się da. Taki hołd złożony małej kobiecości.

piątek, 23 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Ludzie na walizkach"

Jak na piątek przystało - dzisiaj kolejna recenzja z piątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! 
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.
Przy okazji przypominam, że od przyszłego tygodnia cykl przechodzi z tygodniowego w dwutygodniowy. Kolejna duża recenzja ukaże się zatem za dwa tygodnie, 7 października.


Moją pierwszą reakcją na zapowiedź książki było: oho, znowu?

Szymon Hołownia jest naczelnym polskim popkaznodzieją. Co kilka miesięcy natykam się w księgarni na jego nową książkę, w Newsweeku regularnie widzę jego felietony, a gdybym zakodowała sobie pod którymś numerkiem na pilocie Religię.tv, pewnie i w telewizji migałby mi co jakiś czas.

Ludzie na walizkach to dwadzieścia wywiadów, które Hołownia przeprowadził w swoim programie o tym samym tytule właśnie w Religii.tv. Ci, którzy w Hołowni widzą ewangelizująca instytucję medialną, rozczarują się. Bo to nie są wywiady z księżmi, siostrami zakonnymi i braciszkami emanującymi świętym blaskiem (choć cztery osoby są faktycznie nieświeckie - wśród nich ksiądz Adam Boniecki), a z ludźmi, którzy wcale nie mają potrzeby dzielenia się swoimi wizjami zbawienia - zamiast tego chcą tylko (aż?) powiedzieć o tym, co przeżyli. Hołownia nie siedzi przed nimi z kartką, na której ma rozpaczliwie wielkimi literami napisane "zadaj pytanie o Boga!" i nie przebiera nóżkami w oczekiwaniu na odpowiedź.
To rozmówcy Hołowni mają głos i to oni decydują, co powiedzą, a czego nie, jaki temat poruszą, a jaki przemilczą. Nie będzie o Bogu? Świetnie. Wywiad z homoseksualistą? Czemu nie? Z ateistą? Jak najbardziej!


Czy Hołownia jest prasową maszynką do nawracania? Jedni twierdzą, że uprawia nowe kościelne dziennikarstwo, drudzy przyklaskują mu i najchętniej pisaliby o nim rozprawy naukowe, a znam też takich, którzy czytają go i oglądają dla jego poczucia humoru. A ja? Jestem gdzieś pomiędzy. Bo Hołownia mnie Ludźmi na walizkach nie nudzi. Niczego nie narzuca. Swoich rozmówców nie nawraca i nie wpadł na szczęście na pomysł wyciskania z nich na siłę uduchowionych sentencji, które co poniektórzy spodziewaliby się przeczytać i usłyszeć.

Pisałam już kiedyś, że uwielbiam czytać wywiady. Pod warunkiem, że są nieprzegadane, że dziennikarz, który pyta, nie wywleka w rozmowie swoich pomysłów na życie, nie narzuca, tylko kieruje rozmową tak, żeby rozmówca czuł się bezpiecznie, otworzył się, powiedział to, na co ma ochotę, a resztę przemilczał. Hołownia zdaje egzamin. Nie miałam takiej pewności na początku, gdy sięgałam po książkę - bo pierwsza część Ludzi na walizkach może nie tyle, że mnie rozczarowała, ale była mocno przeciętna. Nie było źle, ale dobrze też nie. A ci ludzie podobają mi się bardzo.


Razi mnie jednak wypiska na tylnej okładce, że Hołownia odkrywa, jak silny może być człowiek i jak poradzić sobie z cierpieniem. Często prowokuje, pyta o bunt wobec Boga, o to, czy można pogodzić się z takimi doświadczeniami. Odpowiedzi, które słyszy, mogą nas wiele nauczyć. Jestem uczulona na książki, które są zachwalane jako zawierające głębokie przemyślenia o życiu i śmierci - książka sygnowana sensem życia na kilometr pachnie mi podejrzanie. Czytam i zostaje mi w głowie tylko: edukacyjna martyrologia.

A tak nie jest. To jest prosta książka, prosty zbiór rozmów z ludźmi, którzy przeżyli rzeczy, o których każdy z nas myśli: No tak, zdarzają się, ale żeby mnie?? A jakby tak się zastanowić, że może to mnie nie jest takie mało prawdopodobne, możnaby na niektóre sprawy spojrzeć inaczej. Jak ta dwudziestka ludzi. Dla których sukcesem największym na  świecie jest codzienna możliwość wstawania z łóżka, samodzielne ugotowanie obiadu, szczęśliwe przeżycie dnia do końca. Ludzie dodają otuchy. Są najprostszym lekarstwem na wszystkie wygórowane ambicje, wyścig szczurów, poczucie, że trzeba być lepszym, lepszym, coraz lepszym!
Wcale nie trzeba. Bo ostatecznie, co by się stało, gdybyśmy odpuścili? Nic.

A być może, co co po niektórym może wydać się czystym szaleństwem, bylibyśmy nawet odrobinę bardziej szczęśliwi? Jak ludzie z walizkami w ręku. Mimo że stracili najbliższych, niektórzy są ciężko chorzy, inni żyją ze świadomością, że mają przed sobą góra 3 miesiące życia, że rak wrócił albo że muszą walczyć o życie kogoś bliskiego. Wtedy odkrywa się, na czym polega szczęście.

_______________________________
Szymon Hołownia - Ludzie na walizkach
Kraków 2011
Wydanie I
Stron: 256
Wydawnictwo:


Było dla mnie oczywiste, ze do Ludzi an walizkach upiekę sernik z jagodami. Ale co ma piernik do wiatraka? Już wyjaśniam. Ludzie na walizkach byli dla mnie książką podróżową, nie tylko przez dwuznaczny tytuł, ale też dosłownie - przeczytałam ją w pociągu, wracając z Warszawy do Krakowa. W Warszawie przed wyjazdem kupiłam jagody, z którymi chciałam zrobić w domu tartę. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że w pociągu lekko, ale konsekwentnie trzęsie - nie tylko mną, ale też moimi jagodami. Do ładnego ozdobienia tarty już się nie nadawały. Ale jeśli nie na wierzch, to może do środka? Wyciągnęłam więc z szafki wagę, z lodówki ser i zaczęłam piec fioletowy sernik.

Fioletowy-odlotowy.
Pyszny, kremowy, bardzo owocowy. I jeszcze smakujący latem.



Sernik jagodowy 
(Doroty)


Składniki
na spód:
  • 150 g kruchych ciasteczek, pokruszonych
  • 75 g masła, roztopionego
na masę serową:
  • 750 g twarogu śmietankowego, tłustego, zmielonego
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 200 g drobnego cukru
  • 4 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 250 g jagód
Przygotowanie:
Zrób spód: tortownicę o średnicy 22 cm wyłóż folią aluminiową (bardzo dokładnie, możesz obłożyć kilkoma warstwami - tak, że jeśli masz tortownicę z odpinanymi bokami jak ja, żeby masa nie przeciekała podczas pieczenia przez szczeliny). Ciastka wymieszaj z masłem, wgnieć w spód tortownicy, schłódź przez 20 minut.
Zrób masę serową: wszystkie składniki masy serowej zmiksuj razem na gładką masę, na końcu wmiksowując jajka (i od tego momentu tylko chwilę). Masę wylej na schłodzony wcześniej spód. Piecz w temperaturze 180ºC przez około 55-65 minut (sernik powinien być 'ścięty' na wierzchu, nie pieczemy do tzw. suchego patyczka).
Po upieczeniu schłódź w lodówce, najlepiej przez całą noc. Przechowuj również w lodówce.



Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

środa, 17 sierpnia 2011

Plum! po francusku


Przyszła pora na telesfora, czyli zabrałam się za clafoutis. I wreszcie rozszyfrowałam jak je wymawiać. Nic trudnego, ale nigdy nie chciało mi się wysilać. Do niedawna francuski deser funkcjonował w mojej głowie pod bliżej nieokreśloną nazwą - wystarczy, że zaczynał się na ce i miał w środku te i ef. 
To z pewnością mało poważne, ale pomyślcie tylko: zarzucić hasłem czy ktoś reflektuje na klofoti? i widzieć nic nie rozumiejące twarze wpatrujące się w was mętnym wzrokiem (o ile wcześniej nie usłyszymy na co? na kalafiora?) - aj! bezcenne. Ale żeby nie być zarozumiałym brzydalem, zaraz tłumaczymy: że to ciasto, francuskie, że pyszne, że mówię ci, będzie ci smakowało.

Bo takie ciasto-nieciasto mogli wymodzić, a jakże!, tylko Francuzi.
Francja naleśnikami stoi. Na rogu każdej francuskiej ulicy stoi budka, w której centralnym punktem jest okrągła płyta do smażenia naleśników i coś jak drewniany wałeczek, którym rozprowadza się w kółko ciasto po patelni. Dzięki temu francuskie naleśniki mogą być jednocześnie cieniutkie i nie rozrywać się. Jakby budek było mało, każda szanująca się francuska restauracja (i wszystkie te nieszanujące się również) musi mieć w swoim menu naleśniki - z szynką, serem czy pieczarkami albo same, posypane tylko cukrem pudrem. Jak herbata w angielskiej kawiarni albo ciemne piwo w czeskim pubie. We Francji brak naleśników = bojkot klientów i koniec interesu.

Co to ma wspólnego z clafoutis? Ano to, że podstawą deseru jest ciasto naleśnikowe. A że żaden Francuz nie będzie smażył góry naleśników i kładł je na sobie (tak jak Amerykanie budują wieże z pancakesów), więc któryś z francuskich geniuszy wpadł kiedyś na pomysł wylania całego ciasta hurtem do brytfanki, powtykania w to owoców i wstawienia do piekarnika. Po pół godzinie wyciągnął je z pieca i chciał przestudzić, ale tak pachniało, że nie mógł się powstrzymać. Spróbował, posmakowało mu i obwieścił wszem i wobec, że clafoutis należy jeść na ciepło.


I faktycznie, na ciepło jest najpyszniejsze. W konsystencji nie jest podobne do niczego - i być może dlatego takie łał. Coś jak połączenie gęstego budyniu (ale bez budyniowego posmaku), czegoś pomiędzy gęstym musem a galaretką, tyle że z mąką... Jesteście to sobie w stanie wyobrazić? Ciężko mi to opisać. O, coś jak mus albo krem, którym wypełnia się tartę i zapieka. Bardzo gęsty krem brulee. Jest absolutnie fantastyczne, pod każdym względem - gęstości, smaku, zapachu. Pycha. Najlepsze prosto z pieca, choć po przestygnięciu można je fajnie kroić na równe kawałki. Ale nie bawcie się w studzenie, ciasto i tak nie wytrzyma długo jak poczujecie słodki zapach śliwek - najlepiej się nie cyrtolić, tylko wziąć dużą łyżkę i nałożyć sobie solidną porcję na talerz.


Clafoutis ze śliwkami
przepis z Wysokich Obcasów sprzed paru lat

Składniki (forma ok. 20x30 cm):
  • 1 szklanka słodkiej śmietanki - 30% albo 36%
  • 3 jaja
  • 100 g mąki (2/3 szklanki)
  • 60 g cukru
  • szczypta soli
  • laska wanilii
  • wypestkowane śliwki - tyle, by zakryć dno naczynia
  • na wierzch: odrobina śmietany 18% lekko osłodzonej miodem lub cukrem
Przygotowanie:
Laskę wanilii rozciąć, zeskrobać ziarenka ze środka, dodać do reszty składników. Wszystkie składniki ciasta zmiksować. Piekarnik rozgrzać do 180 st. C. 
Naczynie żaroodporne (okrągłe o średnicy ok. 24 cm i wys. 4 cm) wysmarować masłem, margaryną albo olejem i napełnić płynnym ciastem do wysokości ok. 0,6 cm. Wstawić do gorącego piekarnika i piec przez 5 min, aż zetnie się skórka. Na zapieczonym spodzie rozłożyć jedną warstwę owoców. Zalać ciastem i ponownie wstawić do piekarnika. Piec ok. 30 min. Podawać na ciepło posypane cukrem pudrem albo z kleksem słodkiej śmietany. Uwaga - najlepsze prosto z pieca; jak postoi, to opada.





Joseph Conrad, Jądro ciemności

Jądro ciemności zna każdy albo prawie każdy, więc szału nie ma. Ale. Czytałam Jądro ciemności dawno temu, w innym przekładzie. Średnio mi się podobało, być może dlatego, że w małym stopniu załapałam, o co w nim chodzi. Tak jak pisałam przy Tolkienie, do niektórych książek trzeba dorosnąć. To moje parę lat temu czytane Jądro ciemności było w formie lektury z opracowaniem. Totalna porażka, bo podczas kilku lat czytania lektur w szkole nigdy nie zdarzyło mi się trafić na dobrze zrobioną książkę z opracowaniem. Albo mają za drobny tekst (a nadziubdziane ciężko się czyta - zawsze), albo zaznaczenia na marginesie są zbyt mało wyraziste, nie ma kolorów, strzałek, wszystkich tych szmerów bajerów, które wzrokowców cieszą. A podejrzewam, że jak już ktoś sięga po lekturę z opracowaniem, to na 90% jest wzrokowcem. Bo chociażby zapamiętuje komentarze na marginesach. 


Ale nie o lekturach z opracowaniem miało być. Choć wyszłam od dobrej strony - tłumacza. Na półkach wylądował świeży Conrad, w innym niż do tej pory tłumaczeniu. Sięgnęłam i ponownie przeczytałam. Miałam wrażenie, że mam przed oczami trochę bardziej współczesną wersję Jądra - nie chodzi o akcję, postaci, wydarzenia, ale o język. Kłaniam się do samej ziemi Magdzie Heydel, dzięki której wreszcie mi się tę książkę dobrze czytało. I Znakowi, który wydał Conrada w swojej serii 50 na 50, którą bardzo bardzo lubię. Za dopracowane projekty graficzne okładek. Za wzorki z boku książek, każde w innym kolorze i stylu. Uwielbiam takie detale. Są przeurocze. W niektórych też za wstążki w środku, które sprawdzają się lepiej niż zakładki (w niektórych, bo tylko w wybranych tytułach z serii są wstążki, a szkoda, bo ochoczo z nich korzystam). I wreszcie za wybieranie do serii samych dobrych tytułów, dzięki czemu jak dokupuję każdą kolejną pozycję, tworzy mi się biblioteczka spod znaku must-have, must-read. A do tego kolorowa, ładnie ozdobiona i solidna, bo w twardych okładkach.

Chcę więcej!
Related Posts with Thumbnails