• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owoce. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2012

Co zrobić, kiedy chcecie piernik, a nie macie miodu


W planie miała dwa pierniki na święta. Kupiłam wszystkiego na zapas: mąki, masła, cukru, miodu, cynamonu. Tak wyliczyłam, że po jednym pierniku skończył mi się miód. Obliczenia, przekleństwo humanistów w kuchni.

Chciałam drugi piernik bardzo. Kij już z tym brakiem miodu! Wrzuciłam do miski po kolei co mi sie nawinęło pod rękę i wszystko,c o pachniało korzennie. Dodałam wszystkiego "na oko". Jestem dumna z tego przepisu, bo piernik wyszedł miękki, puszysty, mokry, z dużą ilością bakalii i pięknie pachnący przyprawami. Czekoladowy, z chrupiącą skórką. Prosty, szybki i awaryjny, kiedy zabraknie wam miodu a strasznie nie chce wam się iść do sklepu.

Piernik "awaryjny" (bez miodu)

Składniki:

  • 100 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 1 łyżka oleju
  • 200 g mąki
  • 100 g masła
  • 3 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki przyprawy do pierników
  • 1 duża garść suszonych śliwek
  • 1 duża garść rodzynek
  • 1 duża garść suszonej żurawiny
  • 1 duża garść płatków kokosowych (nie wiórków)

Przygotowanie:
Wymieszaj ze sobą wszystkie składniki. Przełóż ciasto do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą blachy. Napełnij maksymalnie do 3/4 wysokości formy, bo ciasto bardzo rośnie, szczególnie na środku. Włóż do pieca nagrzanego do temperatury 170 stopni C. Piecz ok. 30-40 minut. 
Smacznego!

Piernik na piwie


Kilka dni temu Żywiec przysłał mi mały upominek pod choinkę: jasne piwa i gadżety od Paulanera. Złożyło się idealnie, bo wymyśliłam sobie na te święta upiec piernik inny od wszystkich, które robiłam do tej pory. Prosty wniosek: ciasto na piwie. 

Zaraz potem przegrzebałam Internet i blogi w poszukiwaniu przepisu i jest! Znalazłam u Ani. Jako jedyny był przepisem, do którego mogłam wykorzystac jasne piwo, a nie ciemnego Guinessa. Problem w tym, że lubię ciemne pierniki, a te na jasnym piwie wychodzą bledziutkie. Ale wystarczyło dosypać kakao i problem z głowy. 


Jeśli chodzi o piwo, najlepiej do tego ciasta użyć właśnie jasnego. Jeśli macie w domu ciemne, skorzystajcie raczej z innego przepisu, gdzie w składnikach jest ciemne piwo (jest ich w internecie sporo) niż zmieniajcie ten przepis. To naprawdę ma znaczenie. Piwa ciemne i jasne mają inne właściwości. Wyjaśnię to na przykładzie Paulanera.

Oba piwa są pszeniczne, mają prawie tyle samo ekstraktu chmielowo-słodowego, alkoholu i kalorii (różnią się nieznacznie o ok. 0,2%). I na tym różnice się kończą.

Jasny Paulaner ma świeży, łagodny smak i owocowo-drożdżowy aromat. Pachnie lekko korzennie, goździkami i miodem, przez co idealnie nadawała się do mojego piernika. Jest naturalnie mętny, z wysoką pianą. Produkuje się go metodą bez filtrowania, przez co zawiera więcej witamin, minerałów i mikroelementów niż piwa filtrowane. 

Ciemne piwo zawiera w sobie więcej ciemnego słodu pszenicznego, dzięki czemu jego barwa nie jest miodowa, a kasztanowa. Jest bardziej wyrazisty w smaku, bardziej intensywnie też pachnie.


Piernik na jasnym piwie ma łagodny, słodki smak. Można w nim wyczuć aromat piwa, ale nie jest dominujący i nie pachnie alkoholem. Podobno jest tak, że używając trunków w kuchni (smażąc, piekąc, gotując), podczas obróbki termicznej alkohol wyparowuje, pozostawiając jedynie smak. To by się zgadzało z piernikiem. Jest bardzo puszysty, miękki i lekko wilgotny. A jeszcze ze śliwkami i przełożony kremem czekoladowym - poezja!


Piernik na piwie (jasnym)
przepis od Ani
  • 400 g mąki
  • 1 łyżeczka sody
  • 100 g masła
  • 30 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 170 g cukru kryształu
  • 170 g miodu
  • 1/2 szklanki jasnego piwa
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki przyprawy do pierników
  • 1/2 szklanki suszonych śliwek
  • krem do przełożenia: 250 g gęstej śmietany (12 lub 18%), łyżka cukru pudru, 1-2 łyżki kakao
Przygotowanie:
1. Miód podgrzewamy na małym ogniu. Dodajemy cukier kryształ. Mieszamy ogrzewając aż cukier się rozpuści. Nie doprowadzamy do zagotowania, podgrzewamy tylko tyle aby rozpuścić cukier. 
2. Żółtka ucieramy z cukrem pudrem i masłem. Białka ubijamy na sztywną pianę.
3. Mąkę przesiewamy z sodą i przyprawą piernikową.
4. Do masy żółtkowej dodajemy letni miód, mąkę z przyprawami i gdy składniki się połączą dodajemy piwo. Mieszamy aż ciasto będzie gładkie. Do ciasta dodajemy pianę z białek i delikatnie mieszamy (łyżką! nie mikserem).
5. Ciasto przelewamy do wąskiej i długiej keksówki. Ciasto powinno sięgać najwyżej do 3/4 wysokości, bo dosyć mocno wyrasta. Pieczemy przez ok. 40-50 minut w temperaturze 170 – 180 stopni C. Sprawdzamy patyczkiem czy piernik jest upieczony.
6. Po upieczeniu ostudź ciasto i przygotuj krem. Wymieszaj śmietanę, cukier puder i kakao. Pokrój piernik wzdłuż na trzy warstwy. Nałoż krem na pierwszą i przykryj drugiem plackiem. Z drugim zrób to samo i przykryj trzecim. Trzeciego już nie smaruj kremem.

Piernik najdłużej świeży pozostanie, gdy owiniesz go folią aluminiową i schowasz w ciemnym, chłodnym miejscu. 

Smacznego!

Dla piwoszów znalazłam jeszcze ciekawostkę o tym, jak nalewać piwo, żeby wydobyć najlepszy aromat:

Szklankę do piwa pszenicznego najlepiej przepłucz lodowatą wodą, co ułatwi ci kontrolowanie pianki. Ważne, byś w trakcie nalewania trzymał szklankę ukośnie. Butelkę oprzyj na brzegu szklanki i powoli przelewaj do niej złocisty płyn, a otrzymasz piękną koronę piany. Piwo pszeniczne jest piwem z charakterem. Najpierw wlej do szklanki trzy czwarte zawartości butelki, potem lekko nią wstrząśnij, by podniósł się osad drożdży i wlej resztę, nadając swojemu piwu indywidualny charakter.



O produkcie:
Paulaner, piwo pszeniczne obj. alkoholu 5,5%, zaw. ekstraktu 12,5%
Wytwórca: Browar Paulaner
Pochodzenie: Monachium, Niemcy
Dystrybutor w Polsce: Żywiec
pojemność: 400 ml
więcej informacji na stronie pl.paulaner.com

wtorek, 31 lipca 2012

Szóste piętro


Wieża idealnej słodkości - ze zrównoważonymi smakami, jednocześnie aksamitna i chrupka. Jest i ciasteczko, i czekolada, i bita śmietana, i nawet chwila dla zdrowia schowana w płatkach owsianych i jabłku na szczycie.

W przerwach od opychania sie soczystymi malinami, świeżymi porzeczkami i pachnącymi brzoskwiniami, czasami mam ochotę na coś bardzo nieowocowego. I wtedy z pomocą przychodzi garnuszek do roztapiania czekolady, mikser do ubijania śmietany, miska do pokruszenia ciasteczek i metalowe obręcze do deserów (niezawodne Makro).

Które, swoją drogą, też miały swój udział w wybraniu akurat tego deseru zamiast upieczenia kolejnych ciasteczek. Bardzo chciałam je mieć, i to już od dłuższego czasu. Tymczasem gdy w końcu położyłam je na blacie, nie wiedziałam co z nimi zrobić. Chodziłam wokół nich kilka dni. Ani galaretka mi nie pasowała, ani jakieś wymyślne konstrukcje z biszkoptu przekładanego masą. Wreszcie wymyśliłam, że zrobię mus czekoladowy. I jak zawsze, na musie się nie skończyło...


Deser jest najprostszy na świecie i można dowolnie zmieniać skład poszczególnych warstw w zależności od tego, co akurat ma się w lodówce i szafkach :) Zamiast migdałów można dodać płatki owsiane, zamiast bitej śmietany - ser mascarpone, a jabłka zastąpić orzechami i suszonymi owocami. Kto nie lubi gorzkiej czekolady, może zamienić ją na białą albo mleczną, choć według mnie gorzka pasuje tu idealnie, bo równoważy smaki i nie przesładza całości.


Sześciopiętrowy deser czekoladowy

Składniki na 3 desery:
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady
  • pół tabliczki mlecznej czekolady
  • 350 ml śmietanki 30% lub 36%
  • szklanka kruchych ciasteczek
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • 7-8 łyżek masła
  • pół szklanki płatków owsianych
  • pół szklanki posiekanych w płatki migdałów
  • 2 duże jabłka
Przygotowanie:
I warstwa: ciasteczkowy spód. Pokrusz ciasteczka na pył, dodaj 3-4 łyżki masła i zagnieć (tak, aby powstała ciasteczkowa kula - jeśli będzie sie kruszyć, dodaj więcej masła). Masą wylep spody wewnątrz metalowych obręczy.
II warstwa: mus czekoladowy. Roztop gorzką i mleczną czekoladę w kąpieli wodnej. W osobnej misce ubij śmietanę na sztywno, dodając pod koniec łyżeczkę cukru pudru. Prawie całą bitą śmietanę (zostaw trochę na później na samą górę deseru) przełóż do rondelka z czekoladą i bardzo delikatnie wymieszaj, najlepiej szeroką szpatułką. Przełóż na ciasteczkowe spody.
III warstwa: owsiano-migdałowa. Wymieszaj płatki owsiane i migdały z pozostałym masłem, wyłóż ostrożnie na mus czekoladowy. Leciutko przygnieć, ale uważaj, bo mus jest jeszcze płynny. 
IV warstwa: resztka czekoladowego musu once again.
V warstwa: reszta bitej śmietany.
VI warstwa: owocowa. Pokrój jabłka w cieniutkie plastry i ułóż na bitej śmietanie. Pośrodku możesz ułożyć coś drobnego, np. rodzynkę lub orzeszka.

Smacznego!



M. Kursa, W. Pelowski, R.Romanowski, Zrób to w Krakowie
(wyd. Agora, Warszawa 2012, s. 242)


A co konkretnie? W mieście, w którym obowiązkowym punktem programu jest triada Wawel-Sukiennice-Kościół Mariacki i gdzie na każdym kroku zieje smok wawelski (ten prawdziwy albo pluszowa wersja mini do miętoszenia i do doczepienia do kluczy), pierwszych kroków wcale nie trzeba  kierować tam, gdzie idą wszyscy turyści. Z podobnego założenia wyszła trójka dziennikarzy, autorów „Do it In Kraków”. Przewodnik niestandardowy, w którym nie znajdziecie Wawelu, Jamy Michalika czy zachwalania wystaw w Muzeum Narodowym. Bo to trochę książka dla i o nowomieszczańskim Krakowie, który rano tłumnie jedzie na rowerach zjeść śniadanie w Bunkrze Sztuki, potem spacerem na Kazimierz, kawusia i ciasteczko w Kolorach albo Alchemii albo w wersji dla zapracowanych mały stolik w ogródku na Placu Nowym, w wymiarach idealnie mieszczący laptop, kalendarz i komórkę. Krakowianie kochają też powstające jak grzyby po deszczu biura co-workingowe, w których można wynająć miejsce do pracy na godziny, tygodnie, miesiące. Może to dlatego, że jest tu aż tyle ludzi wykonujących wolne zawody, którzy nie mają szefa, z góry ustalonych godzin pracy czy wrednej kadrowej i dzięki temu miasto nadal szczyci się swobodną i twórczą atmosferą.

„Zrób to…” to także przewodnik po miejscach mało uczęszczanych przez turystów, co jest często powodem do wielkiej radości mieszczuchów, którzy nie muszą zmagać się z hordami przyjezdnych okupujących ich ulubione miejsca. Książka jest rewelacyjnie napisana, z wplecionymi w opisy wywiadami z ludźmi ważnymi dla Krakowa (m.in. Adam Chrząstkowski, Michał Rusinek, Cecylia Malik).

Swoją drogą wreszcie się doczekaliśmy, -śmy: Krakusy. Bo po m.in. „Do it in Warszawa” i „Do it In Szczecin”, od jakiegoś czasu coraz bardziej tęsknym wzorkiem przeglądałam katalogi nowości wydawniczych Agory, w nadziei, że może wreszcie ktoś zechce trochę zadowolić małopolskich turystów, a trochę podlizać się Krakusom. Tak tak, o to drugie też chodzi. A myślicie, że dlaczego zaraz po tym, jak dostałam informację, że książka się ukazuje, skleciłam i wysłałam najszybszego maila w moim życiu do wydawcy. Fakt, może nie był zbyt wylewny, ale za to bardzo konkretny. I dzięki temu możecie teraz wygrać egzemplarze książek... ale o tym w kolejnym wpisie.

piątek, 6 kwietnia 2012

Kruszonkowy keks


W tym roku miałam dwa podejścia do keksu. Jedno - super przepis, genialny i pod każdym względem łał! Oprócz tego, że nie wyszedł. Miał być zrobiony z samych bakalii, bez mąki - coś jak blok bakaliowy, z miodem i jajkami. I choć mam teraz cudowne bakalie na śniadanie, to to jednak nie jest keks. Za to drugie podejście już było mistrzowskie. 

Keks, w którym - uwaga - nie ma ani grama masła, margaryny czy oleju. Jest za to cała góra bakalii i na wierzchu najlepsza część każdego ciasta, czyli kruszonka. Keks wyszedł rewelacyjnie. Pachnie i smakuje obłędnie, jest puszysty i miękki, a z wierzchu ładnie przyrumieniony.

Keksem kończę przygotowania do Wielkanocy i mogę rozpocząć świętowanie, zaczynając od spróbowania jeszcze ciepłego kawałka ciasta. Cudownie! Uwielbiam Święta.



Keks bez tłuszczu
z Kuchni polskiej

Składniki:
  • 2 jajka
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 1 szklanka śmietany 12%
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 kopiaste szklanki mąki tortowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1,5 szklanki posiekanych bakalii (u mnie kandyzowana skórka pomarańczowa, papaja, migdały, pestki dyni i daktyle)
  • na kruszonkę: 100 g masła, 100 g cukru, 100 g mąki
Przygotowanie:
Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C.
Ubij jajka z cukrem na puszystą masę. Dolewaj po trochę śmietany, cały czas miksując. Wsyp mąkę z proszkiem do pieczenia i wymieszaj, aby powstało gładkie ciasto. Na koniec dorzuć bakalii i dokładnie wymieszaj. 
Formę keksową wysmaruj tłuszczem i wysyp bułką tartą. Ciasto przełóż do keksówki do 3/4 jej wysokości (mi zostało trochę ciasta, więc zrobiłam jeszcze 3 keksowe muffinki). Zrób kruszonkę - wymieszaj ze sobą równe części mąki, masła i cukru, zagnieć w kulę i zetrzyj na tarce o grubych oczkach na wierzch keksu.
Wstaw do piekarnika i piecz przez 50-60 minut, aż do ładnego zrumienienia. Wyjmij, przestudź i dopiero wyciągnij z formy. Oprósz cukrem pudrem. 
Keks nie wyschnie, jeśli będziecie go przechowywać owiniętego w folię aluminiową (będzie świeży do 3 dni).




Helene Dujardin - Ujęcia ze smakiem

Takie książki należą do rzadkości i, szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Bo zapotrzebowanie jest duże i wiele osób chętnie kupowałoby takie książki, gdyby tylko było ich więcej. Ponarzekam sobie trochę przy okazji też na polskie książki kucharskie, wśród których mi jest ciężko znaleźć taką, która byłaby ciekawa, z dobrymi przepisami i z ładnymi zdjęciami. Od czasu do czasu pojawiają się perełki, i to wszystko. Zresztą ja sama więcej dobrych zdjęć kulinarnych widzę na blogach niż między stronami książek. Bo choć ludzie należący do polskiej blogosfery (może poza pojedynczymi wyjątkami) nie kończyli szkół fotograficznych, nie studiowali na ASP ani w łodzkiej filmówce, to niektórzy z nich mają doświadczenie, którym mogliby zmiażdżyć niejednego profesjonalistę z dyplomem. Bo uczą się sami, tkwiąc nad miską zupy albo jedną kluską godzinami (od czego bolą później plecy), dobierając kolory, faktury, robią wygibasy z aparatem, a jeszcze jak ktoś tak jak ja nie lubi fotografować inaczej niż przy świetle dziennym, to musi się z tym całym majdanem tak sprężyć, żeby zdążyć przed zachodem słońca (w zimie - do 15). I właśnie ci kulinarno-fotograficzni zapaleńcy pokochają tę książkę. Ma mnóstwo prostych rad i wskazówek, jest konkretna i - co najważniejsze - prosta. Minusem wielu książek do nauki fotografii jest to, że ich autorzy używają zagmatwanego języka, tłumaczą proste rzeczy w skomplikowany sposób albo używają zwrotów z branży, których nie rozumie nikt poza nimi i ich znajomymi. A tutaj tego brak. Ujęcia ze smakiem bardzo pomagają w samouczeniu się. A zdjęcia, które są w środku i cała stylistyka książki są absolutnie cudowne. Stanowczo domagam się większej ilości takich tytułów.

poniedziałek, 26 marca 2012

Szarlotka-zachwyt


Miałam dużo jabłek. I dużą ochotę na szarlotkę. A zanim się do niej zabrałam, zdążyłam zrobić już muffinki z jabłkami, jabłkowe naleśniki i babcine jabłka zapiekane w piecu. Naturalną koleją rzeczy przyszedł więc czas na szarlotkę.

Ale nie chciałam robić takiej zwykłej: ciasto-jabłka-ciasto. Ewentualnie cynamon albo wanilia. Nabrałam ochoty na kosmicznie pyszną, taką z bezą lub - jeszcze lepiej - z miękką i puszystą bezową pianką. Jak chmurka. Wygrzebałam odpowiedni przepis, upewniłam się, że dobry i do dzieła! 



Z dumą wyciągnęłam stolnicę (zawsze jestem dumna, jak wyciągam moją stolnicę, bo zawsze chciałam ją mieć, a kupiłam dopiero w zeszłym roku). Wysypałam mąkę, część wylądowała na czarnym fartuszku przewiązanym wielką białą kokardą wielkości mojej głowy, dorzuciłam zimne masło i mieniące się kryształki cukru. Nóż w ruch i do roboty. W jednej chwili przypomniało mi się jak ciasto robiła zawsze moja babcia. Ja wtedy zawsze siedziałam obok niej i tylko się przyglądałam. Nigdy nie pomagałam. Siedziałam i się gapiłam, choć znałam każdy ruch babcinych rąk na pamięć. Pamiętam też, jak się zarzekałam, kiedy babcia mówiła mi, żebym patrzyła uważnie, bo kiedyś mi się to przyda, a ja, 6-letnia dziewczynka, prychałam, że w życiu mi się nie przyda, bo ja nie będę gotować. A dzisiaj wyrabiając ciasto nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się do siebie pod nosem - bo robiłam to dokładnie tak samo, jak moja babcia. Te same czynności, identyczne ruchy rąk i nawet to samo zeskrobywanie ciasta nożem ze stolnicy. Choć przecież można ją umyć. Ale babcia zawsze najpierw oskrobywała.

Jednak trochę mi z tej 6-latki zostało. Bo chociaż od tamtego czasu nauczyłam się gotować, to nadal nie lubię tego robić. Uwielbiam piec, ale nie przepadam za gotowaniem. 

Efektami mojej wypieczonej frajdy jest cudownie pachnąca, jeszcze lekko ciepła domowa szarlotka, z wysoką pianką, jaką zawsze chciałam zrobić i z całą górą jabłek pomiędzy nią a warstwą orzechów włoskich i kruchym ciastem. Pachnie i smakuje - obłędnie! I odkryłam fajny trik na piankę - będzie wysoka i nie klapnie, jeśli po ubiciu doda się do niej 2 łyżki mąki ziemniaczanej.



Szarlotka z bezową pianką

Składniki na 1 dużą szarlotkę:
kruchy spód:
  • 2 szklanki mąki 
  • 1 i ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • ½ szklanki cukru pudru
  • 200 g schłodzonego masła
  • 4 żółtka
  • bułka tarta
nadzienie:
  • 1 kg twardych, słodko-winnych jabłek
  • 1 szklanka grubo zmielonych lub posiekanych orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki cynamonu
pianka:
  • 6 białek
  • 1 i ½ szklanki cukru pudru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 170 stopni C. Usyp z mąki na stolnicy kopczyk, dodaj do niego cukier puder, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i masło. Posiekaj wszystko nożem, a następnie porozcieraj dłońmi, aż masło będzie w malutkich kawałkach.
2. Wbij żółtka i całość zagnieć rękoma. Rozwałkuj ciasto na prostokąt (jeśli masz prostokątną blachę) lub kółko (analogicznie – okrągła forma do ciasta) i przełóż do formy. Podociskaj ciasto do brzegów, żeby pozbyć się powietrza. Nie wykorzystuj całego ciasta – odłóż sobie trochę do starcia na tarce na wierzch ciasta (już na piankę).
3. Spód posyp obficie bułką tartą (bułka wyłapuje sok, który wypływa z jabłek podczas pieczenia i dzięki temu ciasto nie rozmięknie). Następnie wysyp równomiernie orzechy, na nie poukładaj jabłka i całość posyp cynamonem.
4. W misce ubij białka, stopniowo dodając cukier, na sztywną pianę. Na końcu dodaj mąkę ziemniaczaną i delikatnie wymieszaj łyżką. Nałóż pianę na wierzch ciasta.
5. Na pianę zetrzyj na tarce o dużych oczkach kawałek ciasta, który ci wcześniej został.
6. Wstaw do piekarnika, piecz ok. 30-40 minut, aż ciasto się zrumieni.


Tim Harford - Sekrety ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje Twoja kawa?


Jestem gotowa wielbić każdą książkę, która jest choć trochę ekonomiczna, a która jednocześnie nie wlatuje z głośnym świstem przez moje okno. Mało, Sekrety ekonomii jest nawet momentami zabawne. Za to w większości ciekawe i - co jest dla mnie megawielkim plusem we wszystkich książkach - nieprzegadana. Nie znoszę wodolejstwa. A tutaj go nie ma. Jest za to niezła literatura napisana zrozumiałym językiem, pełna przykładów obrazujących prawa ekonomii (nie wierzę, że to piszę, ale zdążyłam się nawet kilka razy wciągnąć, co jak na stuprocentową humanistkę pozbawioną jakiejkolwiek sympatii dla ekonomii, jest sukcesem takim, jak dla kogoś, kto umie ugotować tylko wodę na herbatę, jest upichcenie finezyjnych francuskich makaroników z karmelową skorupką). Chociaż tak sobie też myślę, że jeśli ktoś nie studiuje na jakimś ścisłym kierunku albo po prostu za takim nie przepada, to nie wyciągnie z książki Harforda tyle, co jej zagorzały zwolennik. Mówiąc prościej: jak ktoś woli coś innego, książkę przeczyta, może nawet polubi. Natomiast umysły ścisłe Sekrety ekonomii pokochają, docenią i pozostaną im one w głowie na bardzo długo.

środa, 21 marca 2012

Jabłkowa kruszynka



Jeszcze muffinka czy już mała szarlotka?
Muffinka, bo pieczona w muffinkowej formie. 
I to by było na tyle, bo na tym jej muffinkowość się kończy. A więc szarlotka w wersji mini? Ciasto by się zgadzało: kruche, delikatne, pachnące wanilią. W środku jabłka i orzechy włoskie. W zasadzie nie wiadomo czego więcej: owoców czy bakalii. Słodkie, ale nie przesadzone. W sam raz.


No dobrze, a co można z taką babeczką zrobić?

Można schować do metalowej puszki na ciastka, razem z dziewięcioma pozostałymi babeczkami. 
Można też zapakować dwie do brązowej papierowej torebki i wrzucić do torebki pomiędzy portfel, komórkę, książkę i fioletowego Hefalumpa. Hefalump jest od kluczy, żeby było za co złapać klucze, kiedy sięga się ręką do torebki buszując w niej po omacku.
Jedną babeczkę można komuś podarować. Ale tylko jedną. Bo dziewięć innych znajomych też by chciało.
Można założyć się z kimś kto zrobi wyższą babeczkową wieżę. 

Można też zrobić sobie rozpieszczający zestaw śniadaniowy. Babeczka, książka, talerz w kropki. 

Oczywiście, zjeść też można. A nawet należy.


Babeczki orzechowo-szarlotkowe

Składniki:
Kruche ciasto:
  • 300 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 200 g masła
  • 80 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • cukier puder do oprószenia
Nadzienie jabłkowo-orzechowe:
  • 0,5 kg soczystych, słodko-kwaśnych jabłek
  • pół szklanki brązowego cukru
  • 1 łyżka cynamonu
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki zmielonych orzechów włoskich

Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 200 stopni C, muffinkową blachę wysmaruj masłem (ciastka będą się piekły bez papilotek). Silikonowych foremek nie trzeba natłuszczać. Umieść wszystkie składniki w misce i ugniataj palcami. Gotowe ciasto lekko rozwałkuj, powykrawaj szklanką kółka i wylepiaj nimi spód i brzegi foremek. Warstwa ciasta nie musi być bardzo gruba - musi zostać miejsce na nadzienie, ale też nie może być za cienka, bo babeczki nie przetrwają wyciągania po upieczeniu z foremki. Ja wykleiłam 11 foremek i odłożyłam trochę ciasta na później, po czym zabrałam się za przygotowanie nadzienia.
2. Obierz jabłka, wydrąż gniazda nasienne i pokrój owoce na mniejsze kawałki. Na patelni rozpuść masło, wsyp jabłka, dodaj cukier, cynamon, orzeszki i wymieszaj. Podsmażaj na małym ogniu, aż jabłka zmiękną i zaczną intensywniej pachnieć. Cukier ma się całkowicie rozpuścić, a jabłka pozostać w kawałkach. Tak przygotowane nadzienie ponakładaj do babeczek i przykryj pozostałym ciastem. Możesz dodatkowo powykrawać z ciasta różne kształty foremkami lub nożem i przykleić je na wierzch. 
3. W górnej warstwie porób dziurki patyczkiem do szaszłyków albo nożem (tędy uchodzi gorące powietrze podczas pieczenia, bez dziurek muffinki będą pękać). Posmaruj wierzch żółtkiem wymieszanym z mlekiem i wstaw do piekarnika na ok. 25-30 minut, aż do zrumienienia. Po upieczeniu przestudź babeczki i dopiero wtedy powyciągaj je z foremki i lekko oprósz cukrem pudrem.
4. Można przechowywać je ponad tydzień w metalowej puszcze lub słoiku na ciastka - po kilku dniach w puszcze są nawet lepsze niż zaraz po upieczeniu :)




Marcin Prokop, Szymon Hołownia - Bóg, kasa i rock'n'roll

Zrobiło mi się trochę żal, kiedy po którejś z kolei książce Hołowni zorientowałam się, że mnie nudzi. Żal, bo pamiętam, jak bardzo podobała mi się jego pierwsza. Coś innego, tak nietypowo, o, fajne. Kolejną tez polubiłam. Następna była już ani-ani. Szału nie ma, ale źle tez nie jest. Potem było za to już coraz gorzej - wałkowanie tego samego, czasami trochę innymi słowami, innym razem już nawet bez tego. Piszę o tym, bo to był jeden z powodów, dla których ucieszyłam się na tę książkę. Trochę pokładałam nadzieję w Prokopie, że wreszcie rozrusza Hołownię i ten drugi wróci do łask i na moją półkę. 
Hasłem-kluczem reklamy, która nakręcała wszystko, co działo się wokół książki jeszcze przed jej ukazaniem się była "elektryzująca rozmowa". Być może brak mi czegoś do odebrania tej energii, bo rozmowa, zamiast trzymać mnie w napięciu, trochę nudziła. Sięgając po książkę, zawsze mam swoje przewidywania, ale zawsze też oczekuję, że na nich się nie skończy - że autor mnie zaskoczy, zadziwi, że się chwilę zastanowię  i pomyślę inaczej niż zwykle. Tutaj mi tego zabrakło. Wiedziałam, jak bardzo różne są od siebie te dwie osoby i jak bardzo ich poglądy na różne sprawy są od siebie oddalone. Ciekawa byłam, jak bardzo będą się zafiksowywać na swoich punktach widzenia, a w jakim stopniu spróbują zrozumieć się wzajemnie i jak interesujące będzie to dla mnie. I trochę się rozczarowałam. Owszem, było parę intrygujących momentów i mądrych zdań, ale w większości mogłabym opowiedzieć o czym są poszczególne rozdziały jeszcze przed ich przeczytaniem. 
Ciekawa jestem kolejnej książki Hołowni i czekam na nią niecierpliwie. Zapowiada się nieźle: podróże po świecie, których tematem przewodnim są inne kultury i religie. Będzie książkowa rehabilitacja?

wtorek, 6 marca 2012

Wanilia, jabłko, słoik. I kokardki.


Uwielbiam robić przetwory. A bardzo ciężko jest mi trafić na taki dżem w sklepie, który by mi smakował. Albo są za galaterowate, albo za słodkie, w jednych za mało owoców, w innych - owoce tylko na wierzchu, a jak się przekopać przez pierwszą warstwę, sam zagęszczony sok plus cukier. A swój dżem nie dość, że mogę napakować owocami, to jeszcze dodać do nich dokładnie to, co lubię i zamknąć w jakim słoiku mi się podoba - dużym, malutkim, kanciastym, podłużnym - jakimkolwiek. I zawsze jest najpyszniejszy.

W robieniu dżemów należy wziąć sobie do serca jedną, podstawową zasadę - przygotować za mało słoików. Bo najlepsze w robieniu dżemu jest to, że na końcu zawsze i tak zostaje resztka, niezależnie od tego, ile słoików się przygotuje, która to resztka nie mieści się w żadnym słoiku i można ją bezkarnie wyjeść łyżką prosto z gara.


Ogromnie stęskniłam się za dżemem. Wiem, że najlepsze robi się w lecie, kiedy są wszystkie owoce, jakie tylko można sobie wymarzyć, wszystko świeże, słodkie i pachnące. Ale ja bardzo chciałam dżem. Żeby mieć swój, żeby swoim własnym móc posmarować kromkę chleba rano i powyjadać sobie ze słoika łyżeczką (bo to już norma, że zapasy robione w sierpniu kończą się w październiku). A że jest taki czas, że ani jeszcze brzoskwiń, ani truskawek, został mi do wyboru żelazny zestaw zimowy: banany, pomarańcze, cytryny, jabłka. A więc jabłka. Z wanilią. Ale nie taką z cukru, tylko prawdziwą, zamkniętą w czarnych ziarenkach w długiej czarnej lasce. A na dowód waniliowej prawdziwości - czarne ziarenka w słoiczku. Wygląda to co najmniej obłędnie.


Dżem jabłkowy z wanilią

Składniki:
  • 1,3 kg jabłek (po obraniu i usunięciu szypułek zostanie 1 kg)
  • 300 g cukru
  • 1 laska wanilii
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
Przygotowanie:
Jabłka porządnie umyj, obierz je i usuń z nich gniazda nasienne. Pokrój na ćwiartki, a każdą z nich na spore kawałki i wrzuć do garnka. Zasyp cukrem. Laskę wanilii przekrój wzdłuż na pół, wydłub czarne ziarenka, dodaj je do jabłek, a samą laskę przekrój na dwie części i tez dorzuć do garnka. Wciśnij sok z cytryny. Gotuj jabłka bez przykrywki na małym ogniu, aż zaczną puszczać sok i bulgotać, wtedy co jakiś czas zamieszaj drewnianą łyżką. Gotuj do momentu, aż jabłka całkowicie rozmiękną i zaczną tworzyć gęsty mus (mi zajęło to ok. 30 minut). Przed przełożeniem dżemu do słoików, wyłów z niego laskę wanilii. Przygotuj sobie słoiki: dokładnie je wyparz, razem z nakrętkami i dokładnie osusz. Gorący dżem przekładaj do słoików do pełna, mocno zakręcaj i ułóż na blacie do góry dnem. Pozostaw je tak aż do całkowitego ostygnięcia.



Francesca Gould - Dlaczego ziewanie jest zaraźliwe?

Pozostając w klimacie ostatniej książki, o której pisałam (Gotowanie dla geeków) - przyssałam się do kolejnej ciekawostkowej książki. To też już pisałam, ale powtórzę: uwielbiam pokręconą serię z Wydawnictwa Literackiego. Dlaczego ziewanie jest zaraźliwe? jest - w dużym uproszczeniu - o ludzkim ciele i tym, co może się z nim stać, co samemu można z nim wyczyniać i  w jak dziwaczny sposób funkcjonuje, podczas gdy my szczęśliwi i nieświadomi nie mamy o tym zielonego pojęcia. Ta książka będzie idealna dla tych, którzy są zdrowo ciekawscy, lubią się zastanawiać, patrzeć na różne rzeczy nieszablonowo i zadawać dużo pytań. Bo odpowiedzi nie są nużące. Są w sam raz, nie przydługawe, ale zaspokajające głód wścibskości. Można się na przykład dowiedzieć, że przystawiając pijawkę do ciała, ta zostawia na ciele delikwenta ślad jak logo mercedesa, a kwas żołądkowy jest tak silny, że gdyby umieścić jego kroplę na kawałku drewnianej deski, przepali ją na wylot. Jest też moje ulubione pytanie: dlaczego strzelają nam palce? (wraz z odpowiedzią), ale też dlaczego jak jemy lody, to czasami boli nas głowa. I wiedzieliście, że aby odpędzić się od komarów, wystarczy porządnie najeść się czosnku? Co w sumie wpływa też na odpędzenie się nie tylko od małych krwiopijców. Ale wtedy można w spokoju poczytać książkę i nikt nie będzie nam przeszkadzał.

niedziela, 22 stycznia 2012

Racuch(l)ove


Słodziaki!
Z jabłkami, cynamonem i słodkim pyłkiem z cukru pudru. Cieplutkie, skwierczące na patelni, a potem rozpływające się w buzi. Najpyszniejsze, bo domowe. Z maminego przepisu, zapisanego dawno temu na pożółkłej już teraz kartce, ze wskazówkami, za które tak ją uwielbiam: dodaj na oko, wymieszaj trochę, ale nie za długo albo dosyp tyle, żeby było dobrze. Szczególnie pomocne, gdy staram się wypróbować przepis po raz pierwszy i nie mam bladego pojęcia ile to jest dużo, ale nie za dużo. Ale w tym cały urok i domowe ciepło. Mamine czary-mary ze starego zeszytu z przepisami.


Przepis na racuchy jest najprostszy i najpyszniejszy z możliwych. Placuszki są miękkie, puszyste i ani nie za słodkie, ani nie niedosłodzone. W sam raz we wszystkim.

Mamine racuchy
Składniki:
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 250 ml kefiru
  • 280 ml śmietany 30%
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • mąka pszenna* (wyjaśnienie ile dodać - niżej)
  • 3 jabłka
  • pół łyżeczki cynamonu
  • cukier puder
Przygotowanie:
Do miski rozbić 2 jajka, posolić. Ubić trzepaczką (nie mikserem). Dodać kefir i śmietanę, dobrze wymieszać. Dodać proszek do pieczenia, cynamon i mąkę. *Tu wyjaśnienie ilości: mąkę trzeba dodawać porcjami (np. łyżkami), aż do uzyskania ciasta bez grudek, z pęcherzykami powietrza i o konsystencji lejącej gęstej śmietany. Ja dodawałam po 1 łyżce, wyszło mi jakieś 9 - 10. Gdyby ciasto po dodaniu mąki było za gęste, trzeba dodać jeszcze trochę kefiru i zimnej wody. Kiedy będzie miało odpowiednią gęstość, jabłka obrać, powykrawać gniazda nasienne, pociąć na krążki, kostki lub płatki i wrzucić do ciasta, żeby nim oblazły. Smażyć niezbyt duże racuchy na złoto na rozgrzanym oleju. Posypać cukrem pudrem.


Michael Brooks - 13 rzeczy, które nie mają sensu

Wydawnictwo Literackie od jakiegoś czasu wypuszcza książki, które są tak pozytywnie pokręcone, że jak tylko w księgarniach ukazuje się kolejna, lecę tam w podskokach. Jakiś czas temu pisałam już o jednej z nich. Za czytanie 13 rzeczy, które nie mają sensu wzięłam się w ciemno. Wiedziona przeczuciem, że niby nauka, niby może nawet skomplikowana, ale spodziewałam się raczej przy Brooksie wybuchów śmiechu niż poważnych rozważań. I faktycznie - pełno tu humoru, nauki pół żartem pół serio, nawet wyśmiewania co poważniejszych i bardziej bufoniastych naukowców z ich arcyciekawymi teoriami (to żart) powstania wszechświata, ewolucji życia i zagadek śmierci. Bo tych trzynaście rzeczy, które pozornie wszyscy uzasadniają, a jak się zastanowić, nie mają najmniejszego sensu (i nikt nie wie, skąd ten sens wytrzasnąć), są tak proste i oczywiste, że, jadąc na fali początkowego zaskoczenia, czyta się to z coraz większą ciekawością. Bo jakie może być rozwiązanie zagadki życia, anomalii Pioneera, rzekomego sygnału "Wow!" nadanego przez kosmitów, efektu Placebo czy zmiennych stałych? 
Mam jednak jedno ale. Nawet bardzo duże. Książka jest owszem, ciekawa, ale podczas jej czytania miałam wrażenie i nadal po jej skończeniu nie chce mnie ono opuścić, że książka jest wciągająca, ale dla jednej grupy czytelników - tych zorientowanych przyrodniczo. A więc: naukowców, studentów fizyki, astronomii, chemii i wszystkich innych kierunków ścisłych albo po prostu tych, którzy się nauką - w sensie bardzo ścisłym - interesują. Wydaje mi się, że oni by Brooksa docenili bardziej niż ja. Bo ja się trochę męczyłam i nie czytałam z wypiekami na twarzy. Raczej dla samego przeczytania. Choć autorowi udała się niewątpliwie jedna rzecz, za którą trochę go polubiłam: nie cisnęłam książki od razu w kąt, co przy mojej orientacji bardzo humanistycznej i totalnie antymatematycznej (mniej subtelnie określanej tumanizmem matematycznym) jest nie lada wyczynem.

PS. A już niedługo będę miała dla Was kilka ogłoszeń-niespodzianek - wszystkie pozytywne. Tylko cierpliwości, bo najpierw sama je muszę ogarnąć, żeby mieć co ogłaszać :)

środa, 9 listopada 2011

Śniadanko?


Telewizor mi wczoraj rano obwieścił radosną nowinę - mamy pierwszy Dzień Zdrowego Śniadania! Nie wiem kto wpadł na ten pomysł, ale przyklaskuję mądrym głowom, które postanowiły go obchodzić (dzień obchodzić, nie pomysł). Wiadomo, że ludzie dzielą się na kilka grup (np. ci, którzy lubią rodzynki w cieście i ci, którzy je metodycznie wydłubują). W temacie śniadań są więc ci, którzy nie wyobrażają sobie wyjścia z domu bez śniadania i ci, którzy w biegu pochłaniają kawę i ciacho.

Jestem zdecydowanie pierwszogrupowa. A wy jak macie? Ja bez śniadania jestem chora - na ciele i na umyśle. Brzuch grymasi burczeniem, ziewam na potęgę i chodzę naburmuszona, z jedną myślą wbitą w głowę: gdzie moje śniadanie!

W temacie zdrowych śniadań. Poleciałam rano po chleb ze słonecznika (nie słonecznikowy, nie ze słonecznikiem - on jest ZROBIONY ze słonecznika, z dodatkiem mąki - cudo!). Mam ostatnio niesłabnącą potrzebę wyjadania wszelkich zapasów, które zrobiłam sobie na zimę. I najlepiej, żeby były czekoladowe.
A więc czekośliwka. Jakiś czas temu już robiłam jedną wersję (przepis tutaj), teraz zapakowałam w słoiki drugą. Jeszcze bardziej czekoladową i z orzechami, których nie było poprzednio. Efekt jest taki, że z kilkunastu słoików czekośliwki na zimę nie został mi ani jeden. Ten ze zdjęcia jest ostatni. Był.

I chyba nie mogę robić takiej czekośliwki w dużych słoikach, bo cierpliwie wyjadam łyżeczką całość na raz. Moją jednostką nie jest jej ilość na kromce albo liczba łyżek, tylko słoik. Cały słoik idzie na raz. Nieważne, duży czy mały. Jestem w stanie pochłonąć każdy. Bo tak jest pyszny!

(pardonemła za Naomi Klein, nie mam zamiaru o niej pisać, po prostu aktualnie ją czytam)

Czekośliwka w wersji dla czekoladoholików
(i z orzechami)

Składniki:
  • 1 kg śliwek - umytych i wypestkowanych
  • 1/2 łyżeczki zmielonego cynamonu
  • 5 tabliczek dobrej gorzkiej lub deserowej czekolady
  • 1 tabliczka mlecznej czekolady
  • 350-450 g cukru (w zależności od ilości cukru - czekośliwka wyjdzie mniej lub bardziej słodka)
  • 4 kopiate łyżki kakao
  • orzechy, najlepiej włoskie albo fistaszki, bardzo drobno posiekane (1 szklanka)
Przygotowanie:
Śliwki umyj, wypestkuj, zasyp cukrem (możesz użyć zamrożonych). Postaw na małym ogniu i gotuj, aż cukier zacznie się topić, a śliwki puszczą sok. Wszystko rób na otwartym garnku, bez przykrywki. Kiedy dżem zacznie bulgotać, dodaj cynamon, kakao i czekoladę. Poczekaj, aż czekolada się rozpuści. Dodaj orzechy. Od tej pory gotuj około 20-30 minut, co chwilę mieszając w garnku drewnianą łyżką, żeby czekośliwka się nie przypaliła. Słoiki i nakrętki dokładnie wyparz, osusz i kiedy dżem będzie gotowy, nakładaj go chochelką albo dużą łyżką do słoików. Dobrze pozakręcaj, postaw do góry nogami wszystkie słoiki i w takiej pozycji mają stać, dopóki nie ostygną.

A dzisiejsze zdrowe śniadanie? Wspomniany chleb ze słonecznika, czekośliwka z orzechami i kawałki migdałów na wierzch. Miodzio.

Magdalena Grzebałtowska - Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego
 
Paradoksów jest kilka. Pierwszym jest to, że sięgnęłam po biografię. Znowu. Mimo zarzekania się, że już nigdy, że a fe, że czytanie o cudzym życiu jest nudne. Żeby nie było - nadal tak twierdzę, zdania nie zmieniłam. Na ten jeden raz zrobiłam tylko subtelny wyjątek. W zasadzie nie wiem czemu. Nie czytałam wcześniej Grzebałtowskiej, nie wiedziałam, jak pisze. Ksiądz Twardowski - ok, znam, kojarzę, ale też bez wielkich szaleństw. Chociaż?... No właśnie. Znam, kojarzę, ale może wypadałoby jakoś bardziej, lepiej, więcej wiedzieć? 
Biografia mnie rozczarowała. I dzięki Bogu, że tak się stało. Bo jest świetna, zupełnie nie taka, jakiej się spodziewałam. Brałam do ręki biografię jakich wiele, książkę o czyimś życiu napisaną na zasadzie "urodził się na początku wieku, był dobrym uczniem, a potem poszedł do seminarium i przez resztę życia był księdzem. Amen", a po pierwszych stronach wiedziałam już, że ani nie będzie szkolnogrzecznie (już raczej grzesznie niż grzecznie), ani tym bardziej dewotkowo i w anielskich tonach niedzielnego kazania. Kiedy już na początku książki okazało się, że nie wiadomo nawet, w którym dokładnie roku Twardowski się urodził, bo sam wpędzał dziennikarzy i każdego, z kim rozmawiał, w błąd, zmyślając na potęgę i podając jednemu inną datę, a drugiemu inną, już wtedy poczułam, że nie trzeba mnie będzie długo przekonywać do zmiany zdania. Ksiądz Twardowski był niepoprawny politycznie. I kościelnie też. Uwielbiał dzieci, a te przepadały za nim i lgnęły do niego. Rysowały mu biedronki, malowały kredkami na jego zabytkowym kaflowym piecu, śmiały się z nim i słuchały go wpatrzone jak w obrazek. A on był najcierpliwszym księdzem na świecie, nie tylko w stosunku do dzieci, ale w ogóle, do ludzi, ogromnie skromnym, ciepłym, serdecznym i mającym swoją własną filozofię wiary, według której Bóg zamiast surowego, groźnie spoglądającego olbrzyma, grożącego ludziom palcem z góry, jest wesołym staruszkiem, uśmiechniętym od ucha do ucha, wywijającym kankana z aniołami. 
Zastanawiałam się, na czym polega fenomen dobrych biografii. Taki dobry przepis na opisanie cudzego życia. Niesamowita osoba? Jest. Ciekawe życie? Odfajkowane. Autor? Ooo tak! Grzebałtowska zrobiła z nudnego gatunku pachnącego historią, jakim jest biografia, literacki majstersztyk. Odkrywała życie księdza Twardowskiego kawałek po kawałeczku, jak puzzle, nie zrażając się, że co i rusz elementy układanki jej nie pasują, mieszają się, albo ktoś je specjalnie chowa i nie chce oddać. Opowiedziała tę historię słowami  innych - ludzi, którzy księdza znali. Poskładała długie historie, zasłyszane zwierzenia i urywki informacji w jedną całość, jakby sklejała poszczególne fakty klejem. Jak dobry detektyw.
Related Posts with Thumbnails