• RSS

wtorek, 14 września 2010

London bookworm! Ciasto makowe z dynią i słonecznikiem


Nie ma dobrej imprezy bez dobrej przegryzki. A już po powrocie tym bardziej. Siedziało się daleko, fundując 12 dni przymusowego odwyku wygłodniałym dziennikarzom, to teraz nawet nie że nie można, ale jest się zobowiązanym do godnego przywitania. I tak Kokoszkową dietę białkową szlag trafił, z ciasta zostały trzy cienkie kawałki, a ja do 2 w nocy włóczyłam się po krakowskim rynku z blachą pod pachą (muszę się pochwalić, muszę! - nowy nabytek, w którym już się zdążyłam rozkochać, bo: a. jest teflonowa, b. ciasto nie przywiera, c. jest megaodporna na trzaski, obicia, stłuczenia i wreszcie d. kupiona w Poundlandzie, londyńskich przybytku dobrych rzeczy za funta. Funta!). Tak więc spełniając swój kuchareczkowy obowiązek (ależ, jaki mi tam obowiązek!), wszyscy zostali przywitani z należnymi honorami blachą ciasta makowego. 


Ciasto, w oryginale babka piaskowo-makowa, zmieniła trochę swój skład. Dodałam więcej maku, pestki dyni i słonecznika, a zamiast maki pszennej wsypałam żytnią (tego akurat nie zamierzałam, po prostu zabrakło mi pszennej). Polałam lukrem i pokroiłam na kawałki, żeby wygodnie się jadło. Strasznie fajne ciasto. Spodobał mi się mak. Jakoś zawsze po jego dodaniu, ciasto robi mi się fajniejsze. I z pestkami, do pochrupania. Samo ciasto nie jest suche, ale nie jest też zakalcowate. Pulchne, wyrośnięte. Słodkie powitanie.

Tyle mi zostało po całonocnych krakowskich wojażach - fota strzelona o 2.30, już w domu.


Składniki (na małą blachę o średnicy 20 cm):
  • 8 dag mąki żytniej
  • 2 dag mąki pszennej
  • 2 budynie - 1 waniliowy i 1 śmietankowy
  • 12 dag margaryny
  • 10 dag cukru
  • 2 jajka
  • nieco więcej niż pół szklanki maku
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 4 łyżki mleka
  • duża garść pestek słonecznika
  • duża garść pestek dyni
Przygotowanie:
Oba rodzaje mąki połączyć z proszkiem do pieczenia. Margarynę utrzeć, dodając stopniowo jajka, cukier, budynie i na końcu mąkę z proszkiem do pieczenia. Do utartego ciasta wlać mleko, wsypać suchy mak, dodać pestki. Jeszcze raz dokładnie utrzeć ciasto. Wlać do formy - jeśli macie teflonową, nie musicie jej niczym smarować, jeśli taką, do której ciasto może się przykleić na amen - wysmarujcie masłem i wysypcie bułka tartą. Po wierzchu posypcie jeszcze dodatkowymi pestkami dyni i słonecznika. Pieczcie w temperaturze 170 stopni C przez ok. 50 minut. Po wyciągnięciu i przestudzeniu ciasto można polać lukrem.


Londyn zobowiązuje. Poszukiwanie książek było jednym z motywów przewodnich tego wyjazdu. Zapał w znajdowaniu książek przeszedł wszelkie możliwe fazy: od początkowej euforii, zaraz po wylądowaniu na Gatwick, kiedy wszystko co kolorowe mówiło: jestem ładna tania książka, kup mnie, kup! (książki, gdyby ktoś miał wątpliwości, nie tylko potrafią mówić, ale wręcz krzyczeć czy wrzeszczeć - odległość nie gra roli), po lekkie zwątpienie (no, to gdzie ten wysyp książek za 2 funty?), po zwątpienie totalne (etap pod tytułem bawimy się w chowanego). Aż wreszcie nastąpił ten piękny i wspaniały dzień, kiedy wybrałam się do British Library. Wychodząc z biblioteki trafia się na Euston Road, zaczynającej się od... książek za 2 funty. Tak!



Londyński poradnik cz. I 
gdzie szukać książek? - mój subiektywny wybór
(część II, o tym, gdzie znaleźć cały kitchen equipment - następnym razem)

1. Na początek - British Library. Nie trzeba wyrabiać żadnej karty, żeby wejść do środka - potrzebna jest dopiero przy wypożyczaniu książek. Za darmo można zwiedzić wystawy, m.in. z najstarszymi książkami znalezionymi w Wielkiej Brytanii. Można wejść do ogromnej czytelni z zielonymi lampkami, usiąść przy stoliku, poprzeglądać. Albo na korytarzu, mając za plecami przeszkloną ścianę ze starymi tomami oprawionymi jeszcze w skórę, pobuszować w darmowym Internecie albo coś zjeść na placu przed biblioteką. Anglików cechuje to cudowne uwielbienie do zagospodarowywania każdej wolnej przestrzeni, jaka tylko pozostała do zagospodarowania w Londynie (a już niewiele tego zostało), na miejsce, gdzie można siąść, wyciągnąć jedzenie, a jak się nie ma - kupić. Jest trawa, drzewa, jest zielono. Są ławki i kwadratowe murki, na których studenci ochoczo się lokują ze swoim lunchem.


2. Book Warehouse - sieć księgarni rozstrzelonych po całym Londynie. Tutaj: klik klik, znajdziecie adresy. Ja doszłam na Notting Hill i gdzieś niedaleko British Museum - trzeba jechać na stację Tottenham Court Road i iść w stronę muzeum, a po drodze trafi się na księgarnię z żółtym szyldem. Sprzedają książki po cenie nawet 70% niższej, mają duży dział z książkami kucharskimi, sportowymi i tym, co akurat schodzi, czyli bestsellerami. 





3. Tuż przy moim hostelu: Bookthrift. Jak wyżej, poprzeceniane książki. Bardzo miła, przytulna księgarenka. Taka typowo londyńska. Dwie sale, mniej więcej takiej samej wielkości, z najróżniejszymi tematycznie książkami. Adres: 22 Thurloe St (telefon i trasa dojazdu: klik klik).



4. Oxfam!! Ta i następna księgarnia są moimi faworytami. Ale zostańmy narazie przy pierwszej. Oxfam to w ogóle duża brytyjska organizacja charytatywna. Ksiegarnie i antykwariaty to tylko niewielka część jej działalności. Oxfam sprzedaje też ciuchy z drugiej ręki, prowadzi second-handy, sklepy muzyczne i filmowe, sprzedaje stare rzeczy, przedmioty do domu... Od gąbek do mycia w kształcie owcy z dyndającym ogonkiem, po duże kryształowe miski i wazony. Wszystko. Można kupować przez internet (klik klik). Na stronie jest tez cały wykaz sklepów, więc jakby ktoś miał ochotę jednocześnie kupić suknię balową, tania książkę i przy okazji pomóc dzieciom - żaden problem, Oxfam dostarczy paczkę pod drzwi.


5. Bookcase Booksellers. Trafiłam na dwa adresy: 89 Euston Road i 268 Chiswick High Road.
Nie trudno zgadnąć ile zajęło mi zastanowienie się, czy wejść do środka, po tym jak zobaczyłam szyld Bargain books 2₤. Trzy sekundy i już byłam w środku. To i Oxfam, to były najlepsze miejsca na książkowe zakupy w Londynie. Kucharskie, bestsellery, lektury, serie Pinguina, a więc z klasykami literatury angielskiej, lektury szkolne, książki dla dzieci, podróżnicze, motoryzacyjne, o zdrowiu, o urodzie, o modzie, o wszystkim. Cudowne. I prześliczne adresowniki. I zestawy papeterii w ładnych pudełeczkach: kartki wraz z kopertami. Ja mam o ten, tu na dole, czerwony z czereśniami. Gdyby nie moja chwilowa fobia na temat przeciążonego bagażu, byłoby dużo prościej podjąć jakąkolwiek decyzję! Brać albo nie brać, oto jest pytanie.



6. The books next door, czyli tuż obok Bookcase Booksellers następna wystawa z magicznym słowem 
"bargain". Nieco mniejszy wybór niż w poprzedniej, raczej wydawnictwa muzyczne, motoryzacyjne i podróżnicze. 88 lub 90 Euston Road - bo nie wiem, w która stronę idą numerki względem poprzedniej księgarni.



7. Divertimenti - trzy adresy w Londynie, z czego pierwszy to największy sklep: 227-229 Brompton Road, 33/34 Marylebone High Street, 4 Christ's Lane (off St. Andrews Street). Tym razem to nie księgarnia, a sklep z wyposażeniem kuchennym. Doszłam tylko do pierwszego, więc o tym będę mówić. Wielki, przestronny, dwupiętrowy. Z tysiącem różnych pędzelków do miziania ciasta białkiem przed włożeniem do piekarnika, drugim tysiącem foremek do wycinania ciasteczek i wielką szufladą jadalnych barwników do ciasta w kolorach, których nazw nie potrafię nawet powtórzyć (to byłaby sprawa dla ludzi z ASP). Miseczki, kubeczki, garnuszki, megawielki grill elektryczny na wystawie, ścierki, serwetki i milion sztućców we wszystkich możliwych rozmiarach i kolorach. I: regał z książkami kucharskimi! Po zejściu na dolny poziom, na prawo od schodów.


8. Antykwariat, przy Pembridge Road. Ciasno, wąsko i książkowo. Półki od góry do dołu zawalone używanymi książkami, a na wysepce pośrodku rocznikami poukładane wszystkie możliwe rodzaje komiksów.


9. Book for Cooks, 4 Blenheim Crescent. 
Nastawiłam się niesamowicie. Zanim tam trafiłam, zdążyłam dwa razy prawie przejść obok i nie zauważyć, pokręciłam się trochę w kółko, bo moja londyńska mapa nie obejmowała obszaru wychodzącego poza kwadrat A4, czyli kończyła się dokładnie w momencie, w którym zaczyna się Blenheim Crescent. A jak wreszcie z półbłogim uśmiechem na ustach trafiłam, to okazało się, że już zamknięte. Następnego dnia nie miałam już takiego problemu. Księgarenka jest faktycznie rewelacyjnie wyposażona w książki kucharskie - pogrupowane krajami, np. kuchnia włoska, indyjska, amerykańska, ale też tematycznie: ciasteczka, kolacje, pikniki, dania wegetariańskie. I jest mała kawiarenko-restauracja, w której można siąść, zjeść, poczytać, poprzeglądać i co tylko dusza zapragnie powyprawiać z książką. Jeden, jedyny minus: nie ma przecenionych książek. Niestety. Tylko dlatego wyszłam stamtąd z pustymi rękami. Bo po przekalkulowaniu wyszło mi, ze tą samą książkę kupię w Polsce albo zamówię przez Internet i wyjdzie mi dokładnie na to samo. 
Czyli: coś jak polski Empik, tylko w skondensowanej formie tylko z tematyką kuchenną.



za zdjęcia dziękuję Ally :)


10. The Travel Books - naprzeciwko Books for Cooks. 
Raj dla miłośników podróży. Miejsce mające niesamowita zdolność do przenoszenia w miejscu i czasie. Może przez dekoracje? Zapaloną do pomocy obsługę? Fajne miejsce. Klimatyczne.


11. Co tam jedna księgarnia. Ja mam całą ulicę książek! Cecil Court od początku do końca okupowana jest przez księgarnie i antykwariaty. Serce mi się raduje. Każdy sklepik jest inny. Są książki tylko dla dzieci, jest Motor Books, komiksy, książki do 1945 roku i całkiem ogólne antykwariaty ze wszystkim, co wpadnie w ręce. A trafiłam przez przypadek, szukając poczty.




12. I na koniec - ale last but not least (nigdy nie rozumiałam tego wyrażenia - mój nauczyciel od angielskiego, Anglik i angielska obsługa w hostelu też nie): sklepiki muzealne! Kopalnia cudów. Książki na każdy temat, w zależności od muzeum. A tych jest w Londynie nie tylko dużo, ale tez są fantastycznie wyposażone (można tak powiedzieć o muzeum, że jest "wyposażone"?). Jest Muzeum Nauki, Historii Ziemi, Victoria & Albert Museum, głównie sztuka, Muzeum Wojny (Imperial War Museum), jedno muzeum dzieciństwa (w wolnym tłumaczeniu) - V&A Childhood Museum, Muzeum Zabawek Pollocka, muzea Sherlocka Holmesa i Charlesa Dickensa. No i British Museum, National Gallery i wszystkie inne instytucje, do których tłumnie ściągają turyści. I - musowo! - sklepik w bibliotece brytyjskiej (patrz: punkt 1.).


Na deser lizaki z jednego z muzeum: a propos ekspozycji o zanieczyszczaniu planety.


I jeszcze coś - co ucieszy moli książkowych z podobnym fiołem jak mój: adresy wszystkich londyńskich księgarni. Małych, dużych, nieważne: oto jest - cudowna lista znaleziona w internecie :) - klik klik



Robin Cooper, The Timewaster Diaries (o tym panu i o książce tu: klik klik)

45 komentarze:

amarantka pisze...

Kuchareczko, jeśli kiedyś w końcu i mnie zaniesie samolot do Londynu - to będę z pewnością pamiętać o Twoim przewodniku po księgarniach :)
I szkoda, że w Krakowie nie mieszkam i że się na nocne ciasto nie załapałam :) po ilości jaka została - stwierdzam, że na pewno jest pyszne.

Jul pisze...

Jestem zachwycona Twoim przewodnikiem:) Gdybym ja trafila w te miejsca, to pewnie kupilabym tyle ksiazek kucharskich, ze potem nie dalabym rady do domu wrocic:):P

alison pisze...

wonderful,so many books and a delicious cake!

viridianka pisze...

czyli zostało w sam raz na śniadanie (;

Irbisek pisze...

Ciasto wygląda zachęcająco :) Dlaczego w Bydgoszczy nie ma takich księgarni??? :(

basia pisze...

Nie dziwi mnie wcale,ze zaraz za Tobą przyleciala z Londynu paczka z ksiązkami...a foremka tez mnie kusi,ale nie spotkalam dotąd.Ciacho wygląda niesamowicie,co prawda mak zawsze oblepia mi zęby ale bardzo lubie ciasta z makiem...

Kuchareczka pisze...

basiu - a ten akurat własnie tak nie oblepia... Mi lepi się takie z makowca, mokry, chociaz i tak nie przeszkadza mi to w objadaniu sie ciastami na święta :)
irbisku - a ja w bydgoszczy nie bylam! ciekawa jestem, jak tam u Ciebie jest :) Chciałabym się kiedys wybrać...
viridanko - si! na sniadanie bylo :)
amarantko - polecam się książkowo (i kuchennie!) zawsze :)
jul - no ja wlasnie taki problemik mialam ;)
alison - thanks a lot! :)

majana pisze...

Jakie fajnie to ciacho i na pewno pysznie smakuje :)
Przyznam się,ze nie czytałam przewodnika, ale zdjęcia bardzo mi się podobają:)
Pozdrowienia:)

Kuchareczka pisze...

dziękuję Ci majanko za takie miłe słowa. Bardzo ciepłe :)

chanya13 pisze...

Zaczytałam się w Twoim przewodniku po księgarniach, nawet nie masz pojęcia jak ja zazdroszczę Ci tych wędrówek pomiędzy regałami z książkami kucharskimi i oczywiście samych książek. Jak będę w Londynie skorzystam. P.S. a ciasta dyniowego jeszcze nie jadłam, musiało smakować skoro zostały tylko okruszki. Pozdrawiam.

ana pisze...

Bardzo, ale to bardzo mi się to ciasto podoba i ma tyle zdrowych i smacznych dodatków.

Paula pisze...

świetnie, świetnie, wszystko mi się podoba :) widzę, że też makowo u Ciebie :)

Kuchareczka pisze...

paula - tak! :) jak w twoich gofrach!
ana - och, bardzo dziekuję i ciesze się, że Ci się podoba :)
chanya - bardzo się cieszę, że Ci się podobają moje londyńskie, ksiazkowe wedrówki. A ciasto dyniowe - ja jeszcze nie robilam z dynia z prawdziwego zdarzenia, a takie mi sie marzy...

Joanna pisze...

Ciasto bardzo interesujące, ale jeszcze bardziej interesujące są te wszystkie książki. No i te ceny zwalające z nóg.

Amber pisze...

Ciasto urocze- piegusek z dynią!

A księgarnie uwielbiam.Mogę przebywać w nich godzinami.I fortunę wydaję na książki...
A o tematyce kulinarnej słono kosztują - zarówno w Polsce,jak i w Londynie.
A Books for Cooks to dla mnie nr 1! ach, jak Ci zazdroszczę,że możesz tam chodzić...

Zwegowani.pl pisze...

Ale super! Ależ Ci zazdroszczę! My zrobiliśmy wycieczkę po restauracjach, Ty po księgarniach. No, aż się chce wspólny wypad robić! :) Books for Cooks rzeczywiście nie najtańsze, ale książka Vegan Cooking tak nam się podobała, że nie było bata :) poza tym klimat księgarni to był ten chwyt marketingowy, który stworzyli chyba specjalnie pod nas :)) a potem, po kalkulacji, jeszcze na lotnisku kupiliśmy. Koniecznie muszę kiedyś którąś od Ciebie pożyczyć. No i wspólny wypad - kiedy, kiedy? :)))

Kuchareczka pisze...

ally - jak najszybciej! i wypad, i ksiazki! Ja sie wbooks for cooks zachwyciłam kawiarenką... i przemiłą obsługą. Masz rację, pr to oni sobie robią niezly i, co lepsze, obie się na niego łapiemy i jest nam z tym dobrze ;)
amber - masz racje, znalezc dobra ksiazke kucharską za niewielkie pieniadze to jest wyczyn nie lada. Czasami sie udaje i mam wymarzona, wymuskaną, i wtedy jest szczescie na calego :)
asiu - prawda? ceny powalają! ;)

Zaytoon pisze...

Bardzo, bardzo źle, że raczej nie uda mi się dotrzeć do Londynu. Z takim przewodnikiem, to by była sama przyjemność i esencja z kupowania książek.

Co do ciasta - świetne! Szkoda, że nie było mnie gdzieś w Twojej okolicy kiedy miałaś taką blachę pod pachą. Te dwa kawałki zniknęłyby w mig. ;)

Pozdrawiam!

Karmel-itka. pisze...

nic już nie ma...? a chciałam się poczęstowac xd
przecudny wypiek ;]

majka pisze...

Swietny przewodnik po ksiegarniach. Czas podszkolic angielski i wyruszyc do Londynu :)) Wiesz, zastanawiam sie jak mozna odwiedzic tyle ksiagarni i nie oszalec z zachwytu? I z zalu, ze tylu nie mozna kupic i zabrac ze soba :)

Ciasto wyglada swietnie. Szkoda, ze sie nie zalapalam na kawaleczek :)

aga pisze...

ciacho wyglada smakowicie:) chetnie bym zjadla kawaleczek, a moze i dwa do herbatki:)

Kuchareczka pisze...

karmelitko - nic a nic :)
zaytoon - och tak, szkoda wielka, ja bym sie chetnie podzielila! ;)
maju - now lasnie, nie mozna Nawet moja odporna na pokusy czesc osobowosci dala za wygrana i rozpaczała przez chwilę.
aga - no, to akurat dwa duze zostaly :)

pozdrawiam cieplutko!!

turlaczek pisze...

O rany, makowa pychota! W dodatku samo zdrowie :)

Ivon pisze...

Mniam !!! I te książki :) Chętnie bym pograsowała w londyńskich księgarniach i ja.
Pozdrawiam !

Kaś pisze...

piękne zdjęcia i bardzo ciekawie opowiadasz
ciasto wygląda cudnie

Kuchareczka pisze...

dwieki dwiezcwyny!
z gory przepraszam za literowki, ale trafilam na kafejke w paryzu, w ktorej maja na klawiqturze poprzestawiane literki. turlaczku - oj zdrowe, sale dobre rzeczy w srodku!

Kuba pisze...

Ale ciacho!Wygląda bardzo apetycznie! A Londyn to zupełnie inna baja nigdy nie byłem, ale strasznie mnie tam ciągnie - może nie, żeby mieszkać, ale z pewnością aby pobyć.

Pozdrawiam!

Kasia pisze...

Uwielbiam mak! Pomijając to, że kojarzy mi się za świętami (czyli bardzo rodzinnie), lubię jak wygląda w ciastach. Twoje wygląda pysznie!
Pozdrawiam Kuchareczko :)

Wiosanna pisze...

Uwielbiam książki i księgarnie. Jedyny problem jest z tym, żeby zacząć gotować z wszystkich książek, zawsze przeglądam je po kolei zachwycam się i nie mogę się zdecydować. Ale wcale mi to nie przeszkadza kupować nowych książek :)
Ja chcę do Londynu

Kuchareczka pisze...

kuba - londyn wart jest tego, zeby do niego ciagnac. Mnie nigdy nie ciagnelo tak bardzo, ale jak juz pojechalam i bylam, i poczulam londyn - zdecydowanie mnie tam ciagnie znowu :)
\wiosanko - dokladnie! :D zawsze jest wiecej przepisow niz zycia, zeby je zrobic :)
kasiu - mak tez mi sie kojarzyl ze swietami, az nie zaczelam go dodawac do ciastek - i to byla minirewloucja i odkrycie roku, ze niesamowicie fajnie smakuje :)

i przepraszam was za ewentualne literowkim ale siedze w kafejce internetowej i mam dziwnie poprzestawiane litey na klawiaturze - francuzi nawet klawiature musze miec spersonalizowana na francuska modle ;)

basia pisze...

Asiu-to Ty znowu w rozjazdach????podziwiam naprawde,masz tempo ze hej!

Kuchareczka pisze...

oui - w paryzu tym razem :)
nie potrafie sueidziec na miesjcu, to fakt. Za szybko si niecierpliwie :)

zjedz_mnie pisze...

Ciasto wygląda super, ale domyślam się, że to zasługa tej niezwykłej blaszki za funta ;]

Kasia pisze...

Nie dośc, że apetyczne ciasto to jeszcze mój ukochany Londyn (nie mylić z Lądek Zdrój :-))
Chciałabym Cię zaprosić do zabawy w lubienie, zasady są następujące: 1. napisz kto przynzał Ci nagrodę, 2. wymień 10 rzeczy, kótre lubisz, 3. przyznaj nagrodę 10 innym blogerom i poinformuj ich komentarzem!

Kuchareczka pisze...

zjedz mnie - ach, no a jakze! ;)
ooo, kasiu, dzieki :) fajny pomysl na lubienie. musze sie zastanowic, pardon, wybrac ;)

mania179 pisze...

Londyyyyyn! Najcudowniejsze miasto pod słońcem!
A ciasto super. :))

Kuchareczka pisze...

OCH, MANIU, LONDYN JEST FAKTYCZNIE WSPANIAŁY... :)

disorderly pisze...

last but not least - ostatni, lecz nie najmniej ważny :)
Wspaniałe miejsca pokazujesz. Aż się chce tam być. Nie ma nic piękniejszego niż antykwariaty, w których książki mają zapach (i to nie ten drukarskiej farby) :)

Kuchareczka pisze...

disorderly - tak tak, wiem co znaczy last but not least, ale nie moge doszukac się logicznego sensu w tym wyrażeniu :)
Masz rację - antykwariaty, które nie pachnaa farba drukarską, takie sa najcudowniejsze...

arek pisze...

Super relacja. Szkoda, ze nie dalas znac , ze jestes...zdjecia wskazuja, ze napewno przechodzolas obok mojej kuchni :)) Moze nastepnym razem hehe Pozdr

Kuchareczka pisze...

o jaacie! że tez na to nie wpadłam. Że tez mi do głowy nie wleciało, zeby sprawdzić adresy :) A gdzie masz kuchnię arku?

abaszka pisze...

oh jak miło i sympatycznie było mi oglądając angielskie uliczki i sklepy z książkami :) Ja to zawsze, codziennie zaglądałam do miejscowych 'charity shops' co by poprzeglądać książki, a nóż coś ciekawego się trafi :) Ale londyńskim sklepem z art. cukierniczymi mnie zaintrygowałaś... muszę, no muszę tam być!! Serdecznie pozdrawiam :)

Kuchareczka pisze...

oo, a ty mnie charity shops. Nie doszłam do żadnego takiego. Co to jest abaszko?

malgorzata-p17 pisze...

masz wspaniałe przepisy-super ;bede próbowac,pozdrawiam

Kuchareczka pisze...

och, dziekuję, to miłe :)

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails