• RSS

piątek, 19 sierpnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Rio Bar"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Będzie nieco inaczej niż zwykle, bo bardziej na poważnie. Uśmiech wiecznie błąkający się po twarzy chowam do kieszeni. Bo w Rio Barze dzieją się rzeczy śmiertelnie poważne. Dosłownie.
(Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj!)


Gdyby Munch był pisarzem, zamiast malować "Krzyk", napisałby "Rio Bar". Brakowałoby mu tylko spódnicy, delikatnych blond włosów i nazwiska Sajko.

To książka, która mnie, delikatnie mówiąc, wgniotła w krzesło. Ivana Sajko krzyczy każdym słowem. Spod jej pióra wychodzą na zmianę wrzeszczące w wniebogłosy i zanoszące się płaczem zdania. Czasem urwane, innym razem niedopowiedziane. Celne tak, jak celnie strzela karabin przystawiony do głowy młodej kobiety. Bo jest wojna, a na wojnie nie obowiązują żadne zasady. Nie ma dżentelmenów, dam, uśmiechów i etykiety. Wszystko co jest, to dramat widziany oczami młodej Chorwatki, która już nawet nie zastanawia się, kto i dokąd uprowadził jej dopiero co poślubionego męża, dlaczego pewnego dnia znajduje swojego przyjaciela martwego, nie drąży, dlaczego z nieba leci grad bomb. Ona chce tylko przeżyć.

Po kilku dniach naturalnym odruchem staje się dla niej kilkakrotne zbieganie w ciągu dnia do piwnicy, gdzie nie dosięgają pociski. Nie roztrząsa, dlaczego zginął brat, a nie ojciec, czemu martwa jest jej siostra, a nie matka. Wojna nie daje czasu na takie przemyślenia. Albo chce się żyć i podczas bombardowania chowa we framugach, albo jest się kolejną osobą w czarnych statystykach.


Sajko pisze o wojnie tak, jak ta zasługuje, żeby ją przedstawić. Autorka, ładna blondynka z kosmykami upiętymi z boku głowy ślicznymi spinkami, która na skrzydełku książki patrzy gdzieś w bok, potrafi ostro, dobitnie i bez krzty kobiecej delikatności atakować słowami. Bo to nie miejsce ani czas, żeby się rozwodzić nad, jakby to ujęła, pierdołami: radością, szczęściem, spokojem. Chorwacka pisarka wkłada słowa w usta trzech kobiet (a może jednej, wspominającej poszczególne epizody ze swojego życia?), które wojna zaskoczyła w najmniej oczekiwanych momentach (czy jest dobry moment na wojnę?). Jedna tańczyła akurat na swoim weselu, druga piła w Rio Barze, trzecia rozmawiała ze swoim przyjacielem.

Nie czytałam jeszcze tak dobitnego zapisu kobiecego doświadczenia wojny. Nie ma w nim nadziei, wybaczenia, skrupułów. Jest głód, strach i nic poza tym. Kobiety są gołębicami pokoju, tylko z głodu zjadły oliwki wraz z gałązką. To, co zostało, to jedna wielka pustka, która wcale nie znika w dniu zawarcia pokoju. Nikt tej psychicznej dziury nie łata, nie kwapi się nawet, żeby przygotować zaprawę, grunt pod nowe życie, nie wspominając o wykończeniu i umeblowaniu. Trwanie na zgliszczach, w stanie surowym. Zero marzeń.

Chociaż nie, jest jedno - przeżyć. Choć w miarę jak przerzucałam strony, miałam wrażenie, że i to niepewne. Rio Bar to portret kobiety doprowadzonej do ostateczności, której w deszczu śmigających kul nie pozostaje nic innego jak przybrać bezwzględną, niewzruszoną maskę, nie okazywać emocji, nie okazywać słabości. Świetna współczesna proza bałkańska.


Rio Bar to do aż do bólu szczera retrospekcja z ogarniętych wojną Bałkanów. Sajko tnie słowami i pokazuje, co naprawdę czuje kobieta, kiedy cały świat w jednej chwili wywraca jej się od góry nogami. Jak reaguje zupełnie odmiennie od mężczyzny. On zazwyczaj kalkuluje na chłodno, kierując się wizją chwały, sukcesów i własną dumą. Ona ma to wszystko w nosie, jest rzucona w chaotyczny wir, z którego nie potrafi się wydostać. Miota się na oślep na wszystkie strony w nadziei, że jakoś uda jej się przeżyć. Nie chce ani sławy, ani chwały, ani zasług. Nic nie rozumie i z jednej strony martwi się jak diabli i chce ratować wszystkich swoich bliskich, z drugiej zaś wie, że musi walczyć przede wszystkim o siebie, bo gdy upadnie, nikt się nad nią nie zlituje.

Kobieca wojna Sajko nie jest solidarna, przepełniona triumfem i odwagą. Jest słaba, beznadziejna. Naznaczona paznokciami wbitymi we własne dłonie ze strachu, szukaniu siebie po omacku w nowej rzeczywistości, najpierw wojennej, potem powojennej, i koronkową suknią ślubną podartą na bandaże. Czytałam wstrzymując oddech, nerwowo i niecierpliwie. Dokładnie w ten sam sposób, w jaki napisany jest Rio Bar. Na koniec mała praktyczna rada. Proponuję włączyć podczas czytania jakąś muzykę - może to dziwaczne, ale dla mnie dopiero wtedy ta książka nabiera mocy. Na sucho nie idzie. Jest zbyt autentyczna, ostateczna, wulgarna.
I genialna.

Ivana Sajko - Rio Bar
Tłumaczenie: Dorota Jovanka Ćirlić
Warszawa 2011
Wydanie I
Stron: 148
Wydawnictwo:


Długo zastanawiałam się, co upiec do tej książki. Coś z kuchni chorwackiej, serbskiej, bałkańskiej? Nie, nic mi nie pasowało. Miałam wrażenie, że bałkańskie potrawy są wesołe, radosne. Kolorowe. A książka wcale taka nie jest. Sajko oddaje hołd wojennym kobietom, wpadłam więc na pomysł zrobienia czegoś, co mi się z kobiecością kojarzy. Ale inaczej niż w Rio Barze, tu jest miejsce na subtelność i lekkość. Nie znam niczego bardziej delikatnego niż bezy. Przełożyłam je kremem z mocną kawą i ułożyłam jedną bezę na drugiej, jak wieżę. Nie do zburzenia.


Kruche bezowe gniazdka z kremem kawowym

Składniki:
  • 3 białka
  • 200 cukru pudru
  • 100 g migdałów
  • 1 opakowanie gęstego kremowego serka, np. mascarpone 
  • 1 łyżeczka mocnej kawy (u mnie espresso)
  • cukier puder do osłodzenia - do smaku - tyle, żeby krem był słodki
  • 1/2 łyżeczki kakao

Przygotowanie:
Ubij białka na sztywną pianę, pod koniec wsypując do nich stopniowo cukier puder i nadal ubijając, aż masa będzie gładka i lśniąca. Na koniec dodaj drobno posiekane lub zmielone migdały. Nakładaj ciasto dużymi plackami na blachą wyłożoną papierem do pieczenia. Piecz w środkowej części piekarnika, w temperaturze 100 stopni C, przez 45 minut, aż bezy staną się suche i lekkie.
Przygotuj krem. Mascarpone wymieszaj z kawą (płynną, czyli zaparz kawę i z tej zaparzonej odmierz jedną łyżeczkę, którą wlej do mascarpone). Dodaj kakao. Wymieszaj, spróbuj i dosłódź do smaku. 
Gotowe, wystudzone bezy przekładaj kremem kawowo-kakaowym. Składaj piętrowo, po dwie bezy, na wierzchu posmaruj kremem.




Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

25 komentarze:

Karmel-itka. pisze...

polecasz naprawdę dobrą ksiażkę ;]
jeżeli znajdę ją w bibliotece, z pewnością wypożyczę. zainteresowała mnie.

a po drugie... Twoja kawowa wieżyczka bezowa tak pięknie wygląda na tych zdjęciach!
świetny deser. i to tak z rana, takie łakocie!

Kuchareczka pisze...

karmelitko, idealne na śniadanie ;)

Aciri pisze...

Wciągnęło mnie. Tym bardziej, że właśnie wróciłam z Chorwacji słonecznej, pięknej i ... spokojnej. Wojna przeraża - nawet, jeśli tylko w recenzji. Spokojnego dnia!

Kasia pisze...

Przeczytałam jednym tchem, a dopiero co wstałam. Kobieca wojna jest zupełnie inna niż męska.

Peonia pisze...

Zawarłaś w tym deserze bardzo dużo pierwiastka kobiecości, jest piękny - delikatny i mocny zarazem. A co do książki, to chętnie przeczytam. Bardzo cenię sobie wydawnictwo wab.

Kamila pisze...

Dobra recenzja, poszukam w księgarniach.

Aurora pisze...

Oł maj Gasz! :D Wiem, że lektura poważna, ale mnie serio wgniotły te Twoje gniazdka bezowe! Mówiąc językiem wojny - bomba! :)

Kasieńka pisze...

Ciekawa lektura! Z chęcią przeczytam! A ciacha wyglądają bosko!
Pozdrawiam :)

aga pisze...

wspaniale slodkosci:)

Nemi pisze...

Zaintrygowałaś mnie opisem książki, nie słyszałam o niej wcześniej. Chętnie ją przeczytam. Wieżyczka super - same pyszności:)

Patrycja pisze...

A ja ciągle myślę, że mam szczęście, że nie żyję w czasach wojny. Ale kto wie... tyle konfliktów na świecie... Zaintrygowała mnie książka...

Pluskotka pisze...

Chciałabym jakoś skomentować, ale poczekam aż przeczytam, bo zaintrygowała mnie ta książka. Ale mimo, że są wakacje jakoś nie po drodze mi do biblioteki. Bo zgubiłam 3 karty do biblioteki! Gdzieś leżą pewnie w domu i diabeł ogonem je nakrył.

Kuchareczka pisze...

Pluskotko, to jest towar łatwo gubiący się, wiem coś o tym ;)

lutka40 pisze...

Mocna opowieść o wojnie i delikatny ,kruchy deser .Życie .
Lecę w poniedziałek do biblioteki

Beata pisze...

Własnoręczne bezy? super, a skad Ty jeszcze masz bez...:)

Kuchareczka pisze...

Uchował się ;)

basia pisze...

zaintrygowala mnie ta ksiązka, choc pewnie tu jej nie dostane. Porywam jedną bezową smakowitosc i pozdrawiam serdecznie.b.

wilczyca pisze...

świat , zwłaszcza wojenny widziany przez pryzmat kobiecych oczu jest zupełnie inny. Czytałam tylko męskie przemyślenia i przeżycia. Chętnie sięgnę. A poza tym bezy to mój nałóg (i krówki z Opatowa też) Pozdrawiam

magda k. pisze...

recenzja świetna, czyta się bardzo dobrze :)a bezową rozkosz muszę koniecznie zrobić :)

Ewam pisze...

Kuchareczko,znam kilka kobiet,ktore opowiadaly mi swoja historie,podobna jak w ksiazce o ktorej piszesz..ale one byly tam ,to jest okropne przezycie,byly to nie tylko chorwatki ale tez kobiety z Iraku czy Iranu...uwierz ze mialam dreszcze na calym ciele sluchajac ich opowiadan..

Ivka pisze...

Ciekawie opisujesz książki, poszukam w bibliotece tej pozycji. Co do bezy- nigdy nie robiłam, Twoja wygląda smacznie, krucho i wykwintnie. Szczególnie, że to jest beza z bzem:)

Monica pisze...

Wow...gniazdka prezentują się niewiarygodnie pysznie.. pewnie miło chrupać je gdy czyta się książkę :)

Pozdrawiam serdecznie!

Kuchareczka pisze...

babaeczki, wojenne przeżycia kobiet sa zawsze czymś wstrząsającym - i dziwiłam się niezmiernie, że tak ogromnie, totalnie, absolutnie! różnym od tego, jak tę samą wojnę widza mężczyźni.

Evitaa pisze...

Pychota. Razy dwa :)

Kaś pisze...

cudne są te gniazdka. pewnie nie można się oprzeć by sięgnąć po kolejne :)

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails