• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mascarpone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mascarpone. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2012

Niech będzie kolorowo


Ogromnie, szalenie zapragnęłam makaroników. I chciałam, żeby były pierwsze w tym roku. Bo ten rok ma być dokładnie taki, jak one: kolorowy, uroczy, dobry i mój. A tfu, tfu, on nie ma być, on będzie. Postanowienia noworoczne? Kilka, mało. Do spełnienia, bez nierealnych. Specjalnie wymyśliłam sobie takie, które i tak wiem, że się spełnią :) Nawet w punkcie "książki", obok "Nie kupować żadnych nowych książek" dopisałam w nawiasie "Ciekawe ile wytrzymam". Niepotrzebne mi są wybujałe postanowienia, wszystkie wylądowały w koszu. Nie chcę pojechać w podróż dookoła świata. Wystarczy mi Paryż i dyndanie sobie nogami na murku pod Eiffelą. Nie chcę polecieć w kosmos, nie chcę też budować domu, nie mam zamiaru niczego w sobie zmieniać, zrzucać żadnych kilogramów czy zaczynać systematycznie ćwiczyć. 

Mam za to zamiar trwonić czas na przyjemności, bo je lubię. Układać miliardy puzzli, czytać dobre książki, zakopywać się pod kocem z wielkim różowym kubkiem grejpfrutowej herbaty i ciastkiem. Bawić się tym wszystkim.

I ciasteczkować.
Tylko tyle. Nic innego mi do szczęścia nie jest potrzebne.



Kolorowe makaroniki

Składniki na ok. 30 makaroników:

makaroniki:
  • białka z trzech jajek (najlepiej ważyć - ma być 100 g) 
  • 110 g zmielonych migdałów bez skórki
  • 200 g cukru pudru
  • 50 g drobnego cukru
  • barwniki spożywcze (do zrobienia żółtych makaroników można zamiast barwnika użyć kurkumy, a do brązowego - kakao)
krem:
  • małe opakowanie serka mascarpone (250 g)
  • 4-5 łyżek masła orzechowego
  • 1 łyżka miodu (lub więcej do smaku)
  • 1 łyżka śmietanki 30% lub mleka (opcjonalnie - dodaję je tylko jeśli krem jest zbyt gęsty, dla rozrzedzenia)
Przygotowanie:
Makaroniki:
rozbij białka do jednej miseczki, żółtka do drugiej (żółtka nie będą już potrzebne, możesz je wykorzystać do czegoś innego). Białka zostaw w misce bez przykrycia, na blacie, w temperaturze pokojowej, na całą noc albo - lepiej - na cały dzień, 24 godziny. Chodzi o to, że mają się wysuszyć. 
Na drugi dzień przesiej migdały z cukrem pudrem. Białka ubij na sztywno, dodając pod koniec ubijania cukier i nadal ubijaj, aż powstanie sztywna, lśniąca piana. Do piany dodaj migdały wymieszane z cukrem pudrem i delikatnie wmieszaj do białek szeroką drewnianą łyżką lub szpatułką. Kiedy wszystko się połączy, dodaj dla koloru barwniki lub kurkumę i kakao.
Masę na makaroniki przełóż do rękawa cukierniczego z okrągłą nakładką. Wyciskaj nieduże makaroniki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia lub pergaminem, o średnicy ok. 2,5-3 cm. Makaroniki rozjadą się jeszcze na boki, dlatego trzeba je wyciskać w sporych odstępach. Po wyciśnięciu wszystkich, zostaw je na blasze na około godzinę - półtorej, bez przykrycia. Na wierzchu zrobi się skorupka. 
Wstaw do piekarnika nagrzanego do 150ºC i piecz ok. 10 minut - możesz trzymać kilka minut dłużej, ale musisz ciągle doglądać, czy nie brązowieją - nie mają się zarumienić.
Krem:
Wymieszaj mascarpone z masłem orzechowym i miodem. Jeśli masa będzie za gęsta, żeby można ją było swobodnie wymieszać, rozrzedź ją odrobiną mleka lub śmietanki. Przełóż masę do rękawa cukierniczego albo foliowego woreczka i odetnij róg. Powyciskaj krem na połowę makaroników, przykryj drugą połową.
I już, gotowe! :)

Przepis przekombinowany po mojemu od Tartalette.



Wojciech Mann i Krzysztof Materna - Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami

Ach, jaka fajna! Nie mogłam nie przeczytać tej książki, nie mogło jej tutaj zabraknąć. Duet idealny, z cudnym poczuciem humoru Krzysztofa Materny i Wojciechem Mannem, który wystarczy, że jest i już robi się śmiesznie. Z tymi panami już tak jest, że chcą dobrze, a wychodzi jak zawsze. Czyli wyśmienicie. Czego się nie tkną, wychodzi rewelacyjnie. Szmuglowanie do Polski dywanów wyzawijanych w niebieskie wory na śmieci czy zaklinanie cyrkowego misia chcącego porelaksować się w saunie? Nic prostszego. Rozkochałam się w Podróżach od pierwszej strony, ba! od spisu treści. Były momenty, kiedy śmiałam się na głos i nie mogłam przestać, a po policzkach płynęły mi z tego śmiechu łzy. Jest przezabawnie i bardzo nieschematycznie - panowie Mann i Materna opowiadają na zmianę, jakby prowadzili ze sobą rozmawiali - tylko nie na głos, a  na papierze. Wchodzą sobie w słowo, przerywają, dopowiadają. A robią to naturalnie, leciutko i ot tak, po prostu, że aż nie sposób mi było się od niej oderwać. Kiedy do końca zostało mi parę stron, włączyło mi się uczucie "i chciałabym, i boję się". W porywie desperacji nawet odłożyłam książkę na trzy dni. Żeby się za szybko nie skończyła. Po trzydniowej kwarantannie tak się rzuciłam na Podróże z powrotem, że nawet spis fotografii przeczytałam ze śmiechem na ustach. Panowie, ja chcę więcej!

wtorek, 6 września 2011

Czary-mary o smaku truskawki


Ostatnie w tym roku truskawki - mocno czerwone i słodkie, choć już inaczej niż te czerwcowe.
Lody - kremowe i delikatne, w chrupiącym rożku, topniejące po bokach i skapujące po palcach.
Jak w dzieciństwie.
I dlatego są najpyszniejsze na świecie.

Skapują nie tylko na moje dłonie. O mało co, a dostało by się Pchle. I Słowikowi. Słoniowi Trąbalskiemu trochę też. Wiecie już, o czym mówię? Tak! Sentimental story, czyli powrót do przeszłości.

Siedzę na krześle, przebieram nogami z zadowolenia i mam przed oczami moje wierszyki dzieciństwa. Jasne, Tuwima i Brzechwy było już tyle wydań, że każdy, kto miał się podekscytować cofnięciem w swoje dzieciństwo, już to zrobił. Bo fajnie jest zrobić sobie podróż wstecz, przeczytać, westchnąć, a potem jak zawsze odłożyć na półkę, zanieść z powrotem na strych, zapomnieć na kilka lat albo dać dzieciom, które zrobią z tego użytek na dłużej. Ale ja mam dzisiaj inaczej. Ja "mojego" Brzechwy, "mojego" Tuwima i od niedawna "mojej" Frączek nie chcę już zamykać w pudle.


Bo wreszcie trafiłam na wydanie, którego ani myślę się pozbywać. Oczarowało mnie totalnie: genialne rysunki i całe opracowanie graficzne (Maćka Szymanowicza). Przeurocze detale, szmery-bajery, które uwielbiam, jak numery stron zrobione w formie kolorowych rożków, pomalowane na różne kolory, niektóre linijki wierszy w chmurkach, dymkach, wyjęte ze sztywnego układu i umieszczone na rysunkowych tabliczkach. I okładki po wewnętrznej stronie - zdobione ślicznie: delikatnie, zabawnie.


I wierszyki z dzieciństwa. Moje, których, czytanych przez mamę kilkanaście razy, aż do znudzenia (albo zaśnięcia nad książką - co ciekawe, wcale nie mojego), zdążyłam się jako mała dziewczynka nauczyć na pamięć. Takie rzeczy zostają w głowie.
To niesamowicie miłe uczucie rozłożyć się z tymi, TYMI, książkami na całej szerokości łóżka, wśród śmiesznych rysunków, kolorowych okładek, rymów tak prostych i tak zabawnych, że nie niech się dookoła dzieje co chce, nieważne - bo ja czytam na głos Lokomotywę, dopinguję gapowatego Hilarego w poszukiwaniu swoich okularów i krzywię się na Zosię Samosię. I tylko to jest w tej chwili ważne.

Wierszyki z dzieciństwa są cudne.
A do nich domowe lody truskawkowe w wafelku.
Takie dziecięce czary-mary.


Lody truskawkowe 
jak dawniej, kremowe, i w rożku, żeby skapywały po palcach
(przepis siostrzany)

Składniki:
  • 2 duże jaja
  • 12 dkg cukru pudru
  • 300 ml śmietany kremówki 36 %
  • 150 g świeżych truskawek
  • masło do podsmażenia truskawek
  • 100 g mascarpone
Przygotowanie:
Białka ubić na sztywno, dodać połowę cukru i dalej ubijać do otrzymania lśniącej masy. W drugiej misce utrzeć żółtka z resztą cukru. W trzeciej misce ubić na sztywno śmietanę. Truskawki pokrojone w ćwiartki podsmażyć na maśle. Ostudzić i wymieszać z masą powstałą z żółtek, białek, kremówki i mascarpone. Masę przełożyć do pojemnika, przykryć folią przezroczystą. Mrozić około 5 godzin. W tym czasie dobrze jest wyciągać lody co godzinę i mieszać je łyżką, łopatką lub mikserem na małych obrotach - dzięki temu lody będą gładkie i kremowe, nie powstaną na nich kryształki lodu. Wyjąć z zamrażalnika 10 minut przed podaniem, aby lody dały się formować.
Są pyszne!

Jan Brzechwa, Pchła Szachrajka
Julian Tuwim, Wiersze dla dzieci
(obie książki wydane przez Wilgę, w Platynowej kolekcji)


ZamknijZamknij   Zamknij
(o książkach wcześniej)

piątek, 19 sierpnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Rio Bar"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Będzie nieco inaczej niż zwykle, bo bardziej na poważnie. Uśmiech wiecznie błąkający się po twarzy chowam do kieszeni. Bo w Rio Barze dzieją się rzeczy śmiertelnie poważne. Dosłownie.
(Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj!)


Gdyby Munch był pisarzem, zamiast malować "Krzyk", napisałby "Rio Bar". Brakowałoby mu tylko spódnicy, delikatnych blond włosów i nazwiska Sajko.

To książka, która mnie, delikatnie mówiąc, wgniotła w krzesło. Ivana Sajko krzyczy każdym słowem. Spod jej pióra wychodzą na zmianę wrzeszczące w wniebogłosy i zanoszące się płaczem zdania. Czasem urwane, innym razem niedopowiedziane. Celne tak, jak celnie strzela karabin przystawiony do głowy młodej kobiety. Bo jest wojna, a na wojnie nie obowiązują żadne zasady. Nie ma dżentelmenów, dam, uśmiechów i etykiety. Wszystko co jest, to dramat widziany oczami młodej Chorwatki, która już nawet nie zastanawia się, kto i dokąd uprowadził jej dopiero co poślubionego męża, dlaczego pewnego dnia znajduje swojego przyjaciela martwego, nie drąży, dlaczego z nieba leci grad bomb. Ona chce tylko przeżyć.

Po kilku dniach naturalnym odruchem staje się dla niej kilkakrotne zbieganie w ciągu dnia do piwnicy, gdzie nie dosięgają pociski. Nie roztrząsa, dlaczego zginął brat, a nie ojciec, czemu martwa jest jej siostra, a nie matka. Wojna nie daje czasu na takie przemyślenia. Albo chce się żyć i podczas bombardowania chowa we framugach, albo jest się kolejną osobą w czarnych statystykach.


Sajko pisze o wojnie tak, jak ta zasługuje, żeby ją przedstawić. Autorka, ładna blondynka z kosmykami upiętymi z boku głowy ślicznymi spinkami, która na skrzydełku książki patrzy gdzieś w bok, potrafi ostro, dobitnie i bez krzty kobiecej delikatności atakować słowami. Bo to nie miejsce ani czas, żeby się rozwodzić nad, jakby to ujęła, pierdołami: radością, szczęściem, spokojem. Chorwacka pisarka wkłada słowa w usta trzech kobiet (a może jednej, wspominającej poszczególne epizody ze swojego życia?), które wojna zaskoczyła w najmniej oczekiwanych momentach (czy jest dobry moment na wojnę?). Jedna tańczyła akurat na swoim weselu, druga piła w Rio Barze, trzecia rozmawiała ze swoim przyjacielem.

Nie czytałam jeszcze tak dobitnego zapisu kobiecego doświadczenia wojny. Nie ma w nim nadziei, wybaczenia, skrupułów. Jest głód, strach i nic poza tym. Kobiety są gołębicami pokoju, tylko z głodu zjadły oliwki wraz z gałązką. To, co zostało, to jedna wielka pustka, która wcale nie znika w dniu zawarcia pokoju. Nikt tej psychicznej dziury nie łata, nie kwapi się nawet, żeby przygotować zaprawę, grunt pod nowe życie, nie wspominając o wykończeniu i umeblowaniu. Trwanie na zgliszczach, w stanie surowym. Zero marzeń.

Chociaż nie, jest jedno - przeżyć. Choć w miarę jak przerzucałam strony, miałam wrażenie, że i to niepewne. Rio Bar to portret kobiety doprowadzonej do ostateczności, której w deszczu śmigających kul nie pozostaje nic innego jak przybrać bezwzględną, niewzruszoną maskę, nie okazywać emocji, nie okazywać słabości. Świetna współczesna proza bałkańska.


Rio Bar to do aż do bólu szczera retrospekcja z ogarniętych wojną Bałkanów. Sajko tnie słowami i pokazuje, co naprawdę czuje kobieta, kiedy cały świat w jednej chwili wywraca jej się od góry nogami. Jak reaguje zupełnie odmiennie od mężczyzny. On zazwyczaj kalkuluje na chłodno, kierując się wizją chwały, sukcesów i własną dumą. Ona ma to wszystko w nosie, jest rzucona w chaotyczny wir, z którego nie potrafi się wydostać. Miota się na oślep na wszystkie strony w nadziei, że jakoś uda jej się przeżyć. Nie chce ani sławy, ani chwały, ani zasług. Nic nie rozumie i z jednej strony martwi się jak diabli i chce ratować wszystkich swoich bliskich, z drugiej zaś wie, że musi walczyć przede wszystkim o siebie, bo gdy upadnie, nikt się nad nią nie zlituje.

Kobieca wojna Sajko nie jest solidarna, przepełniona triumfem i odwagą. Jest słaba, beznadziejna. Naznaczona paznokciami wbitymi we własne dłonie ze strachu, szukaniu siebie po omacku w nowej rzeczywistości, najpierw wojennej, potem powojennej, i koronkową suknią ślubną podartą na bandaże. Czytałam wstrzymując oddech, nerwowo i niecierpliwie. Dokładnie w ten sam sposób, w jaki napisany jest Rio Bar. Na koniec mała praktyczna rada. Proponuję włączyć podczas czytania jakąś muzykę - może to dziwaczne, ale dla mnie dopiero wtedy ta książka nabiera mocy. Na sucho nie idzie. Jest zbyt autentyczna, ostateczna, wulgarna.
I genialna.

Ivana Sajko - Rio Bar
Tłumaczenie: Dorota Jovanka Ćirlić
Warszawa 2011
Wydanie I
Stron: 148
Wydawnictwo:


Długo zastanawiałam się, co upiec do tej książki. Coś z kuchni chorwackiej, serbskiej, bałkańskiej? Nie, nic mi nie pasowało. Miałam wrażenie, że bałkańskie potrawy są wesołe, radosne. Kolorowe. A książka wcale taka nie jest. Sajko oddaje hołd wojennym kobietom, wpadłam więc na pomysł zrobienia czegoś, co mi się z kobiecością kojarzy. Ale inaczej niż w Rio Barze, tu jest miejsce na subtelność i lekkość. Nie znam niczego bardziej delikatnego niż bezy. Przełożyłam je kremem z mocną kawą i ułożyłam jedną bezę na drugiej, jak wieżę. Nie do zburzenia.


Kruche bezowe gniazdka z kremem kawowym

Składniki:
  • 3 białka
  • 200 cukru pudru
  • 100 g migdałów
  • 1 opakowanie gęstego kremowego serka, np. mascarpone 
  • 1 łyżeczka mocnej kawy (u mnie espresso)
  • cukier puder do osłodzenia - do smaku - tyle, żeby krem był słodki
  • 1/2 łyżeczki kakao

Przygotowanie:
Ubij białka na sztywną pianę, pod koniec wsypując do nich stopniowo cukier puder i nadal ubijając, aż masa będzie gładka i lśniąca. Na koniec dodaj drobno posiekane lub zmielone migdały. Nakładaj ciasto dużymi plackami na blachą wyłożoną papierem do pieczenia. Piecz w środkowej części piekarnika, w temperaturze 100 stopni C, przez 45 minut, aż bezy staną się suche i lekkie.
Przygotuj krem. Mascarpone wymieszaj z kawą (płynną, czyli zaparz kawę i z tej zaparzonej odmierz jedną łyżeczkę, którą wlej do mascarpone). Dodaj kakao. Wymieszaj, spróbuj i dosłódź do smaku. 
Gotowe, wystudzone bezy przekładaj kremem kawowo-kakaowym. Składaj piętrowo, po dwie bezy, na wierzchu posmaruj kremem.




Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

sobota, 7 maja 2011

Tyraj misiu


Tiramisu, absolutnie uwielbiam. Dużo puszystego kremu i genialne połączenie kawy z mascarpone i śmietaną. Bo takie ostatnio najbardziej lubię, z dodatkiem bitej śmietany, nie jajek. Mascarpone jest serkiem bardzo kremowym. Czyli na dłuższą metę trochę zamula. Dlatego tiramisu nie robi się z samego mascarpone, a dodaje do niego jajka albo śmietanę (jak w mojej wersji), żeby nadać całemu deserowi lekkości. 

Robiłam już tiramisu (klik tutaj), też zresztą ze śmietaną. To dzisiejsze jest jeszcze lżejsze, bardziej puszyste i śmietankowe. Nie lubię dodawać do słodkości alkoholu, dlatego nie nasączałam biszkoptów dodatkowo likierem. Zamiast tego zaparzyłam w ekspresie dobrą kawę i ciasteczka mają jej aromat. Dodałam też tylko cukru, żeby osłodzić mascarpone, ale jednocześnie aby cały deser nie był za słodki. I udało się - tiramisu jest pyszne, leciutkie i takie, że po jednym kawałku chce się jeszcze.



Warstwa po warstwie, na zmianę biszkopt krem biszkopt krem, całość posypana pyłkiem z kakao. Do lodówki, niech się dobrze schłodzi i aromaty się wymieszają, a potem tylko nałożyć sobie porządny kawałek, talerzyk w dłoń i a spróbuj zmieścić wszystkie warstwy na widelcu. Bo warstwy są konkretne. Zamiast wąskich paseczków kremu między biszkoptami jest prawdziwa kremowa góra pyszności.
A przy tym wszystkim tiramisu jest proste i szybkie. Nie trzeba piec. Jedyny dłuższy czas w "robieniu" deseru jest wtedy, gdy leży w lodówce i się schładza. Ale wtedy robi się sam.



Są konwalie, jest zabawa. 
Jest maj.


Tiramisu II (bardziej śmietankowe i puszyste)

Składniki na formę 30x15 cm:
  • 500 g sera mascarpone
  • 350 g śmietany 30% (schłodzona, prosto z lodówki)
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 70 g cukru pudru
  • 2 filiżanki dobrego espresso
  • 2 łyżki kakao


Przygotowanie:
W czystej i suchej misce ubij śmietanę. Do sera mascarpone dodaj cukier puder i wymieszaj. Do tej masy stopniowo dodawaj bitą śmietanę i mieszaj ostrożnie drewnianą łyżką albo łopatką, aż masa będzie jednolita.
Biszkopty nasącz kawą (wcześniej zaparz i odstaw do przestudzenia - kawa nie może być gorąca) i ułóż pierwszą warstwę na dnie naczynia (ja użyłam prostokątnej, szklanej formy). 


Na nie wyłóż połowę kremu i rozsmaruj równą warstwą przy pomocy łyżki albo drewnianej łopatki.


Warstwę kremu przykryj drugą warstwą biszkoptów namoczonych w kawie i wyłóż na wierzch resztę kremu. 


Posyp kakao i wstaw do lodówki (owinięte folią spożywczą, żeby inne zapachy z lodówki nie zapachniły deseru). Tiramisu powinno dobrze się dobrze schłodzić przed podaniem - najlepsze jest jak poleży minimum 2 godziny w lodówce, bo wtedy smaki się "przegryzają" i tiramisu jest bardziej aromatyczne. 







Zygmunt Kałużyński w rozmowie z Dariuszem Zaborkiem
(w: Życie. Przewodnik praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu - pisałam o nim tutaj - klik!)

czwartek, 18 listopada 2010

Ene due tira misu


Pierwszy raz w życiu tiramisu wyszło spod moich rąk. Zawsze robił je ktoś inny. Ale ale, przyszła ta wiekopomna chwila, kiedy to ja zapragnęłam upaprać się mascarpone (a potem dumnie dzierżyć w łapie michę i wyjadać resztki kremu). Fajna sprawa. Bez pieczenia, z gotowymi biszkoptami (tylko dobre kupić trzeba! ja się polubiłam z włoskimi - a przynajmniej napisy na opakowaniu były po włosku), cieniutką warstewką kakao i lekkim kremem mascarpone między tym wszystkim. A lekki, bo upuszystniłam go bitą śmietaną. Można na talerz, można widelcem, można nawet ładnie pokroić w kwadraty. Ale i tak najlepsze jest wyjadane łyżką z całej wielkiej formy. Jak wszystko.

W kwestii niezbyt może estetycznego, za to najsmaczniejszego na świecie wyjadania przebija chyba nawet wylizywanie masy z boków miski. Albo mieszadeł miksera po ubiciu kremu. Choć nie jestem do końca pewna, czy te mieszadła jest w stanie cokolwiek pobić. Nie, to chyba jednak za wielka konkurencja. Lider trzyma się mocno, ale tiramisu stara się jak może :)


Tiramisu

Składniki (na 4 wygłodniałe lub 6 pojedzonych osób):
  • 750 g sera mascarpone
  • 350 g śmietanki 30%
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 110 g cukru pudru
  • 1 mała filiżanka espresso lub likier kawowy
  • 4 łyżki likieru amaretto lub pokruszone ciasteczka amaretto - wtedy pokruszyć je na biszkopty (oba pominęłam, ale można)
  • 4 łyżki dobrego kakao

Przygotowanie:
W suchej misce ubij bitą śmietanę. W drugiej misce mascarpone wymieszaj z cukrem pudrem i dodawaj do tego stopniowo ubitą wcześniej śmietanę. Mieszaj drewnianą łyżką albo szpatułką, delikatnie. Biszkopty nasącz kawą z dodatkiem likieru (ja nasączałam samą kawą, lekko). W szklanym podłużnym naczyniu ułóż pierwszą warstwę biszkoptów, na spodzie. Przykryj warstwą kremu, na to połóż drugą warstwę biszkoptów i znowu krem. Całość posyp przez sitko kakao i wstaw koniecznie do lodówki - na co najmniej kilka godzin przed podaniem (a wcześniej przykryj szczelnie folią spożywczą, żeby zapachy z reszty lodówki nie odpachniły tiramisu).




Carlos Ruiz Zafon, Książę mgły

Jak powiedziałam ostatnio P., że lubi Zafona, usłyszałam w odpowiedzi (szczególnej odpowiedzi, bo pytającej): Lubisz fantastykę? No właśnie nie. Ale Zafon to nie fantastyka w czystej postaci. To jak Mistrz i Małgorzata - pod fantastykę to nie podchodzi w ogóle, mimo że jest czarny rozgadany kot i cała jego straż przyboczna, a z Małgorzatą dzieją się generalnie różne dziwne rzeczy i już prawie posądza się o schizofrenię, no ale koniec końców to jest nie to. Ale o Zafonie chciałam. Uwielbiam jego książki. Czwarta wydana książka, a napisana była jako pierwsza, tylko jak go jeszcze nikt nie znał, to nie chcieli mu jej nigdzie wydać. Przeczytałam w 3 godziny z przymusową przerwą na zajęcia, podczas których myślałam tylko, kiedy się skończą, żeby móc czytać dalej. To jedna z tych książek, której wcale nie chcesz odkładać, mimo że wiesz, że tu w brzuchu burczy, spać się chce, w radiu fajna piosenka, potańczyłoby się, no ale jednak nie, że woda na herbatę zdążyła się już trzy razy zagotować, a czajnik dostaje szału. Nawet jak ucieka ci autobus, coś się przypala, wewnętrzny mądry głos mówi: e, daj spokój. Czytaj tu!
Related Posts with Thumbnails