• RSS

piątek, 29 lipca 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Kartki z notatnika młodej mężatki"

 
Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - tym razem to, co na pierwszy rzut oka wygląda groźnie, wywoła salwy śmiechu. A wszystko dzięki pewnej młodej mężatce, słodkim blond dziewczęciu z niesprecyzowanymi zapędami patriotycznymi.

(Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj!)

Wybaczcie, że w tym tygodniu nie ma zdjęć cytatów. Z wrażenia spowodowanego nadmorskimi wojażami zapomniałam wpakować do walizki kabla do aparatu. Dlatego dodaję cytaty najprostszą metodą chałupniczą, a kiedy wrócę do domu, postaram się je uzupełnić o zdjęcia. I będzie jak zawsze :)
Update 4.08. - i już, cytaty pięknie dodane :)


Wystarczyła jedna krótka książka i Samozwaniec, jak przez całe życie kojarzyła mi się z grzecznymi wierszykami dla dzieci, tak właśnie przestała. Bo z Magdaleny Samozwaniec jest naprawdę niezłe pisarskie ziółko. I ja na dobre ziółko przystało – wciąga.


Kartki z pamiętnika młodej mężatki trafiły na półki księgarni po 85-letniej ciszy. Pierwsze wydanie ukazało się w 1926 roku. Rozeszło się błyskawicznie, szybko zrobiono więc dodruk w formie II wydania (które znowu rozeszło się jak świeże bułeczki) i od tej pory Kartek nie wznawiano. Aż w końcu na nowo ujrzały światło dzienne. I świetnie! Nareszcie! Brawo drogie wydawnictwo.

Historia fikcyjna, niech nie zmyli nikogo „pamiętnikarski” tytuł. Za to już „kartki” należy brać dosłownie. Krótka to książeczka, ale jakże urocza. Samej treści jest niewiele, to raczej satyryczne opowiadanie, niż powieść, ale dodatkowo uzupełnione o zdjęcia z przewrotu majowego, fotografie autorki i kalendarium wypadków majowych 1926. I bardzo ładnie oprawione.

Autorką (wymyśloną przez Samozwaniec) zapisków z wydarzeń majowych rozgrywających się na ulicach Warszawy w 1926 roku jest Mimi – neé Bączkowska, a po mężu Bigourdan, Polka, która wyszła za mąż za Francuza i mieszka na stałe w Paryżu. Wszystko co ma, to męża-nudziarza, 20 lat, powiedzmy, trzy tysiące franków, kufer-szafę amerykańską i jest, co tu dużo gadać, śliczną blondynką. 


Pchane sentymentem słodkie blond dziewczę wpada na pomysł odwiedzenia dawno nie widzianej Warszawy. Jak wymodziła, tak zrobiła. Młoda mężatka interesuje się niewieloma rzeczami poza pudrowymi sukienkami, kosmetykami podkreślającymi jej urodę i może jeszcze romantycznymi uniesieniami polskiej poezji. Do głowy by jej nawet nie wpadł tak szalony pomysł jak interesowanie się sytuacją polityczną we własnym kraju. Toteż nie ma pojęcia, że wybierając się w maju 1926 roku do Polski, pakuje się w sam środek przewrotu majowego. Przyjeżdża do stolicy, zatrzymuje się w Bristolu i z jego okien obserwuje to, co dzieje się na ulicach. Oczywiście, jak na Mimi przystało, niewiele z tego rozumie.


A skoro niewiele rozumie, musi się wszystkiego domyślić. I to, o zgrozo, na własną rękę. Kule śmigają po wyludnionych ulicach, słychać huk wystrzałów. Jednak zamiast horroru, zaczyna się… prawdziwa komedia. Kazio, jej warszawski adorator, próbując ją uspokoić (Tylko proszę się zanadto nie denerwować. Sytuacja jest poważna, ale to głupstwo), każe siedzieć w pokoju, nigdzie nie wychodzić i obiecuje wkrótce do niej wrócić. Kiedy jednak adorator nie daje znaku życia, Mimi zaczyna się niepokoić. Wie tylko tyle, ile podsłyszy w hotelowej recepcji. Gdy zbiera się na odwagę i uchyla firankę, żeby zobaczyć, co dzieje się na ulicach, wie już wszystko: łajdaki widać umyślnie poprzebierali się w polskie mundury, aby łatwiej było im przedrzeć się do Warszawy. 
 
Zdrowo uśmiałam się przy lekturze Kartek. Mistrzowska jest postać Mimi, naiwnego, niezbyt rozgarniętego dziewczątka, które, widząc walki na ulicach Warszawy, nie rozumie nic z tego co się dzieje, dlaczego walczą i przede wszystkim: kto walczy? W całym swoim bohaterstwie, postanawia być jednak całym duchem z Polakami (to nic, że zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie barykady stoją Polacy – „nasi” to „nasi” i nieważne po ilu stronach barykady stoją). A że dziewczyna nie ma zamiaru siedzieć w hotelu i rozpaczać, w końcu to wojna domowa, a co domowe – to zawsze zdrowsze, postanawia się przejść. Pełen heroizmu akt odwagi nie trwa jednak długo:



Zawsze ciekawi mnie, w jakich okolicznościach powstają książki, które czytam. Pisanie przez Samozwaniec Kartek to historia sama w sobie. A było podobno tak (jak to opisuje sama pisarka w Marii i Magdalenie): Magdalena Samozwaniec, wraz ze swoją siostrą, Lilą, szczególnie chętnie lubiły odwiedzać swojego ojca, Wojciecha Kossaka w jego pracowni w Warszawie. Nie, żeby za nim tęskniły, o nie. Madzia i Lilka wpadały do atelier malarza mieszczącego się na ostatnim piętrze hotelu Bristol i dostawały w pakiecie: darmowe lokum i zapas gotówki od ojca, który był bezsilny wobec argumentu Kossakówien, że bycie w warszawskim towarzystwie zobowiązuje. Kartki powstały właśnie w Warszawie, podczas przewrotu majowego, tylko dlatego, że panny Kossakówny lubiły wydawać więcej pieniędzy niż miały, kompletnie się nie martwiąc o to, skąd je wziąć jutro. Pewnego dnia, kiedy bywalczynie warszawskich salonów rozhulały już wszystko, do drzwi warszawskiego atelier zapukał Marian Sztajnsberg. Oferta była krótka: wypłaci siostrom sporą sumę pieniędzy, jeśli do jutra rana będzie miał na biurku gotową satyrę na to, co dzieje się na ulicach Warszawy. Co na to Kossakówny? Lila zeszła do hotelowego baru po kawę i koniak, a Magda przygotowała papier. Pisały całą noc. Rano przyszedł umówiony posłaniec, odebrał maszynopis i od ręki wypłacił umówioną sumkę. A książka sprzedała się tak znakomicie, że niemal od razu zrobiono dodruk.


Magdalena Samozwaniec, Kartki z pamiętnika młodej mężatki
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2011
Wydanie: I w tej edycji
Stron: 114



Samozwaniec stworzyła w jedną noc Kartki z pamiętnika młodej mężatki, ja upiekłam ciasteczka. Jak przystało na słodkości godne Mimi, głównej bohaterki Kartek: ciasteczka na bogato (bo "bywanie" kosztuje), z muzyczną nutką (bo międzywojenne towarzystwo lubi potańczyć) i upieczone w nocy. Kruche, pyszne, ach! I idealne do ciastkowych wycinanek. Ciasto jest bardzo plastyczne, można wycinać z niego foremkami najbardziej fikuśne kształty i mieć pewność, że po wyciągnięciu z piekarnika wszystkie ciasteczka zachowają swój kształt. Nie rozjadą się, nie urosną. Zrobią się za to kruche, słodkie i pyszne.


Ciasteczka Mimi

Składniki:
  • 200 g masła, w temperaturze pokojowej i posiekanego
  • 1 łyżeczka startej skórki limonki lub cytryny
  • 1/3 szklanki cukru pudru  (75 g)
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki zmielonego sproszkowanego imbiru
  • 1 łyżeczka soku z limonki lub cytryny
  • 2 łyżki maku
  • 1 i 3/4 szklanki mąki (260 g)
    Przygotowanie:
    1. Masło, skórkę limonki, cukier, cynamon i imbir dokładnie wymieszaj mikserem. Dodaj sok z limonki i mak, potem mąkę w dwóch partiach. Dobrze wymieszaj.
    2. Podziel ciasto na pół i oprószonej mąka powierzchni z każdej połowy uformuj 18-centymetrowy wałek. Zawiń wałki ciasta w folię i włóż do lodówki na minimum godzinę. Gdy ciasto stwardnieje, pokrój je na plasterki. Albo - tak jak ja - powykrawaj z nich ciasteczkowe dolary, gwiazdki, nutki lub każdy inny kształt, na jaki przyjdzie ci ochota.
    3. Rozłóż ciasteczka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując 1,5 cm odstępu. Piecz ok. 12-15 minut w temperaturze 200 stopni C. Po upieczeniu odstaw na 5 min, zdejmij z blachy i pozostaw do ostygnięcia.


    Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:


    poniedziałek, 25 lipca 2011

    Lipcowa kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon: borówkowy!


    Zaczęło się od maila.
    Oliwko, będę piekła w niedzielę, nie chciałabyś razem ze mną...?
    I tak powstała dwa miesiące temu pierwsza Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon. Idea jest prosta. Obie umawiamy się na motyw przewodni - jako że kwadratowa kuchnia jest sezonowa, głównym składnikiem jest zawsze coś bardzo charakterystycznego dla danego miesiąca. W maju był to rabarbar (i szarlotki z rabarbarem), w czerwcu - truskawki (czyli serniki truskawkowe). Ale żeby nie było zbyt prosto, fundujemy sobie też niespodziankę: nie zdradzamy przepisu. Ba, nie zdradzamy sobie żadnych szczegółów poza tym, co to będzie. Rzucamy tylko hasło - tak jak w tym miesiącu: borówki, lato, dla ochłody. Po czym pichcimy. W tym samym czasie, każda w swojej kuchni. W mojej, przepełnionej książkami i oliwkowej, pachnącej cynamonem. Do ostatniej minuty przed opublikowaniem przepisów ja nie wiem, co przygotowuje Oliwka, a Oliwka - co ja.

    U mnie w tym miesiącu lody borówkowe. A u Oliwki? Lody, semifreddo, mrożony deser w pucharku? Lecę zobaczyć!


    Lipiec jest bardzo owocowy. Nareszcie na placach jest kolorowo, tak jakby wszystko co rośnie cieszyło się, że oto wreszcie nadeszło upragnione słońce (no dobrze, w obliczu ostatnich rewelacji pogodowych to wątpliwe, ale trzymajmy się tego, ze wyjątek jest najlepszym potwierdzeniem reguły), wyczekane wakacje i wytęsknione CIEPŁO. Więc bucha na straganach wszystkimi kolorami świata, soczystą zielenią, dojrzałą czerwienią, różami, pomarańczem, fioletami... I co spośród tego kolorowego bogactwa wybrać, co jest najbardziej charakterystyczne dla lipca, co się z nim najbardziej kojarzy? Porzeczki, maliny, arbuz, morele...

    Jagody. W Krakowie chyba mówi się borówki, chociaż zawsze mi się myli, który region jak nazywa małe niebieskie kulki, od których ma się fioletowy język i buzię. Pamiętam tylko, że w Kraków mówi inaczej niż cała reszta Polski, ale dlaczego, to już nie wiem. I tak samo nie trzeba tego wiedzieć, rozumieć i tłumaczyć, jak niewytłumaczalne jest na pole vs na dwór, jeżyny vs ostrężyny, chrust vs faworki, precle vs obwarzanki, czy piszinger vs andrut. Nawet durszlak w Krakowie nazywa się druszlak.

    Borówki już mamy. Teraz trzeba coś z nimi zrobić. A co lepszego jest w środku lata niż lody?


    Robiłam już kiedyś domowe lody waniliowe (klik!). Możecie skorzystać z przepisu na nie, dodając do masy w trakcie podgrzewania zmiksowane borówki i dalej postępować według przepisu. Możecie też tak jak ja teraz zrobiłam - jako że letnie lenistwo zobowiązuje albo może bardziej dlatego, że nie mam maszynki do lodów, z którą jest fajnie, szybko i prosto - kupić gotowe lody waniliowe, tylko musza być dobrej jakości, i dodać do nich borówki. Jak to zrobić? O tym w przepisie.

    Lody jagodowe
    (dla bezmaszynkowców)

    Składniki:
    • duże opakowanie (1 litr) dobrych lodów waniliowych/śmietankowych - takich, jakie najbardziej lubicie
    • 30 dag borówek (naszych polskich, nie amerykańskich)
    • płynny miód
    • pistacje - obrane i drobno posiekane
    • wafelki do lodów
    Przygotowanie:
    Zrobiłam lody jagodowe w dwóch wersjach - ciemnej i jasnej.

    Wersja ciemniejsza, czyli bardziej jagodowa - wrzuć do blendera pół litra lodów, czyli pół opakowania. Dodaj cztery duże łyżki jagód, 3/4 łyżki miodu i zmiksuj na gładką masę. Przełóż do szczelnego, próżniowego albo metalowego, pojemniczka, włóż do zamrażalnika. Co pół godziny wyciągnij pudełeczko, zamieszaj łyżką (lody szybciej zamrażają się przy brzegach pudełka, jeśli nie zamieszasz, mogą powstać kryształki lodu, które będą nieprzyjemnie chrzęścić w zębach). Po jakiś 2-3 godzinach lody będą gotowe. 

    Wersja jaśniejsza, czyli mniej jagodowa, ale nie mniej pyszna - postępuj dokładnie tak samo: wrzuć lody i borówki do blendera, tym razem dodaj jednak 1,5 łyżki jagód i 1 łyżeczkę miodu. Wszystko dalej rób tak samo.

    Podając, nakładaj po gałce do wafelkowych rożków, posypuj pistacjami i - mniam! - smacznego! 



    Ogłoszenie parafialne: Znowu na tydzień się z Wami rozstaję. Choć piątkowa recenzja z cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! oczywiście będzie. Tym razem kierunek: północ. Morze! Wracam za tydzień. Postaram się jak zawsze odpisywać na Wasze maile i komentarze, choć może nie codziennie, ale na pewno na bieżąco :)


    Simon Leys, Szczęście małych rybek

    "Szczęście małych rybek" - powiększona okładka ksiazki
    Na tylnej okładce przeczytałam: Książki są boskie, a kto żyje bez nich, ten nie jest godzien życia - przekonuje każda ze stron tej niewielkiej i pięknej pochwały czytania. I owszem, jest pięknie, jest wzniośle, momentami zabawnie. Ale to chyba za wielkie słowa. Za bardzo mnie napalają, a gdy się tak nakręcę i oczekuję co najmniej książkowego odpowiednika cuda na kiju, okazuje się, że jednak nie do końca cud i niekoniecznie na kiju. Choć książka jest bardzo warta przeczytania. To zbiór felietonów francuskiego publicysty, Simona Leysa, jego "wypisania" na tematy książkowe i okołoksiążkowe. Nie za długie, bez zbędnej treści i z niesamowicie fajną okładką - jedyne czego szkoda, że cała książka właśnie tak nie wygląda - mam już książkę chowaną do pudełka, mam książkę na gwoździu, mam kilka trójwymiarowych książek-rozkładanek. Jak fajnie byłoby do tego grona dołączyć taką w kształcie twarzy.

    piątek, 22 lipca 2011

    Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Głodne kawałki. Kill Grill 2"

    Czwarta recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - tym razem będzie prawdziwa smakowa mieszanka wybuchowa: odrobina słodyczy przyprawiona gorzką prawdą. Jednak zamiast kwaśnych min czekają niekontrolowane wybuchy śmiechu.

    (Dla jeszcze niewtajemniczonych w cykl: klik klik po informacje tutaj!)



    Jesteście gotowi na ostrą kulinarna jazdę bez trzymanki? Anthony Bourdain zabije Was śmiechem, rozbroi szczerością i opowie takie rzeczy o szefach kuchni, o jakich wam się nie śniło.


    Od pierwszej strony wiedziałam, że to będzie książka, przy której jak nic popłaczę się ze śmiechu. Ba, nawet wcześniej niż od pierwszej strony. Wzięłam książkę do ręki, otworzyłam na chybił-trafił, a tam: Zasada pierwsza: uciekaj z hotelu najdalej, jak to możliwe. Zasada druga: unikaj miejsc, gdzie zbierają się tacy jak ty (to znaczy przyjezdni i turyści). Zasada trzecia: gdy znajdziesz nędzny bar wypchany po brzegi tubylcami, którzy najwyraźniej dobrze się bawią, wejdź, usiądź i zacznij pić. Już pana lubię, panie Bourdain. 

    Później jest już coraz lepiej. Jeśli myślicie, że tylko Bear Grylls zjada robaki na śniadanie, jesteście w błędzie. Bourdain robi to z nie mniejszą gracją. W końcu szkolił się w CIA (jak przystało na CIA, dla niepoznaki: Culinary Institute of America) i choć dziecięce plany zostania sławnym gangsterem albo wyjętym spod prawa kryminalistą spełzły na niczym (zbyt ciężka praca), Anthony nie zrezygnował z bezwzględnej ironii, bluzgania na lewo i prawo, zabijania błyskotliwym poczuciem humoru i wyzłośliwiania się na połowę kulinarnego świata. Fucha byłego szefa kuchni, obecnie kręcącego swój własny program podróżniczo-kulinarny Anthony Burdain: No reservations obejmuje, obok zajadania się smakołykami w najodleglejszych zakątkach świata i popijania ich miejscowymi alkoholami, takie uciechy, jak picie wódki ryżowej ramię w ramię z kambodżańskimi partyzantami, wgryzanie się w ugotowane, usmażone albo zapieczone w karmelu i nabite na patyczki pełzająco-bzykające rarytasy. 

    Jeśli spodziewacie się grzecznych tekstów o jedzeniu w stylu "och, co jest delikatniejsze: przegrzebki czy fois gras?", czeka was rozczarowanie. Bourdain, zamiast tracić czas na takie rozważania, serwuje opowieści z kuchennego piekła rodem. Co dzieje się na zapleczu miłych, acz z jakiegoś powodu świecących pustakami barów? Dlaczego odpadnięte literki z neonu z nazwą restauracji są jak wielki, czerwony znak STOP krzyczący: "omijaj to miejsce z daleka!" I jak naprawdę wygląda wieczór w restauracji - ale nie z punktu widzenia gości, którzy niecierpliwią się, że zamiast 6 minut, na zamówione dania przyszło im czekać 8, ale z perspektywy szefów kuchni, kucharzy i kelnerów, którzy uwijają się jak w ukropie, próbując skoordynować swoje ruchy jak primabaleriny w rosyjskim balecie.



    Kolejna książka amerykańskiego szefa kuchni jest chyba jeszcze zabawniejsza od jej pierwszej części. To zbiór felietonów publikowanych w różnych amerykańskich tytułach na przełomie kilku lat - a że felieton sam w sobie nie jest długi, tak też jest w tym przypadku - prosto, krótko i dosadnie. Anthony Bourdain nie jest typem kucharza do rany przyłóż, który, gdy masz zły dzień, przybiegnie do ciebie z paczką chusteczek o zapachu lawendy i będzie pocieszał tak długo, jak tego potrzebujesz. O nie. On wyciągnie cię do baru, zatarga do zatłoczonych i zadymionych pubów, których atmosfera postawi cię na nogi. Zrobi rundkę po okolicy, żeby pokazać ci, gdzie się dobrze je i nie gorzej pije. 
    A po kilku drinkach opowie parę ciekawych historii - tych, o których wszyscy po cichu mówią, ale nikt nie wie czy naprawdę się zdarzają.


    Bourdain z rozbrajającą szczerością dopieka masowej gastronomii, z ironicznym uśmiechem podchodzi do właścicieli restauracji serwujących zbyt wyrafinowane potrawy, aby dało się je zjeść bez wyrzutów sumienia, że popsuje się skomplikowaną konstrukcję na talerzu. Amerykanin wyśmiewa się z celebrity chefs. Obrywa się w zasadzie wszystkim po kolei. Jamiemu Oliverowi czy Nigelli - choć jej może nieco mniej, bo mimo, że Nigella nie jest szefem kuchni i nie potrafi gotować - potrafi tylko dobrze zjeść, Anthony trzyma się swojego pierwszego kuchennego przykazania: Dobre jedzenie rzeczywiście prowadzi do seksu. A kto inny oprócz Nigelli potrafi tak seksownie mieszać makaron i łamać czekoladę na kawałki?

    Przy tej książce będziecie śmiać się na cały głos. Niechybnie przypalicie obiad, bo od Kill Grilla nie sposób się oderwać. Zacznie wam burczeć w brzuchach przy rozczytywaniu się w opisach potraw przygotowywanych przez Anthony'ego. Zapragniecie wszystkiego smakować, zobaczyć na żywo miejsca, które opisuje i spędzić całą noc na słuchaniu zwierzeń szefów kuchni.



    Anthony Bourdain - Głodne kawałki. Kill grill 2
    Tłumaczenie: Wioletta Lamot
    Wydawnictwo W.A.B.
    Wydanie I
    Warszawa 2011
    Stron: 408

    logo


    Co słodkiego mogło mi się skojarzyć z Kill Grillem? Tylko ciasto czekoladowe! 



    Ale żeby nie było za grzecznie, dodałam gorzką czekoladę z chilli. Tak jak w książce, jest wyraziście, ale nie za ostro, tak i ciasto - baaardzo intensywnie działa na kubki smakowe, bo chilli wyostrza smak czekolady. Ale nie jest ostre, jeśli ktoś nie wie, co jest dodane do środka, nie wyczuje przyprawy.
    Jest pyszne!



    Niegrzeczne ciasto czekoladowe z chilli a'la Anthony Bourdain

    Składniki:
    • 250 g mąki
    • szczypta proszku do pieczenia
    • szczypta soli
    • 250 g cukru
    • 250 g margaryny albo masła (bardzo miękkiego)
    • 2 prawdziwe, wiejskie jajka
    • wielka łyżka dobrego kakao
    • szklanka orzechów włoskich
    • 1 tabliczka czekolady z chilli (lub 1 tabliczka zwykłej gorzkiej czekolady i szczypta zmielonego chilli - tak 1/4 łyżeczki)
    • na polewę: 1 tabliczka gorzkiej czekolady
    Przygotowanie:
    1. Włóż wszystko do miski. Poza czekoladą.
    2. Zmiksuj.
    3. Czekoladę z chilli dodaj do środka, pokrojoną na małe kawałki, za to gorzką odłóż na polewę. Ciasto z czekoladą z chilli wymieszaj drewnianą szpatułką albo dużą łyżką.
    3. Posmaruj masłem (i posyp bułką tartą) blachę do pieczenia.
    4. Wlej do niej ciasto.
    5. Piecz ciasto w temperaturze 190 stopni C przez jakieś 50 minut. Sprawdzaj patyczkiem (czas może być dłuższy albo krótszy - mi zajęło to prawie godzinę). Po wyjęciu ciasta z piekarnika rozpuść gorzką czekoladę w miseczce postawionej na garnku z gotującą się wodą, a gdy przestygnie, polej nią ciasto.



    Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:

    piątek, 15 lipca 2011

    Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Klaudyna w szkole" i "Klaudyna w Paryżu"


    Trzecia recenzja z nowego, copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Tym razem literacka podróż nie tylko w czasie, ale i przestrzeni: do Francji z początku XX wieku.
    (Dla jeszcze niewtajemniczonych w cykl: klik klik po informacje tutaj!)




    Francja z początku XX wieku, szkoła dla dobrze wychowanych panien, sztywne reguły i etykieta. Oraz Klaudyna, francuska młoda dama, która tę etykietę i konwenanse ma w nosie.


    Klaudyna w szkole to pierwsza z czterech części cyklu powieści, której główną bohaterką jest piętnastoletnia francuska skandalistka. Skandal w rozumieniu Colette, autorki książki, na pierwszy rzut oka może dziwić: niegrzeczna odzywka? Wdanie się w otwartą dyskusję z nauczycielką? Podkradanie bibułek z papierosów? Chwila, gdzie tu skandal?

    Gdy się jednak przez chwilę zastanowić i spróbować cofnąć o sto lat, bo właśnie wtedy rozgrywa się akcja Klaudyn, wszystko wydaje się zrozumiałe. To, dzisiaj już względnie nie dziwi, w początkach XX wieku było niemałym szokiem. Klaudyna różni się od swoich rówieśniczek. Bez ceregieli mówi co myśli, przełamuje konwenanse i rozczytuje się w książkach, których dorośli bynajmniej nie uznają za odpowiednie dla dobrze wychowanej młodej damy. Jakby tego było mało, Klaudyna dostaje miłosnego kosza od swojej nauczycielki, która porzuca ją dla dyrektorki - ach, te żeńskie szkoły! - placówki.

    Colette wplata w fabułę wątki autobiograficzne. Pierwsza powieść, Klaudyna w szkole, to nic innego jak wspomnienia pisarki ze swoich szkolnych lat. Do tego doszła zachęta ze strony męża, prośba wydawcy o dodanie szczypty pikanterii - i tak oto powstała postać czupurnej Klaudyny.


    Klaudyna w Paryżu jest kontynuacją pierwszej części (po niej jest jeszcze Małżeństwo Klaudyny i Klaudyna odchodzi). Ojciec nastolatki decyduje o przeprowadzce z Montigny do Paryża, co ewidentnie jest nie w smak jego córce. Jak na nowy etap w życiu przystało, Klaudyna ścina włosy i powoli zaczyna odkrywać uroki francuskiej stolicy.


    Osobiście miałam problem z tymi książkami. Bo z jednej strony są przełomowe, odważne i mocno swego czasu namieszały, ale z drugiej -  jakby nie bardzo mi leżą. W pierwszej części (Klaudyna w szkole) brakowało mi akcji, punktów kulminacyjnych i... rozdziałów. Cała książka napisana jest jednym ciągiem. Owszem, z akapitami, ale podczas czytania nie mogłam oprzeć się jednej myśli - O ileż łatwiej byłoby, gdyby Klaudyna (piórem Colette) pisała na przykład dziennik? Dzienniki mają to do siebie, że wcale nie wymaga się od nich szałowych zwrotów akcji. Mają po prostu opisywać codzienność - dokładnie to, co zrobiła Colette. Spisała swoje wspomnienia ze szkoły, dodała fikcyjnych bohaterów, urozmaiciła wątkami homoseksualnymi oraz humorem i tak oto powstała powieść.


    Zabrakło mi też Paryża. Miałam wrażenie, że akcja drugiej części, Klaudyny w Paryżu, mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek i nadal byłoby to to samo. Zdążyłam naczytać się bardzo wielu książek z paryskim tłem i może przez to miałam nieco wygórowane wymagania (a przynajmniej takie na poziomie Merde! Clarke'a i Gry w klasy Cortazara). Tutaj Paryż jest, ale nie w tak odurzającej dawce. Trochę szkoda.

    Do Colette i jej Klaudyn trzeba się przekonać. Trzeba lubić taki styl narracji, nieco zadziorny i choć nie wulgarny, to jednak nieco chaotyczny. Czy sięgnę po kolejne części? Nie wiem. Mimo mojego umiłowania do wszelkich cykli książek i obłędu w oczach z zachwytu na widok każdej kolejnej serii literackiej - nie wiem.

    Jest jeszcze mały szczegół, który mnie zachwycił i dzięki któremu miałam uciechę za każdym razem, kiedy brałam książkę do ręki. Po dotknięciu okładki po raz pierwszy zrobiłam duże i głośne "Och!". Nie wiem z jakiego papieru wykonano obwolutę książki, ale nie widziałam jeszcze książki z tak aksamitną w  dotyku okładką.

    Sidonie-Gabrielle Colette - Klaudyna w szkole i Klaudyna w Paryżu
    Tłumaczenie: Krystyna Dolatowska
    Wydawnictwo: W.A.B
    Wydanie I w tej serii
    Warszawa 2011
    Stron: 308 (Klaudyna w szkole) i 240 (Klaudyna w Paryżu)



    Akcja powieści toczy się we Francji. Pierwsze kulinarne francuskie skojarzenie? Bagietki!



    Francuskie bagietki

    Składniki:
    • 410 g mąki pszennej (dałam typ 500)
    • 150 ml gorącej wody
    • 50 ml ciepłego mleka
    • 10 g świeżych drożdży (albo 5 g drożdży instant)
    • 1 łyżeczka cukru
    • 1 łyżeczka soli
    • 1 łyżeczka masła
    Przygotowanie:
    Drożdże rozpuść w ciepłym mleku. Wsyp do miski mąkę i zalej ją wodą i mlekiem z drożdżami. Dodaj cukier, sól i masło, po czym ugniataj ciasto, aż powstanie jednolita, gładka kula. 
    Osobną miskę wysmaruj cienko oliwą i przełóż do niej ciasto. Przykryj czystą ściereczką, odstaw w ciepłe miejsce i poczekaj 1,5 godziny, aż wyrośnie. Korzystając z letniej pogody, możesz postawić miskę na oknie lub parapecie w słońcu, wtedy ciasto szybciej, może nawet w niecałą godzinę. 
    Gdy ciasto urośnie w misce, wyjmij je, jeszcze raz pougniataj i uformuj z niego dwie bagietki: ciasto podziel na dwie części, z każdej uformuj długi prostokąt i złóż go na cztery: czyli wzdłuż krótszego boku na pół (długiego boku pnie zginasz, jego długość pozostaje ciągle taka sama) i jeszcze raz na pół. Miejsce złączenia części dyskretnie zalep. Przełóż je na natłuszczoną blachę, miejscem złączenia do dołu (tak, żeby nie było go widać). 
    Ponownie przykryj ściereczką i odstaw na pół godziny do podrośnięcia. W tym czasie nagrzej piekarnik do 220 stopni C, a kiedy bagietki wyrosną, piecz je ok. 30 minut.


    I voila, mamy bagietki!



    Cykl recenzji powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:
    Related Posts with Thumbnails