• RSS

piątek, 8 lipca 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Za oknem cukierni"

Druga recenzja z nowego, copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - tym razem jak najbardziej wypadało mi czytać przy, a raczej za - Za oknem cukierni. 
(Dla jeszcze niewtajemniczonych w cykl: klik klik po informacje tutaj!)


Jest miłość. Jest zdrada. Są włoskie ciasteczka o fikuśnym kształcie, feeria smaków i zapachów, a wszystko to w otoczeniu zielonych wzgórz Toskanii.


Zdradzona kobieta to kobieta, lekko rzecz ujmując, z lekkim rozstrojem nerwowym. Zaczyna się być może dość banalnie: Lilly Turner, ambitnie pnąca się po szczeblach kariery gwiazda nowojorskiej korporacji, przypadkowo odkrywa, że jej mąż gra w małżeństwie na dwa fronty, ukrywając we Włoszech drugą rodzinę. Niewiele myśląc, wsiada do samolotu i na następny dzień truchta już w szpilkach po stromych uliczkach Montevedovy w poszukiwaniu niewiernego mężczyzny. I tu przestaje być banalnie. Do akcji wkracza cała armia wesołych włoskich staruszek, które pod pozorem jakże wdzięcznej czynności, jaką jest cerowanie skarpet, tak naprawdę obmyślają tajne plany, snują intrygi i, jednym słowem, działają jak mała agencja wywiadowcza, która za cel obrała sobie wyswatanie wszystkich samotnych mieszkańców toskańskiego miasteczka. Sprawy nabierają tempa, kiedy w Montevedovie zjawia się Lily i - nie do końca świadomie - wywraca wszystko do góry nogami.

Zdrada, miłość i intrygi - to wszystko brzmi tandetnie, ale książka wcale tandetna nie jest. Wręcz przeciwnie - to wartko tocząca się historia z mnóstwem zabawnych momentów. Opowiedziana z lekkim przymrużeniem oka, epatująca włoskim humorem i żywiołowością, z powietrzem przepełnionym zapachem świeżo wypiekanych biscotti, potrójnie czekoladowych gelati w i crostaty di more, czyli ciasta z jeżynami wdowy Benedicti, która ma cudowną moc (tarta, nie wdowa) doprowadzania do pomyślnego rozwiązania spraw z pozoru beznadziejnych.

I, oczywiście, prawdziwe włoskie nonny, które w tak cudowny sposób potrafią sprzeczać się o ciasto (i ciasteczka, i tarty!) , że wydaje się, że sposób jego przygotowania jest najważniejszą rzeczą na świecie - i to nie tylko w tym momencie, ale w ogóle, w życiu.


Za oknem cukierni nie jest klasycznym romansem: ty mnie zdradziłeś, ja już cię nie kocham, ale skarbie, spróbujmy od nowa, czyli koniec końców: żyli długo i szczęśliwie. Nie. Waham się w ogóle, czy powieść Lynch można nazwać romansem - w jakimś stopniu na pewno tak. Choć może tylko na potrzeby księgarni, żeby wiedzieć, w którym dziale na półkę odłożyć. Dla mnie to nie jest romans. I broniłabym się przed zaszufladkowaniem powieści do literatury kobiecej. Bo za oboma tymi rodzajami książek nie przepadam - a Za oknem cukierni mi się podobała. To książka, od której bije ciepła, małomiasteczkowa atmosfera - taka, że chciałoby się spakować walizkę i choćby jutro wyruszyć do Toskanii. A przy tym wszystkim historia opowiedziana tak apetycznie, że trzeba się hamować, żeby nie zaślinić kartek.



Sarah-Kate Lynch - Za oknem cukierni
Tłumaczenie: Bogumiła Nawrot
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2011
Stron: 282


Zanim doszłam do końca książki, już wiedziałam, co upiekę. To było tak jasne i oczywiste, że nie zastanawiałam się ani minuty.
Cantucci!


Włoskie ciasteczka do maczania w winie (albo kawie). Niesamowicie chrupkie i kruche. Piecze się je dwa razy, prawie wysusza na kamyczki - właśnie po to, żeby nadawały się do maczania. Zrobiłam wersję z migdałami, dosypałam kakao i wiórki kokosowe. Wyciągnęłam z piekarnika nieziemsko pachnące, cieplutkie cantucci z dużymi kawałkami orzechów i białymi plamkami kokosu.


Kakaowe cantucci 
(z migdałami i kokosem)


Składniki:
  • 180 g cukru pudru
  • 2 jajka
  • 250 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki dobrego kakao
  • 100 g migdałów ze skórką
  • 3 duże garści pestek słonecznika
  • 3 duże garści wiórków kokosowych
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C.
Jajka utrzyj z cukrem na puszystą masę. Kiedy będzie już jasnożółta, przesiej do niej mąkę, kakao i proszek do pieczenia. Dosyp wiórków kokosowych. Wymieszaj wszystko i uformuj dłońmi jednolite ciasto. Wgnieć w nie migdały i pestki słonecznika. Z ciasta uformuj dwa wałki o długości ok. 25 cm i ułóż je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstaw do piekarnika, piecz 30 minut, po czym wyjmij i zostaw do ostygnięcia na co najmniej 10 minut. To ważne, bo ciepłe ciasto rozlatuje się przy krojeniu - wystudzone jest zwarte i nie kruszy się pod naporem noża. Najlepiej jest tez kroić nożem z małymi ząbkami. Po przestudzeniu oba wałki pokrój na małe "kromki", o szerokości mniej więcej 0,5 cm. Zmniejsz temperaturę do 150 stopni C. Ciasteczka rozłóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i ponownie wstaw do piekarnika, znowu na 30 minut. Wyciągnij, przestudź, jedz maczane w winie lub kawie. 
Buon apetito!



Cykl recenzji powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:

32 komentarze:

ulcik pisze...

oj,to bym chetnie przeczytala ;)

Amber pisze...

Bardzo ciekawie opowiedziałaś książkę,która jest jak wiele innych o tej tematyce.Życie kobiety z określonymi problemami z kuchnią w tle.
Ale cantucci wyglądają pysznie!

asieja pisze...

cudne ciasteczka do schrupania :-)))

Kamila pisze...

Dziękuje z fajną recenzję, skorzystam. A pysznym ciasteczkiem się częstuję. Pozdrawiam

Kasia pisze...

Kocham cantucci :)) Ostatnio maczałam w limoncello. Mam coś takiego, że jak czytam książkę o jedzeniu, to zawsze piekę coś o czym akurat piszą. Ostatnio wszędzie wala się czekolada :P Uściski!

basia pisze...

Fajnie, Asiu, opisalas ten niby romans z wloską kuchnią w tle. Podoba mi sie, zreszta ciasteczka tez. pozdrowionka serdeczne!

ewelajna pisze...

To ja chcę tę książkę i przepis na torta de la nonne...!, bo to co upiekłam ostatnio, a tak się nazywało, żadnej niezwykłości w sobie nie miało, w przeciwieństwie do Twoich cantucci:)

gin pisze...

Tytuł wędruje na listę książek do zakupienia we wrześniu. Uwielbiam takie historie!

gin pisze...

O, właśnie odkryłam, że przymierzasz się do "Kiedy byłem dziełem sztuki". Rewelacyjna książka! Bardzo, bardzo mi się podobała, z pewnością znajdziesz w niej coś dla siebie :)

Dunajka pisze...

Książka już czeka na półce na swoją kolej.

aga pisze...

wspaniale ciasteczka:)

Kuchareczka pisze...

Gin - o, fajnie że mi piszesz, z całej ciagnącej się listy książek do rpzeczytania ta zatem będzie pierwsza :) Dziękuję!
Ewelajna -A z czym torta de la nonne była? :)
Basiu - dziękuję, dla Was również uściski najserdeczniejsze!
Kasiu, uhu hu, to będzie czekoladowo, och!
Ulla - a myslę, że by Ci się podobała :)
Asiejko - dziękuję kochana!

Kasia pisze...

Cudownie napisałaś! Tak się napaliłam, że wczoraj ją kupiłam, a dziś zaczynam czytać. Dziękuję! Świetnie piszesz o książkach.

ewelajna pisze...

Kuchareczko, dziękuję za pytanie.
Ta torta była z budyniem, który należało zrobić i orzeszkami pinii(miała być na urodziny bloga, bo taka dostojna NIBY...). Coś tak rozczarowującego, ale przy czym było mnóstwo pozytywnej pracy i... oczekiwań...

Trzcinowisko pisze...

Jedno Ach! dla książki(taka jest na lato idealna) i aż trzy ACch!Ach!ach! dla ciasteczek....ojojoj...:)))

Inulec pisze...

Przepysznie wyglądające ciasteczka i bardzo ciekawie opisana książka - na pewno po nią sięgnę :)

Joanna pisze...

Cantucci są bardzo wrednymi ciasteczkami. Jak się je zacznie jeść, to trudno skończyć. Nie próbowałam jeszcze czekoladowo - kokosowych, ale zapowiadają się tak samo wrednie smaczne jak zwykłe cantucci

Kuchareczka pisze...

ewelajna, oj, chyba to znam - napalenie się na super efekt i okazuje się, że przepis jednak nie jest super. Ale uszy do góry, to tylko felerny przepis, a chęci i umiejętności na pewno najlepsze :)
Trzcinko - poczwórnie dziękuję :)
Inulcu - oj, polecam!
Asiu - O tak, to są wyjątkowo wredne ciasteczka ;)

Majana pisze...

Asiu Uśmiechnieta , cudne ciasteczka i cudny opis ksiażki:) Chętnie ją kiedyś przeczytam:))

Uściski:*

Anonimowy pisze...

Ciasteczka wyglądają przepysznie. Opis książki rewelacyjny, a ja uwielbiam czytać :-)Zresztą bez ksiażek, tak samo jak bez teatru nie potrafiłabym w pełni żyć. A po takiej recenzji będę musiała i tej poszukać :-)
Pozdrawiam cieplutko
Asia
http://lavanna.2k4.pl/

Kuchareczka pisze...

Asiu, Madziu - polecam! Książka jest rewelacyjna, ja się w niej rozkochałam :)

Sue pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Sue pisze...

Ach.. Toskania i te marzenia o spędzeniu tam wakacji.. ;)
A ciasteczka wyglądają smakowicie ;)

kruszyna pisze...

Zapowiada się, że to świetna książka, bardzo chętnie bym przeczytała. Aż mnie korci, żeby pobiec do księgarni ;) Ciasteczka również bardzo interesujące, słyszę o nich pierwszy raz, ale zrobiły na mnie wrażenie. Pozdrawiam :)

Kalina pisze...

Kuchareczko! przez Ciebie zbankrutuję! tak smakowicie i ciekawie opisujesz czytane książki, że chcę mieć wszystkie po kolei! gdzie ja znajdę czas na nie? ehh...
Cantucci robiłam kiedyś klasyczne, z duuużą ilością migdałów, były pyszne! i rzeczywiście trudno się od nich oderwać. póki co czekam na murzynka z wiśniami, który siedzi w piekarniku i zamawiam książki
:)
pozdrawiam, Kalina.

Kuchareczka pisze...

Sue - dokładnie! Ja coraz bardziej o Toskanii marzę... :)
Kruszynko, bardzo warto pobiec po książkę! :)
Kalinko, cieszę się ogromnie! To znaczy nie, że zbankrutujesz, ale że podobają Ci się ksiązki :) Staram się wybierać te warte poczytania, a jesli trafi się jakaś niemrawa - jest ku przestrodze.
pozdrawiam ciepło!

Wiewióra pisze...

Ojoj przegapiłam tę recenzję i nie wiem czemu :( a taka smakowita :) Włochy, pieczenie, babskie kłótnie i ciasteczka czyli kwintesencja babskiego małomiasteczkowego życia :) książkę muszę pochłonąć tak jak i Cantucci!

Kuchareczka pisze...

Wiewiórko - i jak miła jest ta małomiasteczkowość :)

Anonimowy pisze...

o rany nikt mi nie powiedział,że to ciastka do maczania ,o mało zębów nie połamałam na tych ciasteczkach :) ale są smaczne!

Kuchareczka pisze...

Zgadza się, ciasteczka maczankowe :)

Basilia pisze...

Właśnie skończyłam czytać i przyznaję się bez bicia: gdyby nie ta recenzja, nadal nie wiedziałabym o istnieniu tej książki.
Kojarzy mi się klimatem z ,,Tysiąc dni w Wenecji" Marleny di Blasi, więc, o ile jeszcze się do tej książki nie dorwałaś, polecam.
Co do cantucci - mimo tych poematów i nich w książce i wiwlu wpisów na blogach kulinarnych, jakoś nie mogę się zmusić do ich zrobienia. Wydają się takie suche i twarde, jak stary chleb...

Kuchareczka pisze...

Basilio, ja do cantucci przekonywałam się 3 lata. A jak zrobiłam, zakochałam się w nich bez pamięci :)

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails