• RSS

sobota, 17 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Dom w Italii"


Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Z włoskimi smakami: pomiędzy kartkami i na talerzu. Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.
Mam przy okazji zapowiedź - od października "Przy jedzeniu się (nie) czyta!" zmienia swoją formułę z cotygodniowego na dwutygodniowy. Zmiana ma związek z moim natłokiem zajęć, których liczba rośnie lawinowo i od października powiększy się o kolejne sprawy. Ale mam nadzieję, że nie odczujecie przejścia na tryb dwutygodniowy zbyt mocno. Nie zamierzam rezygnować z pisania recenzji poza cyklem, układania pysznych przepisów i wypiekania coraz to nowych słodkości. Poza tym wierzę, że efekty zmiany będą bardzo pozytywne - pozwolą mi wybierać jeszcze lepsze i bardziej wartościowe książki, o których regularnie będę się rozpisywać.




Piękni dwudziestoletni. Ona samotna i po przejściach, on - romantyk ze złamanym sercem. Spotykają się, miłość wybucha i od tej pory żyją długo i szczęśliwie. Idealny przepis na życie? Guzik prawda!

Jak na lekką powieść z włoskim klimatem w tle, zaczyna się dość niestandardowo: od pogrzebu. Peppi, Włoch mieszkający prawie całe swoje życie w Stanach Zjednoczonych, po śmierci swojej żony stwierdza, że nie może mieszkać sam (jak na prawdziwego Włocha przystało), zbiera wszystkie swoje rzeczy i wraca do Villi San Giuseppe, małej włoskiej wioski, w której się urodził i wychował.

I tu zaczyna się prawdziwe życie. Peppi z gracją pakuje się w zabawne tarapaty, z których wyciąga go przyjaciel z dawnych czasów i właściciel fabryki słodkości, Luca, oraz jego córka Lucrezia, która po śmierci męża zaczyna rządzić zakładem ojca żelazną ręką. Pracownicy w popłochu chowają się przed nią po kątach i boją się przekazywać jej jakiekolwiek negatywne wiadomości. Jedyną osobą, która dostrzega w niej ludzka twarz jej Peppi, który z szerokim uśmiechem na ustach i wielką michą oliwek w ręku stara się ja przekonać, że lekarstwem na jej upierdliwość są właśnie owe oliwki. Włosi wyleczą cię ze wszystkiego przy pomocy jedzenia. Jesteś smutny? Zjedz makaron. Przygnębiony? Kawałek domowej pizzy. A na upierdliwość są oliwki. Szczęście po włosku!


Pezzelli napisał kolejna dobra książkę. I choć to już jego piąta (a licząc wszystkie książki o Toskanii i Włoszech, które od jakiegoś czasu zdominowały półki w polskich księgarniach, już dwudziesta-któraś), wcale nie powtarza schematu poprzednich czterech. Jest tak, jak ma być. Jak we włoskiej paście ugotowanej al dente: z wyważonymi smakami, nie za słodko i nie mdło. Książka odpowiednio przyprawiona, aromatyczna, z karuzelą pysznych smaków. Do tego włoski małomiasteczkowy klimat, który od jakiegoś czasu pociąga mnie coraz bardziej i prawdopodobnie jeszcze kilka książek, a skończy się tym, że któregoś dnia spakuję walizkę i pojadę zobaczyć na własne oczy wszystkie te słoneczne cuda.


Dużym atutem Pezzellego są jego bohaterowie. W niczym nie przypominają amerykańskich romansów (Pezzelli urodził się i dorastał w amerykańskim Rhode Island, w rodzinie o włoskich korzeniach), gdzie dwójka młodych gniewnych spotyka się, nagle bucha między nimi miłością i jak gdyby nigdy nic postanawiają zerwać ze swoim dotychczasowym życiem. Ona pracuje w wielkiej korporacji, niby jest szczęśliwa bo osiąga sukcesy, ale jednak czegoś jej brakuje, a uświadamia to sobie, kiedy pewnego deszczowego dnia spotyka na ulicy księcia w markowym garniturze (współczesna zbroja), z szarmanckim uśmiechem na ustach proponującego jej podwiezienie do domu (ale nie na białym koniu), żeby nie zamoczyła eleganckiej spódnicy i nie pogubiła po drodze drogich szpilek (jak kopciuszek). Można nabawić się cukrzycy.

Dlatego tak lubię powieści Pezzellego - są lekkie i letnie, ale nie głupkowate. Historie wymyślone, ale nie nierealne. Nie cukierkowe, a ciepłe, miłe, przyjemne. Takie, o których długo po przeczytaniu się jeszcze myśli. I które się wspomina tak, jakby się tam było i na własne oczy widziało zdarzenia opisywane w książce. Jak niezapomniane wakacje w Villi San Giuseppe.

__________________________________
Peter Pezzelli - Dom w Italii
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Kraków 2011
Wydanie pierwsze
Stron: 298
Wydawnictwo:



Na głodnego nie czyta się za dobrze. Ale coś słodkiego i włoskiego... Nie mogłam wpaść na co mam ochotę. W końcu - bingo! Dzisiaj nie będzie na słodko. Od dawna chodziły za mną prawdziwe włoskie paluchy. Ciepłe, miękkie w środku, z chrupiącą skórką. I znalazłam przepis idealny.


Pizzowe paluchy
(od Ines)

Składniki:
  • 1 kostka drożdży
  • 2 łyżki cukru
  • 2 szklanki ciepłego mleka
  • 1 kg mąki
  • 2 jajka + 1 do posmarowania
  • duża szczypta soli
  • olej
  • gruboziarnista sól - do posypania
Przygotowanie:
Pokruszyć drożdże, dodać cukier, 2 łyżki ciepłego mleka, 2 łyżki mąki, przykryć i odstawić do wyrośnięcia (ja zostawiłam swoje na 40 minut). Do dużej miski wsypać mąkę, sól, dodać roztrzepane jajka, zaczyn, pozostałe mleko, wyrobić, nie dodawać więcej mąki. Jeśli ciasto bardzo sie lepi, dodać trochę oleju. Odstawić na 15 -20 min. Posmarować rozmemłanym jajkiem, posypać gruboziarnistą solą. Piec do zarumienienia (ok. 10-12 min) w temperaturze 200-220 stopni C. Zbyt długo trzymane w piekarniku staną się twarde.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

poniedziałek, 12 września 2011

Brunatności, polarności i grizzli


Dawno nie było tu takich ciasteczek. Małe, słodkie i misiowe, prawie puchate. Białe polarne niedźwiadki i miśki brunatne, wcale nie groźne, każdy z kolorową wstążka na szyi.
Domowe ciasteczka i udomowione grizzli.


Bardzo kruche, delikatne w smaku. Polubiłam ten przepis, bo ciasto idealnie nadaje się do wykrawania z niego różnokształtnych ciasteczek, nie traci kształtu podczas pieczenia.
Wracam do korzeni, czyli dekorowania ciastek. Jak ja to lubię! Wykrawane pyszczki i okrągłe uszka, rysowane cienką strużką czekolady łapki, tylne nawet z paluszkami. Tak proste i pyszne.


Misiowe ciasteczka

Składniki:
4 żółtka z jajek ugotowanych na twardo, torebka cukru waniliowego, 14 dag stopionego masła, 20 dag mąki, cukier puder, kakao i cynamon do posypania

Przygotowanie:
Rozetrzyj żółtka z cukrem waniliowym, bardzo drobno, prawie na proszek. Ja robiłam to widelcem, rozcierając tak, jak rozciera się ser biały do twarożku. Dodaj połowę stopionego masła, mąkę i szybko wyrób ciasto. Wlej pozostałe masło i zagnieć z ciasta gładką kulę. Owiń ją w folię spożywczą i włóż na kilka minut do zamrażalnika. Po wyjęciu rozwałkuj ciasto na placek grubości 3-4 mm. Foremkami powykrawaj ciasteczka, ułóż je na blasze wyłożonej pergaminem i pozwól piec się im w 150oC przez 20 minut. Ciasteczka będą miały bladozłoty kolor. Przestudź, posyp cukrem pudrem i kakao zmieszanym z cynamonem.



Denise Seidl - Zabawy z kotem


Pozostając w tematyce zwierzęcej - wolicie psy czy koty?
Nie mogłam się zdecydować, o której książce napisać, dlatego napiszę o obu. To są książki do korzystania, nie do czytania od deski do deski. Wyobrażacie sobie wertować dokładnie każdą stronę encyklopedii psów? Co nie oznacza wcale, że nie warto. Wręcz przeciwnie! I trzeba korzystać z nich ile wlezie.

Od zawsze koty lubiłam bardziej od psów. Kiedy byłam mała, kukałam pod samochody i wczołgiwałam się za krzaki, żeby wygłaskać i wymiziać wszystkie koty w zasięgu wzroku. A później polubiłam psy. Może nie tak jak koty, ale jest kilka ras, które mnie rozczulają. Golden retrivery i labradory, przekochane, niesamowicie mądre, wesołe. Beagle, od których właścicieli wiem, że to takie pozytywne psie głupole, beztroskie do granic możliwości. I cocker spaniele, z loczkami, na widok których za każdym razem wydaję ciche "ooch". 
Ta encyklopedia psów myślę, że przyda się nie tylko tych, którzy akurat szukają czworonoga dla siebie. Mi spodobała się i bez tego. Jest podzielona dość nietypowo, co mi się bardzo podoba - nie na rozdziały pod tytułem psy małe, psy średnie, psy duże i psy te, które mogą urosnąć większe od ciebie, ale bardziej praktycznie - zgodnie z tytułem - ze względu na podobne cechy danej rasy i prowadzonego stylu życia. Jest więc cały rozdział o tych psiakach, które będą idealne dla rodziny (lub dla singli), omówione są te, które wymagają dużo uwagi lub wręcz przeciwnie - które nie potrzebują jej tak dużo. Dla zapalonych sportowców są psy lubiące biegać, dla alergików pasy, których sierść nie uczula - znajdą się nawet psy idealne dla hmm, magików: uzdolnione, cudaczne, z ukrytymi talentami. Wszystko ładnie i jasno wytłumaczone, dużo ramek, strzałek, wypunktowań i wytłuszczeń najważniejszych rzeczy. Wzrokowcy tacy jak ja, zrozumieją, dlaczego tak mnie to ekscytuje.
(David Alderton - Wybierz psa dla siebie)

Zabawa sprawa poważna - każdy to wie. Tak samo jak to, że koty muszą się bawić. Inaczej, łagodnie mówiąc, wariują - ślizgają się po parkiecie, fruwają między pokojami albo przyczajają się niczym kocie ninja. Czyli wracamy do punktu wyjścia - bawią się. Same, z innymi kotami lub właścicielem. I jeśli myślicie, że koty znajdują frajdę tylko w puchatej myszce na sznurku, która kręci się im przed nosem, jesteście w błędzie (wiem, bo sama byłam). Jest tak dużo różnych zabaw, które można powymyślać dla kota, a jednocześnie czerpać z tego tak samo dużo radości co główny zabawiany. A pogapcie się jeszcze prze tym na niego - miny, które strzela, są bezcenne! Zabawa, która dodatkowo gwarantuje popłakanie się ze śmiechu.
(Denise Seidl - Zabawy z kotem)

piątek, 9 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Moje Dolomity!"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! I znowu gatunek, którym normalnie się nie zajmuje, czyli przewodnik. Albo prawie przewodnik. Wydał mi się na tyle inny niż wszystkie, że postanowiłam rozłożyć go na części pierwsze w recenzji.
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.


Dolomity, nazywane też bladymi górami, są najbardziej smakowitą częścią włoskich Alp - gdzie najwyższy szczyt nazywa się Marmolada, a lokalnymi przysmakami są Śmierdziel z Moeny i księże zadławki.

Jakim cudem przewodnik może być czytany z zapartym tchem, skoro nie ma się w planach wyjazdu w miejsce, o którym się czyta? Jakimś cudem widać może. Bo ani ten przewodnik nudny, ani nawet do końca nie można go nazwać przewodnikiem.

Vito Casetti (tak, Europa da się lubić) i Agata Jakóbczyk rozpoczęli sezon w Moich Dolomitach w zimie. Pierwszym przystankiem było więc Trentino, czyli idealnie miejsce dla zapalonych fanów nóg przypiętych do jednej albo dwóch desek. Szczególnie polecam lekturę tym, którzy od lat narzekają na nasze polskie przeładowane wyciągi, nieodśnieżone trasy narciarskie i płaskie jak deska stoki. W Dolomitach narciarski system funkcjonuje inaczej. Kupując jeden karnet, dostajemy dostęp do wszystkich wyciągów i stoków, czyli 12 ośrodków narciarskich i 450 kolejek linowych, z których wszystkie są szybkie i supernowoczesne. Łącznie: 1200 km połączonych tras narciarskich. Tak, kilometrów. Tysiąc dwieście.

Dolomity to jedna wielka sieć wyciągów łączących poszczególne regiony i miasta. Niektóre oddalone są od siebie o kilkadziesiąt kilometrów i leżą na przeciwległych stokach gór, a do których bez problemu można dostać się kolejką linową. Trasy są krótsze i dłuższe - można wybrać kilka małych odcinków lub zjechać jedną długą, 26-kilometrową trasą (co zajmie około 6 godzin). Nie mogę powstrzymać się w tym miejscu od porównania - nasze polskie stoki wyglądają przy włoskich ośrodkach narciarskich jak zapuszczone bidulki. W Polsce trzeba odstać swoje w dlugaśnej kolejce do wyciągu, gdzie podczas czekania inni niecierpliwcy wjeżdżają ci na twoje nowe, wywoskowane i wyczyszczone narty swoimi i gdyby tylko mogli, wydłubaliby kantem swoich desek pamiątkowy napis TU BYŁEM. Kiedy już uda ci się wystać swoje i wyjedziesz orczykiem na górę, czeka cię zjazd z duszą na ramieniu, bo na stoku jest tak ciasno, że tylko kwestią czasu i szczęścia jest, czy wjedzie w ciebie początkujący narciarz jadący na krechę, rozpędzony snowboardzista czy dziecko, któremu poplątały się narty. Cały zjazd zajmie ci góra 20 minut, po oblodzonym (bo wszyscy po tym kawałku jeżdżą) albo nieodśnieżonym (bo nie zjeżdża tamtędy nikt) stoku - akurat zdążysz się psychicznie przygotować na ponownie odstanie 40 minut w kolejce.
A szusujący w Dolomitach znają zasady. I wcale nie trzeba im o nich przypominać, sami ich przestrzegają.


Narciarze we Włoszech mają inne problemy. Zaprzątają sobie głowę raczej tym, czy na obiad spróbować szpinakowych gnocchi, czy typowo włoskiej polenty. Na deser zamówić tiramisu? A może apfelstrudel? Który, na marginesie, jako typowo austriacki deser bije w Południowym Tyrolu rekordy popularności - a to dlatego, że znajdują się tutaj największe w Europie sady jabłkowe, które dają najbardziej soczyste i słodkie jabłka - wiedzieliście o tym?.

Vito Casetii, jako rodowity Włoch nie mógł odmówić sobie przyjemności rozgadania się o włoskiej kuchni. Są więc kuszące opowieści np. o produkowanym tylko w Val di Sole niezwykle aromatycznym serze Puzzone di Moena, czyli dosadnie tłumacząc: Śmierdzielu z Moeny. Z rozbawieniem czytałam też o szpinakowych kluseczkach podawanych z topionym masłem i parmezanem, nazywanych strangolapreti - dosłownie "księże zadławki" (w książce znajdziecie na nie przepis).



Połączenie włoskiej beztroski i polskiej ciekawości świata zaowocowały smakowitą i megaciekawą mieszanką wybuchową - to dlatego na samym początku napisałam, że nie wiem, czy mogę tę książkę z czystym sumieniem zaklasyfikować jako przewodnik. Jeśli ktoś z moich znajomych będzie wybierał się w Dolomity, na pewno mu ją podrzucę do walizki, ale książkę czyta się też świetnie i bez zabookowanego biletu lotniczego w ręce, rezerwacji na hotel i złotówek wymienionych na euro.

Nie trzeba nawet jeździć na nartach czy desce. Moje Dolomity są małym rajem na ziemi nie tylko w zimie, ale też w lecie - zresztą w jednym sezonie wcale nie trzeba rezygnować z drugiego, w wyższych partiach Dolomitów można szusować po białym puchu przez cały rok. Do tego śliczne, czyste jeziora, nad którymi można wygrzewać się w słońcu, zajadać włoską pastą z serem ricotta i popijać kieliszkiem dobrego wina, a na deser serwować sobie świeże, słodkie figi. Ach, la dolce vita!
Jak widać, wcale nie trzeba się tam wybierać, żeby móc wyobrazić sobie wszystkie te przyjemności.

_______________________________________
Vito Casetti, Agata Jakóbczyk - Moje Dolomity!
Bielsko-Biała 2010
Wydanie I
Stron: 256
Wydawnictwo:


Jednym z tradycyjnych dań kuchni włoskiej, o której piszą autorzy, jest polenta. Bardzo prosta w przygotowaniu, w zasadzie robi się sama - trzeba tylko doglądać i mieszać, żeby się nie przypaliła. Pachnąca miodem i orzechami, na ciepło, jest idealnym wrześniowym śniadaniem. Słodka, z orzeszkami do pochrupania i truskawkami do posmakowania.




Polenta na słodko z truskawkami

Składniki na dwie miseczki:
  • 1 szklanka kaszki kukurydzianej
  • 2,5 szklanki mleka 
  • 3 łyżki miodu
  • szczypta kardamonu
  • szczypta cynamonu
  • 1 szklanka truskawek
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 3 łyżki suszonej żurawiny
Przygotowanie:
1. Orzechy włoskie posiekaj na grube kawałki. Wysyp je na suchą patelnię, upraż na małym ogniu. Gdy lekko się zezłocą i zaczną pachnieć, przesyp je do małej miseczki lub na talerz - nie mogą zostać na patelni, inaczej się przypalą.
2. Do rondelka wlej mleko, wsyp kaszkę kukurydzianą. Dodaj kardamon i cynamon, zamieszaj i niech się powolutku gotuje na małym ogniu.
3. W tym czasie pokrój truskawki na ćwiartki, garść truskawek odłóż do posypania gotowej polenty po wierzchu, resztę dodaj do gotującej się kaszki. Razem z truskawkami dodaj miód i masło orzechowe. Od tej pory masa zacznie gęstnieć, dlatego musisz ją ciągle mieszać.
4. Na końcu, kiedy kaszka uzyska już prawie-prawie konsystencję, jaka będzie ci odpowiadać - ja lubię gęstą - dosyp żurawinę, i uprażone orzechy. Zamieszaj ostatni raz i przełóż do miski. Udekoruj na wierzchu odłożonymi wcześniej truskawkami, możesz także posypać jednym drobno posiekanym orzeszkiem.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.



P.S. Zgaduj zgadula, jaką książkę wezmę na warsztat za niedługo. Ma coś wspólnego z poniższym zdjęciem, ale nie jest to ta książka, która leży obok mojego kapelusza. Ma też coś wspólnego z tematyką dzisiejszej recenzji. Ciekawe, czy zgadniecie, o jaki tytuł mi chodzi :)

(za zdjęcie dziękuję Grumkom)

wtorek, 6 września 2011

Czary-mary o smaku truskawki


Ostatnie w tym roku truskawki - mocno czerwone i słodkie, choć już inaczej niż te czerwcowe.
Lody - kremowe i delikatne, w chrupiącym rożku, topniejące po bokach i skapujące po palcach.
Jak w dzieciństwie.
I dlatego są najpyszniejsze na świecie.

Skapują nie tylko na moje dłonie. O mało co, a dostało by się Pchle. I Słowikowi. Słoniowi Trąbalskiemu trochę też. Wiecie już, o czym mówię? Tak! Sentimental story, czyli powrót do przeszłości.

Siedzę na krześle, przebieram nogami z zadowolenia i mam przed oczami moje wierszyki dzieciństwa. Jasne, Tuwima i Brzechwy było już tyle wydań, że każdy, kto miał się podekscytować cofnięciem w swoje dzieciństwo, już to zrobił. Bo fajnie jest zrobić sobie podróż wstecz, przeczytać, westchnąć, a potem jak zawsze odłożyć na półkę, zanieść z powrotem na strych, zapomnieć na kilka lat albo dać dzieciom, które zrobią z tego użytek na dłużej. Ale ja mam dzisiaj inaczej. Ja "mojego" Brzechwy, "mojego" Tuwima i od niedawna "mojej" Frączek nie chcę już zamykać w pudle.


Bo wreszcie trafiłam na wydanie, którego ani myślę się pozbywać. Oczarowało mnie totalnie: genialne rysunki i całe opracowanie graficzne (Maćka Szymanowicza). Przeurocze detale, szmery-bajery, które uwielbiam, jak numery stron zrobione w formie kolorowych rożków, pomalowane na różne kolory, niektóre linijki wierszy w chmurkach, dymkach, wyjęte ze sztywnego układu i umieszczone na rysunkowych tabliczkach. I okładki po wewnętrznej stronie - zdobione ślicznie: delikatnie, zabawnie.


I wierszyki z dzieciństwa. Moje, których, czytanych przez mamę kilkanaście razy, aż do znudzenia (albo zaśnięcia nad książką - co ciekawe, wcale nie mojego), zdążyłam się jako mała dziewczynka nauczyć na pamięć. Takie rzeczy zostają w głowie.
To niesamowicie miłe uczucie rozłożyć się z tymi, TYMI, książkami na całej szerokości łóżka, wśród śmiesznych rysunków, kolorowych okładek, rymów tak prostych i tak zabawnych, że nie niech się dookoła dzieje co chce, nieważne - bo ja czytam na głos Lokomotywę, dopinguję gapowatego Hilarego w poszukiwaniu swoich okularów i krzywię się na Zosię Samosię. I tylko to jest w tej chwili ważne.

Wierszyki z dzieciństwa są cudne.
A do nich domowe lody truskawkowe w wafelku.
Takie dziecięce czary-mary.


Lody truskawkowe 
jak dawniej, kremowe, i w rożku, żeby skapywały po palcach
(przepis siostrzany)

Składniki:
  • 2 duże jaja
  • 12 dkg cukru pudru
  • 300 ml śmietany kremówki 36 %
  • 150 g świeżych truskawek
  • masło do podsmażenia truskawek
  • 100 g mascarpone
Przygotowanie:
Białka ubić na sztywno, dodać połowę cukru i dalej ubijać do otrzymania lśniącej masy. W drugiej misce utrzeć żółtka z resztą cukru. W trzeciej misce ubić na sztywno śmietanę. Truskawki pokrojone w ćwiartki podsmażyć na maśle. Ostudzić i wymieszać z masą powstałą z żółtek, białek, kremówki i mascarpone. Masę przełożyć do pojemnika, przykryć folią przezroczystą. Mrozić około 5 godzin. W tym czasie dobrze jest wyciągać lody co godzinę i mieszać je łyżką, łopatką lub mikserem na małych obrotach - dzięki temu lody będą gładkie i kremowe, nie powstaną na nich kryształki lodu. Wyjąć z zamrażalnika 10 minut przed podaniem, aby lody dały się formować.
Są pyszne!

Jan Brzechwa, Pchła Szachrajka
Julian Tuwim, Wiersze dla dzieci
(obie książki wydane przez Wilgę, w Platynowej kolekcji)


ZamknijZamknij   Zamknij
(o książkach wcześniej)

piątek, 2 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - Dieta albo cud

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! I kolejny (po zeszłotygodniowym) poradnik. Zazwyczaj nie sięgam po poradniki, tym bardziej związane z dietami, ale dla tego zrobiłam wyjątek. Dla tego było warto. 
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.



Cudów nie ma. Jest za to milion diet, w których można się pogubić. I wreszcie ich pierwszy rzetelny ranking. A czy ty wiesz co jesz?


Mam alergię na diety. Na samo słowo "odchudzanie" dostaję klasycznych objawów: kicham, prycham, przewracam oczami, wreszcie odwracam się na pięcie i czmycham gdzie pieprz rośnie, byle tylko wyjść z dietetycznego pola rażenia. Bo diety (DIETY!) są wielkie, głodne, stoją nad Bogu winnym człowiekiem ze znakiem zakazu, na którym czerwoną farbą wymalowane jest "nie wolno ci!". I odbierają to, co najlepsze.

Z podobnego założenia wyszli autorzy książki. Dieta albo cud podzielona jest na dwie części. Pierwsza to obszerny ranking diet i poradników dietetycznych, które można znaleźć w polskich sklepach oraz które robią co pewien czas mniejszą lub większą furorę wśród chcących wrzucić kilka kilogramów. Polubiłam te tabelki. Są rzetelne - na ocenę końcową każdej diety składa się wiele czynników, jak np. zdrowotność, urozmaicenie, łatwość przygotowania, koszt diety, dostępność produktów czy występowanie efektu jo-jo. Bo co z tego, że są diety, które na krótką metę działają świetne, -5 kg mniej w tydzień, jeśli równocześnie sieją w organizmie takie spustoszenie, że gdyby odchudzający się byli świadomi wszystkich konsekwencji, przez myśl by im nie przeszło stosowanie niektórych z nich (np. diety Kwaśniewskiego, kopenhaskiej albo niestety, modnej ostatnio diety Dukana).


W drugiej części książki znajduje się przewodnik po produktach spożywczych - tych, które są w naszej diecie mile widziane oraz całej reszty, która już niekoniecznie powinna się w niej znaleźć. Nie ma cudów. Są za to proste tłumaczenia jak działa nasz organizm, kiedy ładujemy w niego więcej, niż tak naprawdę potrzebuje. Autorzy starają się obrazowo pokazać, co się dzieje, gdy spożywamy różne produkty: jajka, warzywa, mięso. Ogromny osobisty plus daje za to, że nikt mi tu nie mówi Pij mleko - będziesz wielki - ani Pij mleko - będziesz mały (bo połamią ci się kości). Wszystko wytłumaczone zwykłym, zrozumiałym językiem. I mnóstwo ciekawostek: jak hoduje się truskawki w zimie i dlaczego choćby nie wiem jak czerwone były, nigdy nie będą słodkie? Czym spulchnia się serki do smarowania pieczywa, by były lekkie jak chmurki? Dlaczego producenci tabletek na odchudzanie nie podają na opakowaniu pełnego składu oraz dlaczego pijąc kawę uzyskamy taki sam lub nawet lepszy efekt jakbyśmy łykali tabletki na odchudzanie? I wreszcie, jak to możliwe, że osoby uczulone na laktozę, czyli nie trawiące mleka, mogą zajadać się jogurtami, serami, pić maślanki i kefiry bez żadnych negatywnych konsekwencji?



Jedyną rzeczą, która mi się nie podoba, są zdjęcia. Sponsorami książki były m.in. Piątnica, DeLonghi, Kenwood czy Coca Cola. Fotografie to bardziej lub mniej siermiężny product placement: na zdjęciu z sokiem nalewanym do szklanki w tle stoi obowiązkowo karton z logo firmy i napisem Cała pomarańcza. Ilustracją wody jest ładna modelka leżąca na ręczniku i postawiona tuż obok jej głowy butelka wody mineralnej - ustawionej tak, żeby było widać cały napis i logo firmy. Jeśli fotografia chipsów, to z dipami, zmiksowanymi w blenderze marki X, z wyeksponowanym znakiem firmowym, żeby przypadkiem czytelnik go nie przeoczył. Taka reklama mnie razi. Mam wrażenie, że robi się ze mnie głupiego czytelnika, któremu jak nie pokażę się dosadnie palcem: patrz tu!, to nie zobaczy. Wręcz przeciwnie, zobaczy i tylko go to zdenerwuje.

Poza tym, biorąc pod uwagę, że książka ma być utrzymana w zdrowym klimacie, Coca Cola w sponsorach mi tu jakby nie pasuje. Tak, wiem, wypuszcza na rynek wodę (Kroplę Beskidu). Ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorzy książki doskonale zdawali sobie sprawę z tej niekonsekwencji i wybrnęli z tego dość sprytnie: pomijając omówienie napojów gazowanych w drugiej części książki. Owszem, dokładnie omówili wody smakowe, soki i napoje, kawę, herbatę, nawet napoje izotoniczne i energetyzujące. Ale bąbelków brak.

__________________________
Dieta albo cud (praca zbiorowa)
Warszawa 2011
Wydanie I
Stron: 220
Wydawnictwo:
Pro-Test
__________________________


Jak napisałam wcześniej, nie lubię diet. Ale dziś zrobiłam wyjątek. Zaaplikowałam sobie swoją własną dietę, opracowaną według najwyższych standardów i z zachowaniem odpowiednich proporcji składników odżywczych do dobrego samopoczucia: dietę czekoladową! Żadnej innej nie wyznaję :) 

Banoffee, czyli połączenie banana i toffee w jednej tarcie. Na kruchym spodzie, z samodzielnie zrobioną czekoladową masą kajmakową (aj!), plasterkami bananów lekko zanurzonych w czekoladzie, wysoką, puszystą chmurką z ubitej śmietany i zawijaskami ze startej gorzkiej czekolady. Rozpusta, magia, czekoladowe czary-mary - wszystko w jednym kawałku.
Py-cha!



Tarta banoffee
(inspiracja przepisem Kini)
  • 200 g mąki pszennej
  • szczypta soli
  • 120 g masła
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżeczki zimnej wody
  • 1 i 1/2 szklanki śmietanki kremówki (30% lub 36%)
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 1/2 tabliczki mlecznej czekolady
  • 500 ml dobrze schłodzonej śmietanki kremówki (oprócz tej, która wcześniej)
  • 3-4 duże banany
  • sok z 1 cytryny
  • 1 opakowanie fixu do śmietany (żeby była sztywniejsza)
  • starta na tarce gorzka czekolada - do dekoracji
Przygotowanie:
Zrób kruche ciasto. Zacznij od przesiania mąki i soli do dużej miski. Dodaj pokrojone na małe kawałki masło. Bardzo delikatnie i równomiernie wcieraj masło w mąkę, aż całość zacznie przypominać kruszonkę. Dodaj żółtko, dalej zagniataj. Jeśli ciasto będzie za suche i będzie się rozsypywać, dodawaj po odrobinie wody, dopóki nie zacznie tworzyć zwartej, elastycznej kulki. Gotowe ciasto owiń w folię i schowaj na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wyciągnij, rozwałkuj na podsypanej mąka stolnicy lub blacie na średniej grubości placek. Formę wysmaruj masłem. Przełóż do niej ciasto i wylep nim dokładnie spód i brzegi formy. Podziurkuj ciasto widelcem. Przykryj tartę kawałkiem papieru do pieczenia lub pergaminu, wysyp na niego suchą fasolę (dla obciążenia, żeby w piekarniku ciasto się nie wybrzuszyło). Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C i piecz 15 minut. Po tym czasie wyciągnij, ściągnij z wierzchu pergamin i fasole, wstaw do piekarnika jeszcze na 5-10 minut. Wyciągnij, odłóż do całkowitego ostudzenia. 
Przygotuj czekoladową masę kajmakową: 1 i 1/2 szklanki kremówki wymieszaj z cukrem i gotuj na niedużym ogniu przez ok. 40 minut. Należy pamiętać o tym, żeby masę od czasu do czasu mieszać. Gdy masa zgęstnieje, zdejmij z ognia, dodaj 100 g czekolady i wymieszać aż do całkowitego jej rozpuszczenia. Masę czekoladową wyłóż na kruche ciasto, zostaw do ostygnięcia (musi być chłodna, inaczej bita śmietana na wierzchu się stopi).


Banany obierz ze skórki, pokrój na talarki, skrop sokiem z cytryny (dobry patent - obierać po jednym bananie i plasterki moczyć kilkanaście sekund w soku). Banany poukładaj na wierzchu czekolady. 
500 ml schłodzonej kremówki ubij na sztywno, dodając na koniec fix do śmietany. Wyłóż na banany i posyp startą gorzką czekoladą. 


I już, smacznego!



Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.
Related Posts with Thumbnails