(i wszystkiego najlepszego z okazji Światowego Dnia Książki, który jest dzisiaj!)
sobota, 23 kwietnia 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Wielkanoc, volume 2. Mazurek kajmakowy
Z czterociastowego ambitnego planu, odpadło jedno. Nie będzie paschy. Ale ale, będzie dużo innych wielkanocnych dobrodziejstw. Dziś mazurek, jutro zabieram się za sernik. Mazurek został w połowie objedzony zanim się do niego dorwałam z własnym talerzykiem i nie ma opcji, żeby dotrzymał do świąt. Ze wczorajszej babki został zgrabny pięciocentymetrowy pasek ciasta. Będziemy siedzieć po serniku. Zaprę się i nie dam. Będę bronić rekami i nogami i sio od niego aż do soboty.
No bo co, co chwilę, nie cytroląc się, ktoś wychodzi z kuchni z kawałkiem mazurka w łapie. Już nawet nie żeby sobie cichcem przemykać - przedświąteczne podjadanie odchodzi bez ceregieli. Jak raz w życiu chciałam upiec ciasta wcześniej: żeby sobie później w spokoju wysprzątać, odpocząć, poczytać to i owo z kubkiem herbaty i kawałkiem ciasta w ręce - tak nonieno, nie da się. Pa pa moje ciastko do herbaty i książki.
ACZkolwiek, mój system wcale nie jest taki zły. Po prostu za rok muszę te ciasta gdzieś przemyślnie zchomikować na dwa dni - i jeszcze tak, żeby były świeże, ale to przy odrobinie inwencji da się zrobić.
Opracowałam fajną sztuczkę na kruche ciasto - żeby było jak najkruchsze, ale bez rozpadania się na kawałki. Zamiast jajka, jak zwykle robię, dodałam dwa żółtka - bo one dają kruchość - i wyszło superdelikatne, warstwowe ciasto - jak półfrancuskie. Ważny jest też cukier puder - ciasto ma być gładkie, bez małych kryształków cukru. Nie wiem czy ciasto można ochrzcić mianem czadowego, ale jeśli można, to takie właśnie to jest. Wymyśliłam sobie mazurek z kajmakiem. Ale kajmak jest wściekle słodki - dobrze by to czymś kwaśniejszym przełamać, żeby się nie zacukrzyć na amen. Dżem więc. Lekko kwaśny, malinowy. Na niego ciach, masa kajmakowa i na wierzchu robótki ręczne.
Mazurek kajmakowy
Składniki:
ciasto:
- 200 g mąki
- 100 g schłodzonego masła
- 50 g cukru pudru
- 2 żółtka
- szczypta soli
- odrobina zimnej wody
na wierzch:
- kajmak - 3 opcje: albo robimy sami z cukru, mleka, masła, śmietanki i żółtek, ale że takiego nie robiłam, więc drugie albo: puszka słodzonego mleka skondensowanego i podgrzewamy przez 2-3 godziny, czego też nie robiłam, albo: kupujemy gotową masę kajmakową w sklepie (sprzedawane zazwyczaj w małych puszkach)
- lekko kwaskowaty dżem (u mnie malinowy, tylko ważne, żeby nie był za słodki)
- bakalie na wierzch - u mnie: orzechy, żurawina, pestki dyni i słonecznika, rodzynki, prażony amarantus
Przygotowanie:
Usyp kopczyk z mąki, cukru pudru i soli, wbij do środka dwa żółtka i pokrojone na małe kawałki masło. Wymieszaj wszystko rękami, zagniatając masło z mąką jak na zacierki. Powinno ci wyjść coś przypominającego kruszonkę. Jeśli ciasto nie klei się w zwartą kulę (a prawdopodobnie tak będzie), dolej odrobinę wody, powiedzmy łyżeczkę i spróbuj zagnieść. Jeśli za mało, znowu dolej odrobinę i zagnieć. Ciastową kulę owiń folią i schowaj do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wyjmij, posyp blat mąką i rozwałkuj ciasto na kształt prostokąta. Zagnieć na bokach brzegi z ciasta - na ok. 1 - 1,5 cm.
Przenieś prostokątny placek na blachę wysmarowaną masłem i wyłożoną papierem do pieczenia. Potykaj je widelcem, robiąc w nim dziurki (inaczej ciasto podczas pieczenia się wybrzuszy). Na wierzch wyłóż dżem i rozsmaruj równą warstwą.
Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C na 20-25 minut, aż brzegi się nie zezłocą. Dżem na wierzchu będzie bąbelkować.
Wyjmij, porządnie ostudź i rozsmaruj na wierzchu równą warstwę kajmaku.
Ozdób bakaliami i viola - gotowe!
Emily Craig, Tajemnice wydarte zmarłym
Cytat jest mało hm, trupi, mało może adekwatny do całości, ale nic innego nie nadaje się na cytat. Co nie znaczy, o nie nie!, że książka denna. Po prostu książka ma specyficzną tematykę. Kto pamięta jak pisałam o Sztywniaku Mary Roach, ręka w górę (kto nie pamięta - klik!). Lubię takie dziwności. Ale do rzeczy. Craig jest antropolożką sądową, czyli w wielkim skrócie jeździ na miejsca zbrodni, przed wystawieniem nogi z samochodu już zdąży krzyknąć "niczego nie ruszać, niczego nie dotykać!", po czym bada kości, kończyny ludzkie i zwęglone szczątki, próbując dowiedzieć się, kim była zmarła osoba, jak zginęła, a być może też kto ją zabił. Oczywiście, że jest cały zestaw obrzydliwości, jak co nas zżera, czyli które robaczki robią sobie na nas po śmierci balangę, która część ciała rozkłada się pierwsza i po jakim czasie zostają z nas kosteczki i dlaczego zęby są niezniszczalne. Ale jest też pokazanie pracy antropologa sądowego, no nie oszukujmy się, bądź co bądź lekko stresującego zajęcia, od bardziej ludzkiej strony (ludzkie jest w kontekście tej książki pojęciem wybitnie wielowymiarowym): odwołane randki, bo trzeba jechać zidentyfikować zwłoki, praca ciągiem przez dwie doby, bez zmrużenia oka, bo sprawa jest wyjątkowa i zrywanie się w środku nocy, bo gdzieś znaleziono kości i trzeba je oglądnąć. Czyli taka Doctor G (serial dokumentalny na Discovery, w którym doktor G - patolożka sądowa, badała ciała w swoim laboratorium) w wydaniu książkowym i kostnym. Bo Craig co i rusz przypomina, że jest antropologiem i w związku z tym bada kości - od całej "miękkiej" reszty (mięśnie, skóra, narządy) są anatomopatolodzy. I dobrze, że przypomina, bo dzięki temu jest rzetelnie. I ciekawie. I znowu przeczytałam niezłą książkę. To nie tak, że czytam same dobre, a po złe nie sięgam. I to też nie tak, że co którąś wezmę do reki, bezkrytycznie oceniam ją jako cud miód orzeszki. Wręcz przeciwnie, bardzo krytycznie czytam każdą książkę, wychodząc od pozycji 0, a nie +5. Tylko że ja już zdążyłam naczytać się słabych książek i mam dzięki temu ten komfort, że jak wybieram - to zazwyczaj dobre. Bo już wiem, czego nie lubię. Co mi się na pewno nie spodoba. Który autor mnie zanudzi na śmierć. I uważam, że marnowanie swojego czasu na kiepskie książki jest wyjątkowo bezcelowe. Choć, no tak, zdarza mi się czytać coś słabego. W trzech sytuacjach: bo muszę, np. do egzaminów, bo jest reklamowana jako bestseller, a okazuje się jedną wielką kichą i bo mimo że wiem, że nie warto, to czytam, bo jestem ciekawa czy faktycznie.
No dobrze, więc żeby zachować równowagę, wkrótce napiszę krytycznych słów kilka o pewnej bardzo głośnej książce. A nawet czterech, wszystkich powiązanych, wszystkich na raz.
Wielkanoc, volume 1. Babka makowo-pomarańczowa
Pierwsze wielkanocne tegoroczne ciasto. Uwielbiam mak, a jako że moja WNM - Wielka Nieskończona Miłość - nie zostanie w te święta odwzajemniona makowcem, przemyciłam czarne kropki w babce. Do tego skórka pomarańczowa, zrobić raz dwa, do pieca i za godzinę można wyjmować miękkie, wyrośnięte i pomarańczowo pachnące ciasto. Tak ładnie wyrosło, że odwróceniu i wyjęciu z czerwonej foremki nie da się położyć na płaskim, tylko stoi babka jak statek ufo - taka wybrzuszona z dwóch stron. Puszysta w środku, z przypieczonym wierzchem (po odwróceniu do góry nogami na talerz wierzch przestaje być wierzchem, a staje się podspodem).
babka jest bardzo, bardzo puszysta, mięciutka, nie sucha. Za rok też taką chcę :)
(przepis z zeszłorocznego numeru Kuchni, z moimi zmianami)
Składniki:
- 1/3 szklanki suchego maku
- 1/2 szklanki mleka
- 18 dag miękkiego masła
- 1/2 szklanki cukru
- 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g albo dwa małe po 16 g)
- 3 jajka
- 2 żółtka
- 4 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
- kilka kropli esencji pomarańczowej (nie aromatu - w Polsce jest dość trudno dostępna, można pominąć)
- 1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
- 3 szklanki mąki (u mnie pszenna pełnoziarnista)
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- na wierzch - cukier puder
Przygotowanie:
Mak zalewamy mlekiem i odstawiamy na pół godziny. Ucieramy masło z cukrem, cukrem waniliowym, wanilią i wbijamy po jednym jajku + na koniec żółtka. Gdy masa będzie już gładka, dodajemy skórkę, ewentualnie esencję pomarańczową. Do tego wlewamy sok i mleko z makiem. Jeszcze krótko miksujemy.
Następnie delikatnie łączymy masę z przesianą wraz z proszkiem do pieczenia mąką. Masę przekładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą formy na babkę i pieczemy przez 45-55 minut w 200 stopniach C, do "suchego patyczka". Jeśli po 55 minutach babka nadal wyda się wam niedopieczona, pieczcie jeszcze kilka minut dłużej.
Wyciągamy, studzimy, posypujemy cukrem pudrem już całkowicie wystudzone.
I smacznego :)
Wymyślić tytuł książki, który jest tak uniwersalny, że aż niemożliwe, żeby nie chwycił, nie jest trudno. Pierońsko ciężko jest później obronić ten tytuł środkiem książki. Przykład: Hołownia i jego Bóg. Życie i twórczość - choć hołowniowe, rzetelne, to jednak nie tak - nie z motyką na słońce, nie na 258 stronach. Dlatego jak ktoś już sobie wymodzi w głowie mocny tytuł, a ja przy okazji po to sięgnę, zaczyna się krytyczne czytanie. No bo co, nie przesadza? Nie chce tylko marketingowo zaczepić i mając nadzieje, że znajdzie dużo życiowych ciap, wcisnąć im książki z dobrym tytułem, a pożal-się-boże wnętrzem?
Dariusz Zaborek, Życie. Przewodnik praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu:
Z wywiadu z Jerzym Maksymiukiem (Dominujący Element Furii)
Z wywiadu z Michaliną Wisłocką (Seksualistka)
Wymyślić tytuł książki, który jest tak uniwersalny, że aż niemożliwe, żeby nie chwycił, nie jest trudno. Pierońsko ciężko jest później obronić ten tytuł środkiem książki. Przykład: Hołownia i jego Bóg. Życie i twórczość - choć hołowniowe, rzetelne, to jednak nie tak - nie z motyką na słońce, nie na 258 stronach. Dlatego jak ktoś już sobie wymodzi w głowie mocny tytuł, a ja przy okazji po to sięgnę, zaczyna się krytyczne czytanie. No bo co, nie przesadza? Nie chce tylko marketingowo zaczepić i mając nadzieje, że znajdzie dużo życiowych ciap, wcisnąć im książki z dobrym tytułem, a pożal-się-boże wnętrzem?Hm. Wywiady z Pieczką i Starowieyskim przeczytałam w domu. Wywiady z Czaplińskim, Maksymiukiem, Życińskim i Lengren były autobusowe. Z domu na uczelnię i z powrotem. Wisłocka na przystanku, Fołtyn i Janowska w kawiarni na Brackiej, Bartoszewski na dobranoc do poduszki, Środa na dzień dobry, ale ładny dziś mamy poranek. Jaczewski w kolejce na poczcie, Kałużyński, kiedy czekałam na spóźnialskiego. Życiński, Chrzanowski, Kaczyński (Bogusław) - kiedy ciasto wyrosło w piekarniku. Bardzo (baaardzo) dawno nie miałam w rękach książki, którą tak dobrze mi się czytało - tak, że nawet na przystanku żal mi było dreptać jak zwykle przez cztery minuty w kółko zamiast czytać. Bo chciałam wiedzieć, a kto, a co powiedział. Wywiady są fantastyczne - wybrane rozmowy Zaborka ze znanymi osobami, które ukazywały się (rozmowy, nie osoby) w Dużym Formacie. Już pomijając, że DF nie puści nudnego wywiadu, Zaborek zrobił kupę dobrej roboty. Te rozmowy sobie płyną, swobodnie, jakoś bez wysiłku, bez krępującej cichy.
Mądrze jest czytać mądrych ludzi. Z poczuciem, że a w nosie mam, że nie mam czasu. Że powinnam brnąć teraz przez kilka książek i tekstów do czerwcowej sesji. Kiedy ja chce czytać po swojemu, właśnie to.
etykiety:
bakalie,
ciasto,
gałka muszkatołowa,
mak,
owoce,
pomarańcze,
skórka pomarańczowa,
sok pomarańczowy,
ucierane,
wanilia,
wielkanoc
wtorek, 19 kwietnia 2011
Przedwielkanocne, najdomowsze
Ostatnie przedwielkanocne wypieki. Zaczyna się skromnie, małymi. Mam słabość do takich ciastek. W dodatku w szufladzie na słodkości znalazłam mnóstwo bakalii. Tak mnóstwo, że w dodatku i na sernik starczy, i na paschę. I jeszcze zostanie. Środowy plan działania uwzględnia jeszcze babkę - a jaką, to niech będzie wielkanocną kinder neispodzianką.
Pieguski nakrapiane czekoladą, w czarno-czerwone ciapki: rodzynki i żurawina. Takie typowe domowe ciastka. Które pieką się w odstępach an dużej blaszce, rumienią się na wierzchu, a potem pachną waniliowo i przyjemnie chrupią w zębach. Najprostsze, najszybsze i najdomowsze. Jak ostygną, pach! do puszki, żeby były długo świeże. Puszka stoi w kuchni na blacie i co chwile ktoś przychodzi i podwędza po jednym. Blaszana pokrywka tylko co chwilę brzdęka.
Takie mam miłe skojarzenia z weekendami. (Tak, wiem, że jest wtorek i weekend lata świetlne za nami). Bo niedziele są leniwe, powolne, z czasem na popołudniowe pieczenie ciastek. Trochę poczytać, trochę pogotować i posiedzieć sobie razem. Nie, żeby w tym czasie odchodziły jakieś intelektualne, mocnożyciowe rozmowy. My tylko razem czytamy. Każdy swoje, ale razem.
Pieguski na niedzielne popołudnie
Składniki:
- 150 g masła
- 140 g cukru
- 1 łyżka cukru waniliowego
- 1 jajko + 1 żółtko
- 230 g mąki
- 30g mąki ziemniaczanej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 tabliczka ulubionej czekolady, posiekanej na mniejsze kawałki
- duża garść rodzynek
- duża garść żurawiny
- duża garść fistaszków
- 2 łyżki płatków kokosowych (kryzysowo mogą być wiórki)
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C.
Ubij masło z cukrem zwykłym i waniliowym na puszysty, jasnożółty krem. Dodaj jajko i żółtko, mąkę i proszek do pieczenia. Na końcu wrzuć czekolade i wszystkie bakalie: w moim przypadku żurawinę, rodzynki, orzechy i płatki kokosowe (możesz zrobić swój miks i powrzucać co tylko dusza zapragnie). Wymieszaj na jednolita masę. Ciasto włóz na pół godziny do lodówki. Po tym czasie odrywaj z niego po kawałku i formuj w dłoniach kulki. Jeśli chcesz małe ciasta, jak moje, utaczaj w dłoniach kulki wielkości orzecha włsokiego. Jesli chcesz większe - weź więcej ciasta i po ułożeniu ciastek na blasze (wczesniej wysmarowanej masłem), lekko je spłaszczaj. Pamietaj o zachowaniu odstępów! Ciasta niewiele, ale urosną w piekarniku. Piecz 12-15 minut, wyjmij, lekko przestudź, zdjemij z blachy na kratkę kuchenną albo talerzyk do całkowitego ostudzenia.
Eric Emmanuel Schmitt, Tektonika uczuć
(o książce pisałam wcześniej TU - klik!)
sobota, 16 kwietnia 2011
Hej, blondi!
Jak jest brownie, to i blondie. Ale miałam na to ciasto ochotę! O ile przy brownie oczywistą niedyskutowalnością jest, że trzeba dodać do niego mnóstwo dobrej czekolady, o tyle blondie nie ma żadnych "musi być", żeby było jaśniejszą wersją czekoladowego kwadracika. Czyli: róbta co chceta, wrzucaj co masz.
Małe, kwadratowe, z jabłkami. Marzec i kwiecień skąpią owoców: na kleparzu jeszcze się nie zaczerwieniło od truskawek (a jeśli się czerwieni, to nieśmiało i raczej z napsikanymi na wierzch różnymi brzydalami spożywczymi), a już ciężko znaleźć dobre pomarańcze. Są kiwi i banany, czyli owoce pełnoroczne. W ich przypadku wyrażenie "sezon na" nie funkcjonuje. Są przez cały rok, z małymi okresami, kiedy jest albo dobre kiwi, albo lepsze kiwi. Niżej niż dobre nie schodzi. A więc - do czego zmierzam - jest sam środek takiego antyowocowego sezonu i trzeba wykorzystać, co jest. Są jabłka, a w słoikach na blacie dodatkowo orzechy i daktyle. Daktyle słodzą, orzechy chrupią, a jabłka - jabłka wiadomo. Są dobre i już.
Wiosennie odświeżam sobie półki. Jedni zabierają się za wiosenne porządki (mały wtrąt: zawsze fascynowała mnie idea wielkiego sprzątania przed świętami - czy przed świętami faktycznie jest brudniej, że trzeba się bardziej nalatać z puszkiem na kiju i wciągorurą od odkurzacza?), drudzy za siebie samych, bo na wiosnę to już wypada (dieta, dieta jak nic - od jutra, od poniedziałku, od następnego miesiąca). A ja w ramach Projektu Wiosna przywlekłam do domu świeże książki. Jest sam środek trwającego już od środy Światowego Tygodnia Książki (13-19 kwietnia 2011), trzy dni przerwy i następne świętowanko - Światowy Dzień Książki, w sobotę 23 kwietnia. Nie miałabym nic przeciwko całemu miesiącowi z książką. Albo kwartałowi. Albo rokowi. Chociaż rok książki właściwie można zrobić sobie samemu, nie potrzeba do tego specjalnie organizowanych obchodów. Wystarczy czytać.
Blondie z jabłkami, orzechami i daktylami
Składniki:
- 120 g miękkiego masła
- 150 g cukru
- 2 duże jajka, lekko ubite
- 1 łyżka cukru waniliowego
- 250 g mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 duże jabłko, obrane, z wyciętym gniazdem nasiennym, pokrojone w kostkę
- pół szklanki z grubsza posiekanych orzechów włoskich
- 10 suszonych daktyli, pokrojonych na mniejsze kawałki
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Wysmaruj średniej wielkości blachę masłem (u mnie 20x30cm).
Wrzuć do miski masło, dodaj cukier (zwykły i waniliowy) i dokładnie ubij mikserem na puszystą, jasnożółtą masę. Ciągle ubijając, wbij oba jajka. I to by było na tyle używania miksera. Do masy przesiej mąkę z proszkiem do pieczenia, wrzuć pokrojone jabłka, daktyle i orzechy. Wymieszaj szeroką łyżką albo szpatułką do ciasta, przełóż na blachę i włóż do piekarnika na 50-55 minut. Piecz, dopóki patyczek wbity w ciasto i z niego wyjęty nie będzie suchy.
Eric Emmanuel Schmitt, Tektonika uczuć
No dobrze, zdaję sobie sprawę, że czwarty raz wywlekam książkę tego samego autora, ale, uch, ja go lubię. Jak dotąd razem z nim lubię jego każda książkę. Przeczytałam kilka, a mam zapędy na przeczytanie wszystkich. Tym większa przyjemność, że są cudnie wydane (brawo wydawnictwo Znak) - prosto ilustrowane okładki z pojedynczymi obrazkami, nieprzeładowane graficznie. Idąc tym tropem, tak samo jest w środku. Nie banalnie, a prosto. Nie zagmatwanie, a ciekawie. Schmitt ma swój charakterystyczny styl i biorąc pod uwagę, że tym stylem pisze już trzynastą książkę, prawdopodobieństwo, że zacznie się po prostu powtarzać powoli sobie wzrasta. A on jednak nie pisze tego samego. Przy całym jego uwielbieniu dla roztrząsania miłości na milion trzysta sposobów, nuda mi do niego w ogóle nie pasuje. Tektonika uczuć jest moją książką kanapową - sobotnie przedpołudnie, cyk cyk słonko, ciastko, święty spokój. Trochę na poważnie, trochę na śmiesznie, trochę do zastanowienia. I tak jest w książkach pana Francuza, na podstawie których powstają kolejne sztuki teatralne i który jest tak pogodny, że nawet jak się nie uśmiecha, to się uśmiecha.

















