• RSS

sobota, 11 grudnia 2010

Kruche budyniowe rożki z orzechami


Zostałam przed chwila uraczona niezwykle pointującą pointą. Nie pamiętam jaki był sens, czy chodziło o problemy, czy o moje teorie na temat zarazków. W każdym razie poszło przez telefon tak: "...są ogromne jak zaspy na drodze, jak góry w górach!" Niemal widziałam zasępioną minę aforysty z filozoficznym wyrazem twarzy po zobrazowaniu jak wielka jest góra w górach.

To chyba ostatnie niepernikowe ciastka przed świętami. Od jutra pierniki znowu przyatakują. Będzie ładnie pachnieć miodem, cynamonem, goździkami... Ale to jutro. Dziś na czekoladowo. Dodanie budyniu do ciastek sprawia, że robią się niesamowicie kruche. Ja zamiast kupowania gotowego budyniu w proszku wolę zastąpić go mąką ziemniaczaną i dobrym kakao. Mąka ziemniaczana to podstawa budyniów w proszku - poza nimi w torebce instant znajdziecie niekoniecznie potrzebne wam składniki, jak substancję przeciwzbrylającą, poprawiającą smak, sztuczne słodziki zamiast naturalnych substancji - bo ich nie da się sprasować na proszek. Dodanie mąki ziemniaczanej i kakao daje ten sam efekt kruchości, a smak jest lepszy (do budyniu w torebkach nie dodaje się kakao, bo jest za drogie, a substancję o smaku czekoladowym).



Kruche budyniowe rożki z orzechami

Składniki na ok. 40 ciasteczek:
  • 180 g mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 120 g miękkiego masła
  • 70 g brązowego cukru
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka kakao
  • 50 g drobno posiekanych orzechów włoskich (lub migdałów)
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki mleka
  • pół tabliczki ciemnej czekolady - na polewę


Przygotowanie:
Do dużej miski wsyp wszystkie składniki i dokładnie wymieszaj. Powstanie ci masa, z której będzie można odrywać kawałki ciasta i formować w dłoniach rożki. W piekarniku lekko urosną, więc formuj je tak, żeby były w środku nieco grubsze niż na końcówkach, które zawijaj ku środkowi. Układaj rożki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 st. C na 12-14 minut. Przed wstawieniem ciastek do piekarnika, niczym ich nie smaruj po wierzchu. Po wyjęciu i wystudzeniu, część rożków możesz posypać cukrem pudrem lub do połowy zanurzyć w roztopionej w kąpieli wodnej czekoladzie.

Nie ma sprawy Córeczko, wywiad Grzegorza Sroczyńskiego z Agatą Passent
wyborcza 26.11.2010

piątek, 10 grudnia 2010

Drożdżowa zima po mojemu


Grudzień jest leniwy, zauważyliście? Cały taki pozytywnie rozmemłany. W grudniu rezerwuje się czas na przyjemności: prezenty, ozdabianie domu, przygotowywanie się do świąt, bawienie się piernikami. Potem święta (kiedy wszyscy życzą ci świętego spokoju). Po świętach - okres wyjęty z życia, w zasadzie nie wiadomo co się z nim dzieje, gdzieś tak sobie beztrosko przelatuje. I sylwester - tak, tu też się bawimy. Nowy rok, wiadomo, leniwy być musi z założenia, na przepitolenie połowy dnia (pierwszą połowę wcięło odsypianie) włócząc się po domu w szlafroku (jak już się w ogóle zdecyduje wstać z łóżka). Drugiego się może ewentualnie wypadało zebrać, ale tak jakoś nie wypada. Za szybko. Więc trzeciego stycznia, jak już nie ma zmiłuj i siła wyższa niezależna zagania gdzie trzeba, następuje pełny spin i idziemy.


Ale ale, wróćmy do grudnia. Grudzień jest fajny. Kupuje się lampeczki, bombeczki, aniołki, zupełnie mając w nosie, że to już tysiąc pięćsetka bombeczka do powieszenia na choince i robi się komplet zupełnie od czapy, gdzie każde świecidełko na choince żyje własnym życiem. Wyciąga się wszystko, co czerwone, w kształcie gwiazdki i ma na sobie renifera. Herbatę wymienia się na taką z cynamonem i jabłkiem, w sklepach zalew jogurtów o smaku cynamonu, domowego piernika i świąt (wcale się nie zdziwię, jak taki wyprodukują - widziałam już kisiel i czekoladę o smaku świąt). W sklepach przedświąteczny armagedon. A ja siedzę sobie w domu, skręcam śnieżynki, owijam lampki dookoła okna, cierpliwie wykrajam i ozdabiam pierniki.
Stukam sobie w klawiaturę z termoforem na kolanach, popijam czwartą herbatę z półlitrowego kubka z reniferami, które między swoimi rogami (fachowa nazwa: porożem) mają rozpięty sznurek z pakunkami, odsłuchuję w kółko jednej świątecznej piosenki, która - jak się zastanowić - ma tekst tak mało błyskotliwy, że jest idealna, żeby sobie przy niej wyłączyć mózg (tekst do niej jest tu). 
Przy okazji przegmerania youtuba znalazłam świąteczną perełkę - kto am ochotę popłakać się ze śmiechu, zapraszam tu - klik! Koniecznie z tekstem - przeczytajcie, to jest drugi powód do zaniesienia się łzami ze śmiechu :)


Ciasto drożdżowe - najprostsze i jak dotąd najbardziej puszyste jakie jadłam. Delikatne i puchate. Przepis, a jakże - jak najprostszy to babci, z czarnego zeszytu, upapranego i utytłanego z ciasta, oleju, cukru, pachnącego od tego wszystkiego tak cudownie, że tylko siedzieć z nosem przy kartkach i wąchać. Rozlatującego się, z powyrywanymi kartkami i strzępkami przepisów. A trzyma się, elegancko, na dwóch gumkach recepturkach, którymi jest owinięty. W życiu nie widziałam lepszej metody :)
Ciasto można zrobić samo, z kruszonką (nie żałujcie jej!). Można też dorzucić rodzynki, migdały na wierzch, żurawinę. Jest idealną bazą letniego ciasta z owocami i zimowej szarlotki. 


Ciasto drożdżowe z kruszonką (przepis z babcinego zeszytu)

Składniki:
  • 350 g mąki
  • 10 g drożdży świeżych
  • pół szklanki lekko ciepłego (nie gorącego!) mleka (jakieś 125 ml)
  • 50 g cukru
  • 2 łyżki cukru waniliowego
  • 40 g roztopionego masła
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • rozmemłane jajko do posmarowania
  • na kruszonkę: równe części mąki, chłodnego masła i cukru pudru, ja dałam po 200 g 

Przygotowanie:
Drożdże rozkrusz palcami do miseczki, zalej czterema łyżkami ciepłego mleka (bardziej letnim niż gorącym), dodaj łyżeczkę cukru i wymieszaj. Zostaw na kilka minut. Na blat (albo do dużej miski) przesiej mąkę. Usyp w kopczyk, pośrodku zrób wgłębienie. Wlej zaczyn drożdżowy, delikatnie wymieszaj, po czym stopniowo dodaj wszystkie pozostałe składniki: jajka, resztę cukru i mleka, masło, cukier waniliowy, na koniec szczyptę soli. Wszystko to wymieszaj i zagnieć na gładkie, elastyczne ciasto. Nie żałuj czasu na wyrabianie - ugniatając ciasto sprawiasz, że drożdże zaczynają pracować i lepiej łączą się z reszta składników (mam dobrą metodę - albo wesoło sobie wtedy peplam na zestawie słuchawkowym przez telefon, albo włączam coś w telewizji i przy okazji ugniatam - nie zajmuje mi t dłużej niż 10-15 minut). Pozostaw na ok. 2 godziny do wyrośnięcia, w ciepłym miejscu, przykryte ściereczką.
W tym czasie możesz zrobić kruszonkę: wszystkie składniki połącz ze sobą i zagniataj jak na kruche ciasto - najpierw powstaną ci okruszki, potem kruszonka, pod wpływem ciepła twoich rąk, zacznie zagniatać się w całość. Gdyby ciasto było jednak jeszcze za sypkie - dodaj odrobinę masła. Jeśli na bardzo rozlazłe - mąki lub cukru. Gotową kruszonkę owiń w folię i wpakuj do lodówki.
Wyrośnięte ciasto przełóż z powrotem na blat, wyrób i "potłucz" pięściami w ciasto, żeby pozbyć się z niego nadmiaru powietrza. Znowu przykryj ściereczka i odstaw, żeby jeszcze podrosło (u mnie ok. godziny). Podłużną formę wysmaruj masłem i wysyp bułką tartą. Jeśli zobaczysz, że ciasto mieści się do niej na styk - nie ryzykuj, podziel ciasto na dwie formy (inaczej podczas pieczenia ciasto tak wyrośnie, że wyleci z formy). Ciasto już w formach posmaruj rozmemłanym jajkiem i obficie posyp kruszonką. 
Piecz w 180 st. C przez około 35-40 minut.




Paul Arden, Cokolwiek myślisz pomyśl odwrotnie
(o książce pisałam już tu - klik!)

środa, 8 grudnia 2010

Shortbread - dla ulubionego


Uwielbiam go. Niesamowicie kruchy i delikatny. Z tych, co to rozpływają się w ustach - dosłownie, choć brzmi to nadzwyczaj wytarcie i banalnie. A, co tam. Niech sobie pobrzmi. Jest pysznie. A było tak...


Była Oliwka, była Bracka w Krakowie i był Grzesiu Turnau, zupełnym przypadkiem. Tylko na Brackiej nie padał deszcz, a śnieg (kto nie zna - koniecznie! - klik). Niesamowicie magiczne spotkanie, ciepłe i wesołe. I prezent-zawiniątko. Ulubione! W drodze do domu przypomniałam sobie o nim. Zjadłam i zechciałam jeszcze. Zrobiłam całą blaszkę: część dla mnie, część dla zielonego mikołaja. Tego ulubionego, z którym wymieniliśmy się prezentami w poniedziałek. Przepis jest świetny, shortbread wychodzi dokładnie taki, jak ma być. A ma być blady, nie zrumieniony. To jedno z tych ciastek, które przeczy prawu "wyjmij jak będzie złociste". W tym przypadku złocisty = spalony. Najlepiej piec dokładnie tyle, ile jest w przepisie. Bo i metoda na oko, i na patyczek, i na kolor zawodzą.  





Przepis oliwkowy (za który jej przeogromnie dziękuję!).

Składniki:

  • 100 g cukru pudru
  • 200 g mąki
  • 100 g mąki kukurydzianej (użyłam skrobi, ale myślę, że mąka też będzie ok)
  • 300 g miękkiego masła
  • ziarenka z 1 laski wanilii

Przygotowanie:
Piekarnik nagrzej do 160 st. C.
W misce wymieszaj cukier puder, mąkę, mąkę kukurydzianą. Laskę wanilii przetnij wzdłuż i małym nożykiem wyjmij ziarenka. Do suchych składników dodaj masło, ziarenka wanilii i wymieszaj mikserem. Miksuj tak długo, aż z ciasta zacznie formować się kula. (Bez sensu. Nie wychodzi, a człowiek się denerwuje. Najlepiej wszystko lekko zmiksować do utworzenia "okruchów", a następnie wymieszać dłońmi - od ich ciepła masło łatwiej połączy się z mąką). Ciasto przełóż do podłużnej blaszki. Palcami lub łyżką dociśnij do dna blaszki wyłożonej papierem do pieczenia. (Warto ręce zwilżyć lekko, wtedy pójdzie łatwiej).
Przed wsadzeniem do piekarnika pokrój ciasto na paluszki i każdy paluszek ponakłuwaj małym widelcem, aby utworzyć "wzorek". Piecz przez ok 20-35 min, aż ciasteczka nabiorą delikatnie złocistego koloru. Mają być dość jasne, ale nie białe. Po wyjęciu z piekarnika studź przez 10 min, a następnie pokrój w paluszki lub kwadraty - według wcześniej wyznaczonych linii (które zresztą znacząco zanikną).




Katarzyna Kolenda-Zaleska, Nie masz obrazka - nie masz nic, w Biblii dziennikarstwa
(o książce pisałam już tutaj: klik!)

niedziela, 5 grudnia 2010

Dziennikarskie. Mediatorowe. Miękkie pierniki


Nie wiem jak to działa, ale te pierniczki, które posmarowałam jajkiem przed pieczeniem, po upieczeniu i poddaniu ich zmiękczaniu jabłkiem (wkłada się pierniki do metalowej puszki z kawałkami jabłka - i jabłko zmiękcza pierniki) poddały się bez walki i zrobiły się fajnie sprężyste. Te natomiast, których nie posmarowałam, pozostały niewzruszone. Może trzeba trzymać je w tej puszcze z jabłkiem dłużej? Tak na logikę - tak, chyba tak do działa. Ja trzymała je tylko jeden dzień, więcej czasu nie dostałam - trzeba było zanieść ciastka na mediatory (co to mediatory, dowiecie się tutaj: klik!). Najpierw ogrom przygotowań, chodzenie, liczenie, układanie w głowie, na papierze, 1500 maili, sprawdzanie, kurczę, źle, to od nowa, bieganie, przesiadywanie na uczelni, próby, próby, próby, przegadywanie, zgadywanie. Zamawianie, drukowanie, pilnowanie, wycinanie, dużo myślenia, pieczenie, wreszcie buch - gala. Dwie godziny i kilka po. I już, i wszystko.
A wcale że bo nie. Bo znowu: chodzenie, liczenie... I odliczanie do tych kolejnych kilku godzin, za rok.

Oczywiście, że użyjcie świątecznych foremek! :) Te zrobił pewien supertata, któremu należą się ukłony do ziemi za pomysł, powyginanie blaszki i zespawanie tego w tak fajne foremki. Pierniczki będą idealne po kilka dniach, kiedy zamkniecie je w metalowej puszce z kawałkami jabłka i cynamonem i pozwolicie dojrzewać i mięknąć. 



Miękkie mediaTORowe pierniczki

Składniki:

  • 3 szklanki mąki
  • 1 szklanka miodu
  • 1/2 szklanki masła
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki mleka
  • 2 bardzo kopiate łyżki kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • przyprawy: ja dałam po 1 łyżeczce zmielonych goździków, kardamonu, gałki muszkatołowej, szczyptę imbiru i - obowiązkowo! - jedna wielka i kopiata łyżka cynamonu


Przygotowanie:
Roztop w rondelku miód i masło. Dodaj do tego przyprawy i kakao i wszystko dokładnie wymieszaj. Odstaw. Przesiej mąkę do dużej miski, dodaj proszek do pieczenia i jajka. Dolej mleko. Do tego zawartość rondelka z miodem i wymerdaj wszystko dokładnie. Zagnieć gładkie ciasto - jeśli będzie bardzo klejące, dodaj odrobinę mąki, aż ciastowa kula będzie taka, że nie będzie kleiła się do rąk. Zawiń w folię i włóż do lodówki na godzinę. Schłodzone ciasto wyciąg, rozwałkuj na ok. 0,3-0,5 cm placek (pierniki urosną w piekarniku) i foremkami wycinaj różne kształty. Ciasto może mieć tendencje do "ściągania się" i tak ma być. Poukładaj pierniczki na blachach wyłożonych papierem do pieczenia, każdy smaruj rozmemłanym jajkiem. Piecz w temperaturze 190 stopni C przez 10-12 minut - jak zobaczysz, że już są zrumienione, wyciągaj. Ostudź i pochowaj je w metalowe puszki dorzucając do środka kawałki jabłka i korę cynamonu. Dzięki jabłku pierniczki zrobią się miękkie (inaczej stwardnieją na kamień, będą nadawały się tylko do maczania w herbacie). Dzięki cynamonowi - będą obłędnie pachnieć.


(na dole po prawej to nie celtyckie krzyże - to mikrofony ;) )

Paul Arden, Cokolwiek myślisz pomyśl odwrotnie


Kupiona dziś, przeczytana dziś, świeżutka. Nówka sztuka. Z dużą ilością obrazków. To książka o korzyściach z podejmowania złych decyzji, myśleniu na opak, iściu pod prąd, robieniu po swojemu. Co by się nie zastanawiać czy tak można, nie można, wypada czy nie. Jak się nie zrobi, to nic nie będzie wiadomo. Może nie wyjdzie. Ale a nuż właśnie  wyjdzie. To jak zakład Pascala - jeśli i tak nie mamy nic do stracenia, to co nam szkodzi? No bo często nie mamy. A nawet przeważnie. No bo co? Dobre imię, reputację, wstyd, że się nie udało, strach, że się nie powiedzie, no co trzyma? Figa z makiem, nic nie trzyma. Myślenie nas stopuje. I właśnie dlatego takie myślenie trzeba wyrzucić do kosza, wyłączyć głowę i wtedy robić. Albo się myśli pozytywnie, albo wcale. I poziom wcale jest idealny - zamiast się zastanawiać, rzucić się na głęboka wodę i robić. Po swojemu, a jakże.

sobota, 4 grudnia 2010

6 tygodni


Tak mnie korci, żeby napisać, że prawdziwe. Prawdziwość pierników wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości tygodni, którą przeleżą w misce, zanim się je upiecze. Jakby przyjąć inne kryterium, prawdziwe są te, które pachną cynamonem albo, do wyboru: są kruche, wiszą na choince, są polukrowane, są w kształcie gwiazdek. Co komu pasuje. Na moje własne potrzeby, niech prawdziwe tym razem będą leżakujące.


No i buch, zaczęło się. Białe sypie z nieba (na zmianę z podwiewaniem, kiedy to śnieg nie pada, ale, osobliwe to zjawisko, fruwa we wszystkich kierunkach, tylko nie tak jak trzeba, po bożemu). Ulice w Krakowie przypominają generalnie wiejskie drogi. Choć nie wiem, czy to dobre porównanie, podejrzewam, że przejazd po wiejskich drogach musi być przeżyciem graniczącym z ekstazą w porównaniu z wyjechaniem w którymkolwiek kierunku od rynku. Popadało i poparaliżowało nam ulice. Ruszyć się ani w te, ani we wte nie da. Autobusy: stoją. Albo nie wyjechały. W ogóle nie wiadomo gdzie są, zniknęło im się. Tramwaje: jeden zakopany w śniegu na torach. Włączył awaryjne. Automatycznie każdy za nim też musiał włączyć awaryjne, bo jak objechać? Z drugiej strony rynku: korek tramwajowy. Z trzeciej: wysiadło zasilanie na linii. Żeby było śmieszniej (?!): w dwóch miejscach wykoleiły się wagony. 
A następnego dnia można było sobie jeździć do woli w ramach darmowych przejazdów. Ciekawe, co przeważyło: II tura wyborów krakowskiego pana prezydenta czy zachęcenie ludzi do ostentacyjnego porzucania własnych samochodów na rzecz w imię grupowych przejazdów mpk.


Siadłam z moją babcią i wymodziłyśmy. Przepis w październiku, ciasto w listopadzie, pierniki w grudniu.

Zawsze, ZAWSZE chciałam zrobić takie pierniki. Tak jak zawsze chciałam zrobić prawdziwe powidła śliwkowe, mocno wysmażone i bez cukru, pączki na tłusty czwartek i babcinego makowca na wielkanoc (dwa z trzech odhaczone). Od zawsze fascynowało mnie, jak to ciasto dojrzewa, jak z płynnego robi się zwarta kulka, jakim cudem można napakować do niego tyle miodu, a ciasto po uleżeniu się wcale się nie klei. I w ogóle, sam fakt, że trzeba zaplanować, zrobić, potem czekać, wyjąć w grudniu, rozwałkować, nawdychać się przy okazji magicznych świątecznych zapachów. Wycinać wreszcie blaszaną gwiazdką, robić dziurki plastikową słomką, siedzieć przy gorącej szybie piekarnika i odliczać minuty do wyjęcia. Wszystkie te czynności robią świąteczno-domową otoczkę wokół robienia pierników.


A! Zapomniałabym! I z bakaliami - suszonymi śliwkami, rodzynkami, orzechami. Pierwszy raz robiłam i jadłam takie pierniki. Chcę robić już tylko takie!


Przepis na szklanki. I cała litania składników, tak jest w piernikach najfajniej i tak właśnie ma być. Bo pierniki wymagają dużej ilości składników i tu nie ma przebacz.

Prawdziwe, 6-tygodniowe pierniki

Składniki:
  • 0,5 kg dobrego, prawdziwego miodu
  • 1 szklanka cukru
  • 1 kostka masła
  • 2 szklanki posiekanych orzechów (włoskich, laskowych, migdałów albo wszystkie naraz)
  • 3/4 szklanki rodzynek - jeśli duże, pokroić na mniejsze kawałki
  • 1/2 szklanki żurawiny
  • 1/2 szklanki suszonych śliwek - najlepiej polskich, tych, które pachną jakby były wędzone
  • 3 łyżki kakao
  • 2 łyżki cynamonu
  • 2 łyżeczki imbiru
  • 1 płaska łyżeczka pieprzu białego lub pół łyżeczki czarnego
  • 1 łyżka mielonych goździków
  • 1 łyżka kardamonu
  • 1 łyżka gałki muszkatołowej
  • 1,2 kg mąki (żytniej lub pszennej)
  • 1/2 szklanki mleka
  • 2 pełne łyżeczki sody oczyszczonej
  • 3 jajka
  • szczypta soli

Przygotowanie:

Do rondelka wsyp cukier, dołóż miód i masło. Roztop na małym ogniu, powoli, mieszając. Kiedy wszystko się połączy, dosyp wszystkie przyprawy, kakao i bakalie, a następnie wyłącz ogień, a rondelek odstaw gdzieś w chłodniejsze miejsce. W tym czasie zajmij się sypkimi rzeczami. Weź bardzo dużą miskę i wsyp do niej połowę mąki, sól, sodę, rozbij jajka i dolej mleko. Teraz dolej miód z rondelka. Dokładnie wymieszaj - tak, aby wszystkie składniki się w miarę połączyły, Dosyp pozostałą połowę mąki i teraz już wymieszaj bardzo dokładnie. Miskę przykryj ściereczką i odłóż na 6 tygodni (jak już nie możesz wytrzymać, może być mniej - ale minimum 4 tygodnie). W tym czasie wszystkie zapachy i aromaty przypraw mieszają się ze sobą, przez co pierniki później tak ładnie pachną. To też czas potrzebny do tego, żeby ciasto zrobiło się zwarte, gotowe do wałkowania. Miskę możesz trzymać w lodówce - jak najdalej od zamrażalnika (chociaż wtedy zapachy z lodówki mogą się wmieszać w pierniki) albo w chłodnym miejscu w domu, jak piwnica czy garaż (jeśli szczęśliwie takowy posiadasz). 
Po 6 tygodniach wyciąg ciasto z miski, rozwałkuj, w razie potrzeby podsyp lekko mąką. Z ciasta wykrawaj foremkami różne kształty. Przed pieczeniem możesz posmarować je roztrzepanym jajkiem, a możesz zostawić bez niczego. Piecz w 180 stopniach C przez ok. 8 minut - aż pierniczki się zrumienią, ale nie spalą.





Piotr Milewski, Z Nowego Jorku Piotr Milewski, Biblia dziennikarstwa pod red. Andrzeja Skworza i Andrzeja Niziołka.

Czytam sobie wielką książkę. Wielką rozmiarami i treścią. Targam w torbie, nie wiem ile to może ważyć, ale pod dwa kilogramy podchodzi. Książka mądra, pisana przez ludzi, którzy wiedzą, co chcą przekazać. Biblia dziennikarstwa składa się z tekstów napisanych przez kilkudziesięciu najwybitniejszych dziennikarzy polskich, którzy doskonale się w tym pomyśle odnaleźli. Jest więc Makłowicz, jest i Pawlikowska, Kunica, Domosławski, Tochman i Szczygiel, Wajrak, Mongomery, Kolenda-Zaleska, Wojewódxki, Pochanke, Pilch, Raczkowski, Sawka, Boniecki, ... I mnóstwo tych, którzy są fachowcami w swoim dziennikarskim grajdołku. I fajnie. Bo pomysł się sprawdził, podoba się, jest fajny, nowy, ciekawy. I bardzo mi z tej książki epatuje taka dziennikarska solidarność, samopomoc, jakaś taka wspólnota. W deseń: jesteś dziennikarzem, biegasz jak potłuczony cały dzień, jesteś na nogach od 5 do 23, urąbiesz się w poszukiwaniu newsa, a ludzie i tak to zleją. Sto tysięcy zebranych materiałów, z których jeden zapamiętają ludzie. I fajnie, bo ten jeden da ci większa satysfakcję niż cokolwiek innego. O to chodzi. Witamy w gronie dziennikarzy. Nie masz najmniejszej szansy na nudę.
Related Posts with Thumbnails