• RSS

sobota, 5 marca 2011

Konkurs filmowy. Z miłością i wpadką w tle.

Pamiętacie konkurs filmowy Jestem Miłością?

Film niedawno wyszedł na DVD, a Gutek Film ufundował parę sztuk. Co trzeba zrobić? Przypomnieć sobie waszą największą wpadkę kulinarną związaną z przygotowywaniem czegoś specjalnie dla drugiej osoby i napisać to w komentarzu pod tym wpisem. Może się okazać, że niebieska zupa Bridget Jones to pikuś.
Na wasze śmieszne historie czekam do soboty 12 marca (do 23.59) A więc tydzień. Po tym czasie wybiorę 3 osoby, do których powędruje film Jestem miłością na DVD.



Aby wziąć udział w konkursie, nie trzeba prowadzić bloga kulinarnego – ale wtedy zostaw w komentarzu namiar na siebie (np. maila). Bardzo proszę, żeby wpisując się anonimowo zostawiać swojego maila na końcu komentarza - to ważne, bo nie będę się z wami mogła później skontaktować, a to jest warunkiem wygranej.


Po opublikowaniu wyników poproszę laureatów mailowo o adres do wysyłki, który zostanie przekazany firmie Gutek Film, która odpowiada za wysłanie nagród.

Dla formalności, skrócony regulamin konkursu dostępny jest tutaj.

27 komentarze:

Holga pisze...

Świetny konkurs, muszę przypomnieć sobie wstydliwe, kuchenne wpadki ;).

Gosia pisze...

Hmm... moja pierwsza w życiu karpatka, która tak mocno przywarła do papierka, że trzeba ją było jeść prosto z foremki. Nie muszę mówić jak mało dekoracyjnie wyglądała taka foremka na stole :)

Anonimowy pisze...

Ja sobie przypominam jak obiecałam tort ukochanemu na urodziny, bardzo chciałam, żeby był jak najlepszy i "trochę" przedobrzyłam. Dzięki użyciu likierów, bitej śmietany, polew, owoców z puszki, czekolady, orzechów i innych dodatków mój chłopak tak się przesłodził, że jego urodziny spędziłam na słuchaniu jęków i wzdychań- po prostu go zemdliło :P Ale zaglądam tutaj często i uczę się wypieków od najlepszych :) Pozdrawiam serdecznie, Asia

dotblogg pisze...

:)) jedyne co na razie mi się przypomina to sytuacja z podstawówki: kiedy nie chciałam iść do szkoły na sprawdzian (prawdopodobnie z matmy;) i zostałam w domu, postanowiłam zrekompensować mamie moją nieobecność w szkole i upiec pyszne ciasto. Niestety nie dodałam proszku do pieczenia i ciasto miało po upieczeniu około 1 cm grubości;)
średnio śmieszne;) może coś mi się jeszcze przypomni;)
uściski Asia!
J.

Marta pisze...

Ja do dzisiaj pamiętam moją pierwszą tartę Tatin. Chciałam podać ją jeszcze gorącą, więc kiedy goście zasiedli do stołu wsunęłam ją do gorącego piekarnika, zestresowana debiutem nie spojrzałam jednak, że pomyliłam patelnię i włożyłam tam swoją teflonową patelnię z bakielitową rączką. Goście nie zdążyli zacząć zupy gdy nagle w całym domu zaczął błyskawicznie roznosić się smród i szary, gęsty dym. Kiedy dobiegłam do piekarnika było już za późo... Chcąc ratować kolację i gości, pootwierałam wszystkie okna z nadzieją, że może się wywietrzy – dzięki temu do końca wieczoru, goście siedzieli z krzywymi minami, w oparach bakielitu, bez apetytu ale za to w płaszczach i czapkach.
Niestety, jeszcze długo po tym wieczorze nie umiałam się z niego śmiać :)

Wiewióra pisze...

Ha miałam kilka takich wpadek. Kiedyś gotowałam turecką zupę z czerwonej soczewicy, chciałam, żeby smakowała Małżonowi więc musiała być wystarczająco słona. Postanowiłam nie bawić się z solniczką i nasypać prosto ze słoiczka. Niestety wysypało się prawie pół słoika... zebrałam to co się dało a resztę podałam... nawet mój miłośnik soli nie zdzierżył, mama palaczka też i tata... cóż biedna zupa poszła do kosza.
Kiedyś podobnie miałam z kurczakiem w sosie cytrynowym... cytryny i czarne oliwki mimo tego, że trzymałam się przepisu spowodowały, że potrawa była tak kwaśna, iż nie dało się jej nawet przełknąć.
Pozdrawiam cieplutko.

Anonimowy pisze...

Pamietam jak na deser dla gosci chcialam upiec muffinki... nie mialam specjalnej formy,jedynie papilotki, a piekarnik jakim dysponowałam byl tak wiekowy, ze nie posiadal regulowanej temperatury.
Zrobilam ciasto, nalalam do papilotek i włożyłam do piekarnika. Niestety papier namókł, a babeczki sie przypalily.Pierwszą porcje całkowicie przypaloną wyrzucilam ze złościa do kosza i zakazalam mężowi przyznawac sie ,ze w ogole coś piekłam. Jednak goscie wchodząc juz w drzwiach poczuli,ze cos przypaliłam i ze na pewno druga porcja babeczek bedzie lepsza i chetnie zjedza. Chcac sprawic mi pryzjemnosc sami skazali sie na zjedzenie twardych, lekko zwęglonych muffinek...
Ania B.

kabamaiga pisze...

Asiu i tu też o wpadkach? Od razu mi się te moje brązowe surowe pączki przypomniały i Twoje krówki :)

Ola pisze...

Na szybko przypominam sobie dwie takie historie:
w jakiejś gazecie był przepis na szybkie ciasto dla mamy na jej święto; pamiętam że ciasto miało być ala sernik z serków homogenizowanych; nie miałam takich i zamiast nich chciałam użyć białego sera; też nie miałam - stanęło na żółtym serze; na szczęście rodzice wtedy wrócili;
innym razem po długim staniu w kolejce mama kupiła schab wędzony; dla 10latki schab był tylko do jednego: kotletów; postanowiłam zrobić niespodziankę dla rodziców i przygotować na obiad schabowe; nie dosyć że wędzone to jeszcze je posoliłam; pamiętam tą sól w ustach; nawet ojciec nie dał rady....:)
pidzama

aa pisze...

łooo

moja historia jest krótka ale wstyd jak byk :D

robiłam odświętną kolację, w liceum, dla mojego ukochanego, szczytem mozliwości były klopsy mielone..
chciałam być uważana,i przejęta i wszystko byłoby ok gdyby nie drobny szczegół: nikt mi nigdy nie powiedział, że mielonego się nie myje.I umyłam.Bardzo dokładnie.Nasze klopsy spłynęły rurami zlewu kuchennego..


rodzina do dziś opowiada tą historię gdy nie ma się z czego pośmiać :D

daria

daria-1981@o2.pl

aa pisze...

ps. zapomnniałam dodać, miejsce klopsików z dumą zająl budyń czekoladowy i paluszki :D

Kuchareczka pisze...

Karolina - tak! Surowe pączki górą :D

Ania pisze...

Mój dziadek zwykł mawiać, że jak coś jest mocno posolone to znaczy, że kucharka jest zakochana. Ja wcale nie tak dawno robiłam drożdżówki z serem i pomyliłam sól z cukrem. Wyszły. Ślicznie wyglądały, pachniało w całym domu. Nadzienie serowe pyszniło się ślicznym oczkiem w środku drożdżówek. Zaparzyliśmy sobie do nich dobrą herbatkę. Ciężki był czas oczekiwania na to aż się ostudzą... Spróbowałam jako pierwsza i wierzyć mi się nie chciało...potem spróbował mąż...widok wyrazu jego oczu zapamiętam do końca życia:) Coś jakby zdziwienie i konsternacja:) Synkowi odradzaliśmy, ale był dzielny i też spróbował:) A potem pożegnaliśmy śliczne drożdżóweczki machając im na pożegnanie kiedy znikały w koszu i zabrałam się za robienie następnych:)

Alina pisze...

Moje wpadki kulinarne zazwyczaj mają wiele do czynienia z pieczeniem chleba. Gdy mama słyszy o tym, że chcę spróbować upiec kolejny, łapie się za głowę, jest przerażona, a ja muszę to robić w tajemnicy, gdy jej nie ma w domu ;).

Chleb - albo nie wyrasta i takie coś małe i płaskie powstaje, co jeszcze się daje zjeść, ale nie ta sama radość ;). Albo zaś wyrasta, jednak wychodzi z tego jeden wielki nieupieczony zakalec, który nadaje się jedynie do spróbowania i jedynie na ciepło ;). A w najgorszym wypadku - małe, twarde, skamieniałe, które z powodzeniem mogłoby zastąpić cegłę przy budowaniu domu ;).

Ostatnio również nie dopiekam ciasteczek. Znaczy ja uważam, że są dopieczone. Mama coś wręcz przeciwnego ;). Z ciasta marchewkowego wyszedł mi zakalec, a makaroniki... szkoda nawet mówić.

Jestem ogólnym kulinarnym beztalenciem, które wymaga pocieszenia :D.

Anonimowy pisze...

Kiedy miałam osiem lat, bardzo chciałam iść z mamą na zakupy, kiedy ona, po całym dniu pracy, wróci do domu. Niestety...wiedziałam, że zanim zrobi obiad i zanim go zjemy będzie już za późno na wyjście gdziekolwiek i z zakupów nici.;)
Postanowiłam więc zrobić sama obiad, bo wtedy zaoszczędzimy trochę czasu.Wzięłam książkę kucharską (oczywiście, moje zdolności kulinarne ograniczały się do robienia budyniu i to jeszcze z pomocą przepisu na etykietce:D) i wyszukałam jakiś najprostszy przepis - na NALEŚNIKI.
Według receptury zrobiłam ciasto, wniebowzięta, że przypominało wyglądem, zapachem i gęstością to, które przyrządzała mama. Wyjęłam patelnię, oliwę i te sprawy...I zaczęło się najgorsze.
Pierwszy raz coś smażyłam! Ciasto nie chciało się odwrócić na drugą stronę... Za nim się obejrzałam naleśnik był cały porozrywany! W przypływie paniki przypomniało mi się jak tata mieszał leczo, wiec robiłam to samo z moim "naleśnikiem"!
Po paru minutach, kiedy kawałki były zarumienione postawiłam patelnię na stole, by wyjąć talerz. Następnie podniosłam ją i z przerażeniem stwierdziłam, że w nowej ceracie mamy jest wielka dziura! "Jezu, gdzie się podziała cerata?!" - oczywiście przykleiła się do gorącej patelni!
Tak się skończyła moja pierwsza obiadowa przygoda, a kiedy mama w końcu przyszła wybuchnęła śmiechem i próbowała opanować moje napady płaczu.:D

Pozdrawiam,
Jusia (Samsoon2@wp.pl):)

PS
"Merde!..." to naprawdę świetne książki. Sikałam ze śmiechu.:D Dzięki za lekturowe propozycje!;)

ilka_86 pisze...

To było na początku mojej przygody z gotowaniem...
Jako nastolatka pewnego wakacyjnego dnia postanowiłam, że przygotuję obiad dla rodziców:) Chciałam sprawić im niespodziankę i pokazać, że 'potrafię'.
Z kolorowej gazety wybrałam Chłodnik z botwinką. Wyszedł pięknie różowy, z akcentem zieleni ziół i żółci jajek, jednak okazał się niejadalny! Wszystko robiłam ściśle według przepisu, jednak nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować owego cuda. Gdy rodzice wrócili z pracy, nalałam każdemu pełen talerz 'Kolorowej zupki'. Tato zjadł łyżkę chłodnika i rzekł - Córko, nie gotuj już więcej zup;)
Tak bardzo zraziłam się do tej frakcji pływającej, że dopiero od niedawna gotuję zupki;)

Pozdrawiam Cię Asiu i miłej niedzieli życzę;* buźka

Ola pisze...

A i jeszcze hit; zaprosiłam na pierwszy obiad mojego chłopaka-teraz męża; zrobiłam m.in. brokuły polane bułką tartą; okazało się że były w różyczkach robaki:/ tylko on je znalazł i zamiast powiedzieć, to przykrywał je dużą ilością zasmażki; nota bene spalonej lekko; sprawa wyszła po latach ale do dziś się śmiejemy;

glizdologia pisze...

Ja kiedyś chciałam zrobić gulasz na obiad :) Żadnej sensacji nie było w kuchni: mięso się żuło ok.2 minuty przed połknięciem, a sos był tak zagęszczony, że widelec mógł stać. Pamiętam, że wtedy usłyszałam: "Nooooooo... smaczny dość. Ale może nie rób narazie gulaszu" ;-) Ale kieeeedy to było :)
A z bezmyślnych sytuacji w kuchni pamiętam jak przebiłam gorącą puszkę mleka zagęszczonego (wtedy już karmelu) i ów karmel w ilości ok. 1/2 łyżeczki wystrzelił pod sufit a potem spadł mi na ramię - oczywiście poparzył mnie. Więc nie polecam bezmyślności ;)
sticzusia@gmail.com

Ania pisze...

Przypominają mi się dwie wpadki. Jedna gdy pierwszy raz gotowałam pierogi z mrożonki dla taty, a miałam wtedy z 10 lat. Owszem, przeczytałam na opakowaniu czas gotowania, ale nie zauważyłam, że liczyć należy od wypłynięcia :0 Wyciągnęłam, polałam śmietaną ... Oczywiście były surowe...
Druga, gdy byłam już nastolatką. Lubiłam od czasu do czasu coś ugotować czy upiec. Moją specjalnością były leniwe i pizza. Więc zaprosiłam mojego chłopaka na pizzę. To była dopiero jego druga wizyta u mnie, więc byłam strasznie przejęta. No i pizza, która zawsze wychodziła, tym razem oczywiście była kulinarnym samobójem. Twarda jak podeszwa, przypalona... Moja rodzinka zjadła farsz, ale mój miły przełknął wszystko... Zaimponował mi. Ja jemu raczej nie, ale i tak potem się pobraliśmy. To było kilka lat temu.
am.art@wp.pl

Hordubal pisze...

Wtedy byłam jeszcze małą dziewczynką,no może nie taką małą.Potrafiłam robić już naleśniki i placki ziemniaczane,więc poprosiłam mamę,żebym mogła w końcu zrobić coś sama.Mój wybór padł na ptysie.:)Wszystko zapowiadało się dobrze,ale...krem ptysiowy przypalił mi się do garnka.A zamiast wlać do kremu 2/3 szklanki mleka,to ja jako słaba matematyczka zrozumiałam to trochę inaczej,czyli wlej do kremu 2 albo 3 szklanki mleka.Niestety ptysiów nie udało się uratować.A tak chciałam zrobić coś sama :).Pozdrawiam serdecznie uam20@wp.pl

Aleksandra pisze...

Dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam zaprzyjaźniona z przestrzenią kuchenną postanowiłam zaserwować Mamie obiad pt."mrożone pierogi z serem prosto z zamrażarki sklepowej" ;-) nie zwracając uwagi, że kupiłam pierogi ruskie (a raczej chyba myśląc, że ruskie to po prostu pierogi z serem) - polałam je truskawkowym koktajlo/sosem ;-)
Następna wpadka jaką pamiętam to dodanie do ciasta na paluchy chlebowe 30g soli!!! zamiast 3g...nie muszę chyba dodawać, iż całość wylądowała niestety w koszu :-(

Pozdrawiam
Ola (aadam77@gmail.com)

Anonimowy pisze...

Jakiś czas temu przebywając w obcym kraju zaprosiłam na deser świeżo poznanych rodaków.
Miałam dług wdzięczności wobec tych 2 osób więc bardzo chciałam im podziękować.. zgodzili się przyjąć zaproszenie na pyszny deser i kawę.
Postanowiłam przygotować bread&butter pudding i przepyszną tartę czekoladową.
Tarta miała być gwoździem programu. Specjalnie na nią przywiozłam składniki z wycieczki do Londynu
i włożyłam sporo pracy w jej przygotowanie.
Goście przyszli wcześniej więc zaczęliśmy od puddingu. W międzyczasie wystawiłam tartę, która wyglądała rewelacyjnie na okienko w spiżarni, żeby miała szansę przestygnąć.
Widok i zapach mojego dzieła naprawdę zrobił niezłe wrażenie co cieszyło mnie ogromnie!
Niestety tym razem potrawa nie dotarła na stół.
Z przejęcia i ekscytacji tak zamaszyście otwarłam okienko, że tarta wylądowała za nim.
Nie było mi do śmiechu kiedy z zaproszonymi gośćmi staliśmy na dworze i przy sporym minusie
wycieralismy szmatkami elewację budynku z czekolady ale po latach uśmiecham się na to wspomnienie.

Pozdrawiam! kasiabananowa@gmail.com

Pluskotka pisze...

Ja się bardzo pilnowałam i zdarzyła mi się jedna taka głupia historia.
Robiłyśmy z mamą leczo i w pewnym momencie kazała mi je posolić. W solniczce na moje oko nie było dużo soli, więc zapytałam:
- Wszystko?
- Tak, wszystko. No a jak, pół? - odparła mama.
Więc zaczęłam z radością kołować solniczką nad patelnią, aż mama krzyknęła, co ja robię. Potem się okazało, że mama myślała o leczo, a ja o soli.

Podkarpatka pisze...

Moja największa kuchenna wpadka zdarzyła mi się ... z okazji moich 30 urodzin. Cały ten dzień był po prostu straszny,wyjątkowo zabiegany, nie miałam nawet czasu na kawę z M. Dopiero wieczorem znalazłam czas, żeby upiec biszkopt na tort. Następnego dnia zabrałam ciasto do rodziców, tam miałam ubić bitą śmietanę i dodać mus malinowy, który przygotowała moja Mama. Pech chciał, że był to dzień wolny od pracy. Problemy zaczęły sie już przy ubijaniu śmietany, zapomniałam kupić śmietan-fix i pierwszy raz w życiu śmietana mi się zwarzyła. Podłamałam się, bo więcej śmietany już nie miałam, a sklepy tego dnia były zamknięte. Kiedy poszłam się zastanowić co robić (goście mieli przyjść za godzinę), Mama wyjęła swój słynny, niezawodny, malinowy mus. Okazało się, że coś poszło nie tak i mus jest zbyt płynny. Nie chciała mnie jeszcze bardziej denerwować więc cichcem dodała do niego mąki zimniaczanej... Ostatecznie zasiedliśmy przed tortem - biszkoptem z musem malinowym (smietana nie nadawała się do niczego). Już po pierwszym kęsie było wiadomo, że jest to najgorsze ciasto na świecie...mąka ziemniaczana zgrzytała w zębach. Taka wpadka we własne urodziny :(

Podkarpatka pisze...

Zapomniałam o e-mailu kasiamisz@gazeta.pl. Pozdrawiam :)

kasiexa pisze...

może jeszcze zdążę do godziny zero, zero, jest właściwe przygoda kulinarna i historia mojego męża, któremu mama zostawiała zadanie bojowe wychodząc do pracy by sos do gołąbków znajdujących się na kuchni zagęścił śmietaną rozmieszaną z mąką. dokładne proporcje ilości łyżek mąki i śmietany były spisane na kartce , teraz to wszystko należy starannie wymieszać i równie pieczołowicie dodać do cudnie pachnących gołąbków a cały splendor kulinarny przejdzie na wykańczającego potrawę. Tylko dlaczego na boga ten sos muślinowy tak chrzęści w zębach!A na blacie kuchennym stoi szara torebka z napisem GIPS BUDOWLANY, skąd to się wzięło u licha w szafce z mąką? Nic to tutaj można się posiłkować stara zasada babci że jak w kuchni coś nie wyjdzie ..to tak po prostu musiało być i nie ma się czym przejmować!

Anna pisze...

Zbliżała się pierwsza rocznica bycia z moją drugą połówką. Bardzo długo zastanawiałam się co mogę przygotować na tą okazję. Wpadłam na genialny pomysł - ugotuję coś pysznego i upiekę coś słodkiego. Z gotowaniem poradziłam sobie całkiem całkiem - przygotowałam spaghetti napolitano (było trochę zbyt pomidorowej, ale dało radę je zjeść). Gorzej wyszło mi "pieczenie". Jak to bywa, kiedy umówisz się z chłopakiem - robisz wszystko naraz, malujesz oczy, prostujesz włosy, wybierasz coś dobrego i słodkiego do przygotowania, itp. Tak też było i tym razem. Zdecydowałam się wreszcie co zrobię - racuszki z zapiekanymi ananasami (robi się szybko i dość sprawnie, tylko trzeba wlewać ciasto szybko i szybko przewracać, bo inaczej się spalą). Okazało się, że nie przewracałam ich dostatecznie szybko. Zadymiłam całą kuchnię (dodam, że mieszkam w akademiku, więc cały korytarz był z dymie), spaliłam połowę racuszków i przesiąknęłam tą spalenizną (wyszykowana już na przyjście chłopaka). I w takim opłakanym stanie zastał mnie też i chłopak w kuchni. Okazał się bardzo wyrozumiały i kochany, bo jadł racuszki i nawet zachwalał. A jak się dowiedziałam później, po jakimś czasie - nie cierpi ananasów. Także moja porażka leżała w sumie w źle zbriefowanym gościu:) Ale już nauczyłam się, że ananasy w moje kuchni są nu, nu:)
Koniec.

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails