• RSS

wtorek, 12 kwietnia 2011

Moje najlepsze na świecie ciasto czekoladowe



Dzień pod tytułem nie da rady bez czekolady. Międzynarodowy, światowy, według czego i przez kogo ustanowiony nie wiem, ale fakt - mamy Dzień Czekolady :)

Absolutnie zakochałam się w tym cieście. Każdy ma swoje ukochane wypieki, swoje "najlepsze na świecie". To to jest właśnie moje. Puszyste, szybkie, megaczekoladowe, z dużymi kawałkami czekolady i dwoma wielkimi łyżkami kakao. Do tego małe kawałki orzechów, dobra, parzona w ekspresie kawa i aaach... Czekorozpusta. Ciasto robi się dosłownie w 5 minut, dodając do tego czas na upieczenie - godzina.



I jeszcze mały trik na puszystość. Zamiast zwykłego jogurtu naturalnego, dodałam grecki. Oprócz całych jajek - jeszcze 3 żółtka. W efekcie ciasto jest puchate, wyrośnięte i lekkie. Kawa nie robi ciasta gorzkim - daje tylko swój aromat. Kawałki czekolady rozpuszczają się na języku. Witaj czekoladowe siódme niebo.
Przepis dostałam od K. (dziękuję! :) ) Trochę go zmieniłam po mojemu i oto jest:


Moje najlepsze na świecie ciasto czekoladowe


Składniki (na większą babkową formę):
  • 130 g cukru
  • 2 jajka
  • 3 żółtka
  • 60 g stopionego masła
  • 240 g mąki
  • 3/4 szklanki jogurtu greckiego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 duże łyżki dobrego kakao
  • 3 łyżki kawy, już zaparzonej (ja dałam espresso)
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady
  • pół tabliczki mlecznej czekolady
  • 4 garście drobno posiekanych orzeszków włoskich


Przygotowanie:
Wrzuć wszystkie składniki oprócz czekolady i orzeszków do dużej miski, na końcu przesiej do niej mąkę. (Kawę najpierw zaparz - potrzebna jest kawa "płynna", nie granulki rozpuszczalnej). Zmiksuj wszystko  dobrze mikserem na gładką masę. Dodaj orzechy i czekoladę. Wymieszaj szeroką łopatką albo drewnianą łyżką. Formę do pieczenia wysmaruj masłem i wysyp bułką tartą. Piecz 50-55 minut w 180 stopniach C, aż włożony w ciasto patyczek będzie suchy (możesz zacząć sprawdzać patyczkiem już po 30 minutach - jeśli nie, piecz dalej).



(to o piórze)
Raymond Queneau, Ćwiczenia stylistyczne

O co chodzi? Pan o bardzo francuskim nazwisku stworzył małą rozmiarem wielką treścią książkę. Książeczkę. Napisał tę samą historyjkę 99 razy, za każdym razem innym stylem. Zaczyna się od fragmentu napisanego sprawozdawczo, żeby w ogóle wiedzieć o co chodzi. A potem zaczyna się zabawa. Onirycznie (Wszystko, zda się, było wokół mnie mglistoperłowe, pełne wielorakich, nieokreślonych zjaw - to o wnętrzu autobusu w szczycie komunikacyjnym), słowołownie (Młody człowiek coraz to obruszał się na swego wroga: stojącego za nim jegomościa. Zagęściwszy tym sposobem atmosferę, pętak pognał usiąść), zagmatwanie (Ten albowiem wchodził jakoby ostatni), odsiebnie (W życiu bywa różnie, już ja wam powiem, i nie tylko góra z góra się zejdzie). Pierwszoosobowo i pierwszoinnoosobowo. Anglofilskość miesza się z włoszczyzną. Jest nawet kulinarnie - zeszklony w upale niczym cebulka, jak śliwka w kompot wpadłem dusić się pod przykryciem w pistacjowym autobusie.

I ma fajną okładkę, w autobusy.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Kokosanki owsiane



Dzień pod znakiem kokosu. Chodził za mną włóczywszy wiórkami od paru dni. Ale kokosanki robiłam już milion trzysta razy. Za prosto by było, trzeba coś przekombinować. No to ciach, co jest w szafkach? Z dolnej półki szczerzą się płatki owsiane. Hm, a czemu by nie. Takich jeszcze nie było.

Wyszły rumiane, mięciutkie kulki. Nie, już ich nie ma. Żywotność kokosanek owsianych wynosi jeden dzień, po tym czasie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach (osoby, którym nagle zaokrągliły się policzki na kształt kokosanek miałyby tu coś do powiedzenia, tylko najpierw muszą ciasteczko połknąć, żeby móc się odezwać). No dobra, chwila powagi. Kokosanki są przepyszne, proste do zrobienia i szybko się je piecze. Nie ma żadnych podchwytliwości, na których można się kuchennie wyłożyć. Ciasteczka zawszewychodzące.


Chwila powagi się skończyła. Książki fruwają. Po pokoju już nie, od kiedy kilka miesięcy temu nadeszła wielkopomna chwila wciśnięcia do pokoju dwóch regałów. Teraz wszystko leży poukładane, a ja liczę w głowie kiedy przyjdzie pora na kolejne półki. Książki fruwają po głowie i po pocztówkach. Rozśmieszają mnie takie rzeczy. Tym bardziej, że dostrzegam pewne analogie.




Miałam kiedyś manię małych form artystycznych. Małe formy umieszcza się na półkach obok książek w artystycznym nieładzie. Czyli trochę tu, trochę tam, trochę siam i naraz robi się tego za dużo. Małe formy mi się znudziły; inna sprawa, że po prostu się kurzyły, a mnie się nie chciało latać co drugi dzień z puchatą szczotką na wysięgniku i miziać ich w celu odkurzenia. Artystyczne formy wyrazu poszły do pudła. Wszystkie z wyjątkiem małego czerwonego garbusa, który robi za podtrzymadełko do książek, głośno tykającego budzika i Antoniego (Antoni jest fioletowym pajacem, któremu najpierw zgubiłam włosy, a potem białe spodenki, co pretenduje go do miana pluszowego ekshibicjonisty).

I wycinki. Niektóre ładnie wycięte, inne trochę krzywo wytargane: z gazet i katalogów książkowych. Kawałek taśmy i wycinek trzyma fason.




Kokosanki owsiane

Przepis wypatrzyłam u Kasi.

Składniki na ok 20-25 ciasteczek:
  • pół szklanki białek (z 5 średniej wielkości jaj)
  • pół szklanki cukru
  • 170 g wiórek kokosowych
  • 170 g błyskawicznych płatków owsianych
Przygotowanie:
Białka ubijamy z dodatkiem szczypty soli na sztywną pianę a następnie dodajemy cukier i miksujemy jeszcze 5 minut na najwyższych obrotach, aby cukier się rozpuścił a masa stała błyszcząca. Kokos mieszamy z płatkami i dodajemy do białek. Całość mieszamy szeroką drewnianą szpatułką albo łopatką. Odstawiamy masę na ok 10-15 minut, aby płatki wciągnęły wilgoć i zmiękły (masa zgęstnieje, co ułatwi formowanie kulek).
Piekarnik nagrzewamy do 175 stopni. Z masy formujemy kulki wielkości większego orzecha włoskiego i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Ponieważ ciasteczka mogą troszkę urosnąć w trakcie pieczenia, należy zachować między nimi ok 3 cm odległości. Pieczemy 15 minut a następnie odstawiamy je do całkowitego wystygnięcia - a potem przyznajemy sobie order wytrzymałości, bo kokosanki pachną i smakują tak cudnie, że nie sposób się powstrzymać od spróbowania jeszcze ciepłych :)




Francesca Simon, Koszmarny Karolek i wstrętne gacie

Jak mnie śmieszą niektóre absurdalne rzeczy ostatnio. Już samo to, że mnie śmieszą, wydaje mi się absurdem, bardzo jednak sympatycznym. Śmiałam się ostatnio na głos, co mi się rzadko zdarza przy czytaniu książki, bo to musi być coś naprawdę łał, przy czytaniu o różowych gaciach w błyszczące serduszka i tęcze, który pewien chłopczyk nosił przez pół dnia i bezskutecznie próbował je wcisnąć lalusiowemu młodszemu bratu, który - uwaga - je warzywa. To mówi samo za siebie, tylko lalusie jedzą fasolkę, która wygląda jak zielone robaki. Z brokułami też należy być na bakier, bo to obleśnie obrzydliwy pokarm, który pełza na wszystkie strony po talerzu i wygląda jak gumiasta maziasta gula gludyniu. Toż to istne błee!
A przy okazji przypomniało mi się jak byłam mała, bardzo dawno temu, kiedy jeszcze uchachana jeździłam z rodzicami na wakacje (potem dość szybko mi się odwidziało) i pewne lato spędziłam w miejscowości Swornegacie. Kto nie wierzy, może sprawdzić na mapie: zaraz obok są Ciecholewy, Kokoszka, Chiny, Dzięgiel, Czaple, Laski i Młynek. Trochę bardziej na północ też Pustkowie, Klasztor i Jeruzalem. A na południe - Pomoc, Wolność i Babilon. I to wcale nie tak daleko od siebie, to są prawie sąsiednie wsie. Wsi spokojna, wsi wesoła, który głos twej chwale zdoła?...

Wiosna, czyli muffiny dla...


Miało być czekoladowo, ale nie za bardzo. Czyli w muffinach nie wylądowały dwie, a pół tabliczki czekolady. Na wierzchu zażyczony lukier, żeby było tak jak w muffinach w różowe kropki. Co ja miałam zrobić z aaaaaa chce to spróbować!!!! prosze prosze prosze!!!!. Zamiast odpalić "to se zrób", uchachana zapytałam na kiedy. Dostałam pełną desperacji odpowiedź obojętne na kiedy!! kiedy bądź!. Więc kiedybądź było na następny dzień. A żeby muffiny nie były takie same jak już robiłam, bo nie lubię się kuchennie powtarzać, pomalowałam je na wiosennie. Zamknęłam się z osobistą pełnią szczęścia w kuchni, grzebałam w literkach i gwiazdkach, rozrabiałam lukier i maziałam nim po muffinach. Chodź, pomaluj mój świat. Spodnie i kawałek bluzki przy okazji też (kocham cię moja pralko).



Wiosenne muffiny (dla Guta :) )

Składniki na 15 sztuk:

Muffiny:
  • 100 g miękkiego masła
  • 60 g cukru
  • 2 duże jajka
  • 100 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 płaska łyżka dobrego kakao
  • dwie garści wiórków kokosowych
  • pół tabliczki ulubionej czekolady (u mnie gorzka)
Na wierzch:
  • lukier (cukier puder + sok z cytryny lub woda)
  • zielony i żółty barwnik do ciasta - ja użyłam naturalnych, bez dodatków sztuczności, robionych na bazie soków owocowych. Jeśli takich nie posiadasz, możesz zabarwić lukier sokiem morelowym albo sokiem z pigwowca lub odrobiną kurkumy (tylko nie za dużo, bo kurkuma w nadmiarze jest gorzka). Analogicznie zielonym barwnikiem może być jakiś bardzo zielony sok
  • małe cukrowe literki i gwiazdki

Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 190 stopni C. Do dużej miski wsyp wszystkie składniki poza czekoladą. Wymieszaj dokładnie łyżką albo łopatką do ciasta. Czekoladę posiekaj na małe kawałki, wsyp do ciasta i wymieszaj byle jak, kawałki czekolady nie muszą być równomiernie rozprowadzone. Nakładaj do foremek na muffiny wyłożonych papierkami (chyba że masz foremki z silikonu, ale z papierkami i tak lepiej wychodzi, bo "papierkowe miseczki" przytrzymują lukier, który ładnie się rozprowadza). Wypełniaj każdą foremkę ciastem do połowy jej wysokości. Muffiny urosną podczas pieczenia, a musi być jeszcze miejsce na lukier. Wstaw do piekarnika na 15-20 minut. 
Po wyciągnięciu dobrze ostudź. Przygotuj lukier z cukru pudru i odrobiny soku z cytryny. Dodaj kilka kropli barwnika. Dodawaj soku z cytryny po trochę, aż do momentu, kiedy lukier będzie miał lejącą się, ale gęstą konsystencję. Coś jak gęsty jogurt. Jeśli lukier będzie za gęsty, dodaj więcej soku z cytryny, jeśli zrobi się za rzadki - dosyp trochę cukru pudru. Rozprowadź go na ostudzonych muffinach. Wierzch udekorowałam jeszcze cukrowymi literkami i gwiazdkami.







Pernilla Stalfelt, Mała książka o miłości

Jeszcze nie sprawdziłam jakiej narodowości jest autorka, a już coś mi mówiło, że kierunek: Skandynawia. I racja, Szwedka. Bo w Skandynawii mają jakieś bardziej otwarte podejście do pewnych spraw. To, co większość ludzi stara się przemilczeć, w nadziei, że samo się wyjaśni (ładna, dorosła nazwa: tabu), cyk, Stalfelt wyciąga na wierzch. Bo co dzieci najbardziej rajcuje? To, o czym dorośli nie mówią, to chyba jasne. Oprócz tej książki jest jeszcze pięć innych: o strachach, o śmierci, o włosach, o kupie (tylko uwaga, jest co najmniej kilka książek o kupie, tu chodzi o tę Pernilli Stalfelt) i o przemocy. Wszystkie sześć mam. Dla siebie. Bo są jakimś absolutnym odjazdem. W moim małym rankingu książek dla dzieci lepszy jest tylko Mikołajek. Ale on zawsze będzie lepszy, bo stoi poza konkurencją wszelaką (był książką mojego dzieciństwa, to wystarczy). Więc, nie licząc słowno-obrazkowych wygibasów Sempe i Goscinnego, Stalfelt zrobiła najfajniejsze książki dla dzieci. Zrobiła, bo poza napisaniem, sama ja sobie zilustrowała. Czasami miło i cukierkowo, wpisując się trochę w klimat "jest nam cieplutko-milutko", innym razem nierówno, koślawo, zamazanie. Dodając jedno do drugiego, można się popłakać ze śmiechu. Cały myk polega na absurdzie, z jakim tłumaczy np. co się daje ukochanej osobie, z przykładami: czas, rękę, miętuski. Można też kochać różne rzeczy. Kwiatka. Złotą rybkę - albo dwie (rybki odpowiednio podpisane: Jacuś i Wojtuś). Istnieje tez miłość do pieniędzy, ale vice versa to już nie działa: pieniądze nas nie kochają jak chcemy iść do kina.

sobota, 9 kwietnia 2011

Z ręki do ręki



Pierwsza ręka, mamina. Z desperacją próbująca nadać sygnał "halo, o co chodzi w sudoku". Jakieś fiubździu. - A dlaczego tu ma być 6, a czemu obok nie może być 6, aha aha, no tak, już rozumiem, ale czekaj, to dlaczego tu nie może być 6? - Mamo, a chcesz ciepłą bułeczkę? 


Druga ręka, A. Z długopisem, dwoma terminarzami, z chustką na szyi i trampkiem na nodze. Wolna sobota, kawa z mleczną pianką posypana na wierzchu kakao, najlepsze ciasto marchewkowe na świecie, dwie wielkie miękkie kanapy, bułeczka. - O, a z czym to, tu orzechy są? I kokos!
I toaleta, w piecu. Kaflowym. Takim dużym, wysokim do sufitu. Nie żartuję - Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie idąc od Małego Rynku. Tak się nazywa. Też nie żartuję. Kraków jest kolorowy.



Trzecia ręka, J. Dotblogowa. I najlepszy z kolei makaron. Z truflami (które nie śmierdzą - bo J. śmierdzą), pieczarkami (bezzapachowymi) i suszonymi pomidorami (zapach słońca wliczony w rachunek). - A bułeczki, o, ale one pachną, a to na drożdżach? Na proszku do pieczenia? A ostatnio robiłam ciasto na ziemniakach!
I książki, gazety, na stoliku, na parapecie, w rozmowie, w głowie, w planach, wszędzie. - To gdzie idziemy po makaronie? - A pokazać ci fajne miejsce z tanimi książkami? I kawiarnię z książkami? 
Ksiąąąąążki.



Czwarta ręka, D. Och tak, bułeczki, och tak, słodkie, ale pycha. Do tego słodki koktail truskawkowy, słodki batonik i "czemu na wierzchu nie ma lukru". Do zasłodzenia. 



I na końcu ręką piąta, moja, która już nie doczekała się uwiecznienia, bo najpierw zjadłam, a potem pomyślałam. Bułeczka była  za dobra na myślenie. Rumiana na wierzchu, ze słodkim wnętrzem i zewnętrzem. Cudnie pachnąca cynamonem, z kokosem i kawałkami orzeszków. Co jakiś czas inna miękka niespodzianka - kawałki skórki pomarańczowej. Dawno nie piekłam tak dobrych, a jednocześnie tak prostych słodkich bułek. Przepis wypatrzyłam w książce kuchennie upapranej, która ma kartki poklejone mieszaniną masła, mąki i cukru. Nie żeby wyglądała nieestetycznie, w dodatku nawet w pewnych miejscach pachnie cynamonem i wanilią. Więc generalnie może i fe, ale kartki z odciskami moich palców utytłanych w cieście i czekoladzie to jak najlepsza rekomendacja jakiegoś ą ę bułkę przez bibułkę szefa kuchni. A nawet i lepiej.
1001 Cupcakes, cookies & other tempting treats Susanny Tee.


Przytulone cynamonowe bułeczki

Składniki:
Bułeczki:
  • 100 g stopionego masła
  • 350 g mąki + trochę do podsypywania 
  • szczypta soli
  • 2 łyżki cukru
  • 1 kopiata łyżeczka cynamonu
  • 3 żółtka
  • 200 ml mleka + trochę na później/ do posmarowania wierzchu
Nadzienie:
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 60 g brązowego cukru (demerara)
  • 15 g stopionego masła
  • 4 garści wiórków kokosowych
  • 3 garści orzechów, pokrojonych (u mnie w słupki)
  • 2 garści kandyzowanej skórki pomarańczowej

Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Przygotuj sobie okrągłą blachę, taką jak do pieczenia tortu. Wyłóż ją papierem do pieczenia albo wysmaruj masłem i wysyp bułką tartą.
Weź dwie miski. Do jednej wsyp mąkę, sól, cynamon i cukier. Wymieszaj. Do drugiej wlej roztopione masło, żółtka i mleko. Wymieszaj i wlej jej zawartość do suchych składników. Znowu wymieszaj. Ciasto powinno być luźne, w konsystencji przypominające drożdżowe (czyli takie, że się trzyma kupy, ale jest lepkie).
Rozłóż na blacie duży arkusz papieru do pieczenia albo dwa kawałki papieru śniadaniowego. Posyp je dość dobrze mąką i wyłóż na nie ciasto. Je na wierzchu też posyp mąką, rozwałkuj na prostokąt o wymiarach +/- 30 x 25 cm.
Przygotuj teraz nadzienie. Do miski wlej roztopione masło, dodaj cukier i cynamon, wymieszaj dokładnie. Dorzuć orzechy i skórkę pomarańczową. Nadzienie wyłóż na prostokąt z ciasta. Po wierzchu posyp jeszcze wiórkami kokosowymi. Zawiń teraz prostokąt wzdłuż dłuższego boku jak roladę. Czyli powinna ci wyjść rolka z ciasta długa na mniej więcej 30 cm. Sklej jej brzegi, np. palcami umaczanymi w zimnej wodzie. Pokrój teraz ten ciastowy wałek ostrym nożem na 8 mniejszych "plastrów" - to będą bułeczki. Upakuj je w okrągłą formę, dookoła po obwodzie i jedną w sam środek. Posmaruj po wierzchu mlekiem i wsadź do piekarnika na 35-40 minut, aż bułeczki się nie przyrumienią. Po upieczeniu wyłącz piekarnik, uchyl drzwiczki i pozostaw jeszcze w nim bułeczki na 5 minut. Dopiero wtedy wyciągnij.
Bułeczki są idealne do jedzenia na ciepło, zaraz po upieczeniu. Pozostaną świeże i miękkie też przez następne dwa dni, ale wtedy trzymaj je przykryte szmatką. Jeśli chcesz mieć ciepłą bułeczkę, możesz podgrzać ją przez chwilę w ciepłym piekarniku albo w mikrofali.


Bohumil Hrabal, Czuły barbarzyńca

Warszawa więc. Na jeden dzień, tam pociągiem, z powrotem samochodem. Na hasło "pociąg" w mojej głowie zaświeciła się lampka i połączyła z szufladką pod tytułem "przygoda!". Przygodowo było, szczególnie kiedy po dwóch godzinach spokojnej jazdy po przedziałach zaczął biegać pan święcie przekonany, że ktoś zatrzymał czas i jest rok zerowy, godzina zerowa, a w ogóle to to mu się śni i właśnie teraz, bez ceregieli, ma zamiar wszystkich o tym uświadomić. No ale. Dotarłam, wysiadłam, chęć przygód mi wcale nie osłabła. 6 godzin, co robić? Muzeum Powstania Warszawskiego ("o o, o jacie, karteczki, muszę pozbierać wszystkie karteczki!"), Nowy Wspaniały Świat, o, empik, Krakowskie Przedmieście, o, targ staroci, Pałac Prezydencki, chcę kinder bueno, a ja chcę sok, kiedy pójdziemy do księgarni?
Czuły Barbarzyńca! Poza wspomniana stertą karteczek z Muzeum PW (co, na marginesie, jest fajnym pomysłem - chodząc po muzeum odrywa się z małych haczyków kartki z kalendarza obejmującego wszystkie dni powstania i kilka tuż przed; w ten sposób ma się po wyjściu całe kalendarium w ręce - idealne, jeśli ktoś lubi jak ja zbierać różne drobiazgi, które może kiedyś się przydadzą, a może nie do końca, ale wziąć nie zaszkodzi), żelazny punkt programu - księgarnio-kawiarnia na Dobrej. A że z wycieczki trzeba mieć pamiątkę, wybór padł na Małą książkę o miłości a Czułego Barbarzyńcę. Co wybrać? Barbarzyńcę*. 
Książka bez dialogu. Ani pół. Pisana jednym długim monologiem. A mimo to się czyta. Po trochę albo na raz, w skupieniu albo z głową gdzieś tam. 

* No dobra, Małą książkę... też kupiłam. O niej następnym razem. Wybór między książką A a książką B zawsze kończy się zakupem obu. Dlatego lepiej nie dawać mi wyboru. Lepiej w ogóle nie zabierać mnie do księgarni.

Jeszcze na deser wspomniane karteczki w Muzeum PW:

niedziela, 3 kwietnia 2011

Kobieto, puchu marny...


... Ty nad poziomy wylatuj.


Wszystko ma swój międzynarodowy dzień. Kobiety, muffiny, życzliwość, pracownicy gospodarki komunalnej, przytulanie, stemplarze, mózg, bocian biały, kot i czarny kot. Nawet struktura ma swój dzień (11 sierpnia). Międzynarodowy Dzień Struktury, jakkolwiek to świętować. A wczoraj był dzień walki na poduszki. Mając International Pillow Day za pretekst, kilkadziesiąt ludzi przywlekło swoje poduszki na rynek i waliło nimi ile wlezie i w kogo wlezie. Kulminacja szczęścia nastąpiła, gdy z poduszek zaczęły lecieć pióra. Wtedy już nikt nie patrzył w co wali, byle leciało jak najwięcej pierza. Bo fajne, bo białe, bo śmiesznie lata w powietrzu. Bojownicy o wolność pierza zmówili się chyba na grupowe zakupy w sklepie z nasze-meble-są-zabawniejsze-niż klocki-lego. Dziękujemy Ci Ikeo za dostarczanie tanich poduszek na Pillow Fight.


Lukier w kolorze piór lecących z poduszki, do tego ciemne, czekoladowe muffiny i różowe papierki. Muffiny w wersji łałtotakmożna, bo robione nie tradycyjnie w dwóch miskach, a w jednej. Wszystkie składniki do środka, wymieszać i dodać tyle ulubionej czekolady, ile się chce. Ja wrzuciłam półtorej tabliczki, ale można więcej. Jak ktoś preferuje dietę czekoladową, można się nie hamować. Ile i jaką się lubi Wszystkie zahamowania, och, czy to będzie dobre, och, czy gorzką można mieszać z mleczną, och, ile to ma kalorii, należy zostawić na drzwiami. Jeśli chodzi o czekoladę, ma być pysznie. Można pomieszać w jakiejkolwiek proporcji mleczną, gorzką, białą, orzechową, w ciapki, w łatki, w serduszka. Dwie, trzy, wszystkie naraz albo dorzucić tylko jeden jej rodzaj. Ma być tylko dobrej jakości.



Czekoladowe lukrowane muffiny

Składniki na 15 sztuk:
  • 100 g miękkiego masła
  • 70 g cukru
  • 2 duże jajka
  • 100 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 płaska łyżka dobrego kakao
  • 1 tabliczka ulubionej czekolady (u mnie gorzka)
  • pół tabliczki trochę mniej ulubionej czekolady, ale też dobrej (u mnie mleczna)
Na wierzch:
  • lukier (cukier puder + sok z cytryny)
  • różowe pianki marshmallow
  • kruche ciasteczka lub parę suchych biszkoptów


Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 190 stopni C. Do dużej miski wsyp wszystkie składniki poza czekoladą. Wymieszaj dokładnie łyżką albo łopatką do ciasta. Czekoladę posiekaj na małe kawałki, wsyp do ciasta i wymieszaj byle jak, kawałki czekolady nie muszą być równomiernie rozprowadzone. Nakładaj do foremek na muffiny wyłożonych papierkami (chyba że masz foremki z silikonu, ale z papierkami i tak lepiej wychodzi, bo "papierkowe miseczki" przytrzymują lukier, który ładnie się rozprowadza). Wypełniaj każdą foremkę ciastem do połowy jej wysokości. Muffiny urosną podczas pieczenia, a musi być jeszcze miejsce na lukier. Wstaw do piekarnika na 15-20 minut. 
Po wyciągnięciu dobrze ostudź. Przygotuj lukier z cukru pudru i odrobiny soku z cytryny. Dodawaj go po trochę, aż do momentu, kiedy lukier będzie miał lejącą się, ale gęstą konsystencję. Coś jak gęsty jogurt. Jeśli lukier będzie za gęsty, dodaj więcej soku z cytryny, jeśli zrobi się za rzadki - dosyp trochę cukru pudru. Rozprowadź go na ostudzonych muffinach. Wierzch udekoruj piankami marshmallow - ja je pokroiłam nożem na mniejsze kawałki. Jeśli w ogóle pianki da się pokroić. W każdym razie rozczłonkowałam je na mniejsze plasterki. Możesz też pokruszyć kruche ciasteczka albo suche biszkopty i posypać nimi wierzch, zanim jeszcze lukier zastygnie.




Mary Roach, Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków

Napisz dziennikarsko o nieboszczykach tak, żeby to było a) naukowe, b) dokładne, c) śmieszne, ale d) jednocześnie taktowne kiedy trzeba i z zachowaniem wyczucia i dobrego smaku. Roach zjeździła krematoria, kostnice, zakłady pogrzebowe, sale anatomiczne, wydziały medycyny, gdzie studenci kroją swoje, hm, preparaty (ładna, naukowa nazwa). Jestem ogólnym strachajłem - od horrorów trzymam się z daleka, a Czarnego Łabędzia oglądałam przez szpary w palcach przyciśniętych do twarzy. Ale takich, powiedzmy, obrzydliwości, jestem ciekawa. Jeśli ktoś nie podziela mojego zachwytu, radzę w tym momencie przerwać czytanie, bo zamierzam brnąć w dalsze szczegóły. Mary Roach kręcą tematy dziwaczne, zadawanie z pozoru głupich pytań, które większa z nas chciałaby zadać, tylko nie wie, czy wypada (czy lekarze boją się trupów? co się dzieje z ciałem po lekcji anatomii, kiedy studenci już zrobią co mieli do zrobienia?, czy się pan, panie grabarzu, boi?). W imię rozwoju medycyny, zwiększenia bezpieczeństwa na drogach i rozwikływania zagadek dotyczących zmarłych (na przykład czy całun turyński jest czy nie jest prawdziwy), po śmierci można dać się pokroić przez studentów medycyny na lekcji anatomii albo na szkoleniu dla chirurgów plastycznych, testować wytrzymałość samochodów w testach zderzeniowych, dać się zrzucić z lecącego kilka kilometrów nad ziemią samolotu, żeby sprawdzić, czy ofiary wypadków lotniczych mają jakąkolwiek szansę na przeżycie. Można wreszcie w bardzo egzotycznych miejscach dać się zjeść albo zażyć w celach leczniczych. Lub najnormalniej w świecie pochować.
Related Posts with Thumbnails