• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sezam. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2011

Tarta megaorzechowa


Przepis z cyklu wyszperane, znalezione, wydrukowane i zapomniane. Ha! Nie tak do końca zapomniane. Segregator w truskawki, który ledwo trzyma wszystkie kartki w jednej kupie jest już pełen tak, że ciężko przewracać w nim przepisy - jak się chce coś przeczytać, to trzeba wytargać spomiędzy innych świstków. I ten przepis jest właśnie taki wytargany. Chyba każdy, kto gotuje, ma taki swój prywatny składzik: co kogo zainteresuje, pstryk, klik! i drukarka nie ma czasu na próżnowanie.

Tarta przygotowana na XIII Festiwal Kultury Żydowskiej we Wrocławiu Simcha. Book Me a Cookie w tym roku partneruje, wspiera i mocno trzyma kciuki za festiwal - bo pomysł fajny, a idea zacna. W związku z tym, kulturalnie, tarta orzechowa - z całym mnóstwem migdałów, nerkowców, orzeszków laskowych i włoskich. Dodane do kruchego spodu, na którym zapieka się cudnie pachnąca masa orzechowa. Na wierzch lekko powciskane i przyrumienione orzechy.

Jest taki moment podczas pieczenia, że zapachy z piekarnika zaczynają wydostawać się poza kuchnię - najpierw lekko, przelotnie zapachnie, potem ten zapach staje się intensywniejszy i słodki. Czuć przyprawy, kruche ciasto, nadzienie - to jest jakaś zapachowa bajka. W tej tarcie tak właśnie bajkowo mieszają się słodkie zapachy: miodu, przypraw (cynamonu i kardamonu) i sezamu. Potrafię wyczuć zapach upieczonego ciasta. I faktycznie, za chwilę pi bip pi bip, minutnik zaczyna się dopominać o wyłączenie.


A najmagiczniej jest wtedy, gdy ktoś wchodzi do domu - i pachnie tak ciepło, miło, przytulnie. Dla  niego intensywniej niż dla mnie, bo po jakimś czasie nos się przyzwyczaja, ale dla kogoś, kto przychodzi z zewnątrz takie słodkie aromaty są wyczuwalne przez kilka godzin po pieczeniu. To jest lepsze niż odświeżacz powietrza! W dodatku która firma zamyka w chłodnej metalowej puszce zapach przytulności? To potrafi tylko piekarnik. Swój, domowy, stary albo nowy, z funkcją grzania od dołu, od góry, od dołu i od góry, na skos - nie ma znaczenia. Ważne, że swój, udomowiony.


Tarta orzechowa
(z orzechowym nadzieniem, na orzechowym spodzie i z orzechami na wierzchu)
Przepis wyszperała gdzieś na forum Anoushka, z małymi zmianami, żeby było bardziej po mojemu.

Składniki - forma ø 26 cm:
ciasto:
  • 150 g mąki
  • 150 g zimnego masła
  • 60 g cukru pudru
  • 20 g drobno zmielonych migdałów
  • 40 g wiórków kokosowych (można zamienić na taką samą ilość mielonych orzechów, jeśli ktoś nie lubi wiórków)
  • 1 spore jajko
orzechowe nadzienie:
  • 150 g masła
  • 80 g cukru
  • 200 g zmielonych orzechów - mogą być same migdały, może też być mieszanka różnych orzechów - ja zmieliłam ze sobą migdały, orzechy włoskie, laskowe i nerkowce
  • 3 jajka
  • 2 łyżki najpyszniejszego miodu, jaki macie
  • 100 g orzechów na wierzch (dałam brazylijskie)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • pół łyżeczki kardamonu
  • 2 łyżki ziaren sezamu

Przygotowanie:
Składniki na ciasto szybko zagnieść. Uformować kulkę, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na minimum 30 minut. Po tym czasie delikatnie podsypując mąką, rozwałkować ciasto i przełożyć do formy na tarty (albo "wygnieść" w foremkę palcami, odrywając po kawałku ze schłodzonej kulki ciasta i wylepiać formę jak plasteliną). Włożyć z powrotem do lodówki.
Utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dodawać po jednym jajku. Na końcu dodać zmielone migdały, miód i przyprawy. Wymieszać. Ciasto wyjąć z lodówki, wyłożyć na nie krem. Obsypać wierzch z grubsza posiekanymi orzeszkami, delikatnie wciskając je w krem. Piec około 35-45 minut w nagrzanym do 170°C piekarniku. Po wyjęciu z piekarnika odstawić do ostygnięcia.
Tarta świetnie smakuje z filiżanką świeżej kawy albo polana słodką śmietanką :)



Roma Ligocka, Dziewczyna w czerwonym płaszczyku
(o książce pisałam już tutaj - klik!)

czwartek, 11 listopada 2010

Pałka zapałka, dwa kije!


Uwielbiam ciastka na słono. Uwielbiam je robić, jeść, uwielbiam jak się kruszą przy ugryzaniu. Jedyną rzeczą, którą lubię robić bardziej jest tylko ptyś, bo cudownie wyparowuje w garnku i powoli zmienia się w kulę, która wygląda jak plastelina. Poza tym z serowymi ciastkami można szaleć ile wlezie. To jak z muffinami, co się nie wrzuci, będzie dobre. Tu zamiast czekolady, owoców i słodkich bakalii, można dodać kawałeczki warzyw, zioła i przyprawy, musztardę, różne rodzaje serów, grzyby, cebulkę... Wszystko, co pasuje. Są niewielkie, fajnie się rozwarstwiają i na skali pachnięcia dorównują ciastkom orzechowym (których zapach uważam za absolutnie obłędny).

Z cyklu "jestem wesołym tłumaczem" - coś Wam pokaże :)


Na stoisku książek dla dzieci. Domyślam się, że dzieciom suka się nie kojarzy w żaden sposób, po prostu "duża ona" pani psia, ale tytuł wymyślony przez dorosłych dla mnie jakiś taki... nietrafny? Co mi ładnie potwierdza okładka, że Lady stała się suką w sensie najdobitniejszym z możliwych :)



Megażółte serowe paluszki


Składniki:
  • 120 g mąki - może być pszenna, żytnia razowa, pełnoziarnista albo zwykła
  • szczypta soli
  • 1 kopiata łyżeczka sproszkowanego curry
  • 1 kopiata łyżka suszonego oregano (możesz zastąpić suszoną bazylią, rozmarynem albo nie dodawać w ogóle)
  • opcjonalnie - 1 łyżeczka łagodnej musztardy
  • 50 g masła 
  • 55 g dobrej jakości żółtego sera, takiego, żeby był wyrazisty w smaku
  • 1 jajko, lekko rozmemłane
  • mak, kumin, kminek, sezam do posypania na wierzch - co chcecie

Przygotowanie:
Wsyp mąkę, sól i curry do miski. Dodaj masło i rozgnieć palcami na takie okruszki, żeby przypominały kruszonkę. Dodaj ser starty na drobnych oczkach tarki, oregano i połowę jajka. Zagnieć wszystko na gładkie ciasto, zrób z niego kulę, owiń folią, wsadź do zamrażalnika na pół godziny.
W tym czasie nagrzej piekarnik do 200 stopni C, a blachy wyłóż papierem do pieczenia. Wyciągnij ciasto z zamrażarki, rozwałkuj na dość gruby placek - ok. 0,5 cm i potnij go nożem w słupki - takie, jakie chcesz mieć później ciasteczka. Układaj je na blasze, każdy posmaruj rozmemłanym jajkiem (które zostało z dodawania wcześniej połowy do ciasta) i posyp czym dusza zapragnie. Piecz przez 10-15 minut, aż ciastka się zezłocą.





Ryszard Kapuściński, *** z Wierszy zebranych


Że Kapuściński pisał poezję, to dowiedziałam się dużo później niż zaczęłam czytać jego książki. Pomyślałam sobie wtedy, że jak to?, reporter i pisze poezję? To jak połączyć... I utknęłam. No bo co: Anitę Werner i poezję, Marcina Szczygła i poezję, Wojtka Tochmana i... No właściwie czemu nie. Pasuje. Po zaakceptowaniu faktu, że to jest ok, zaliczyłam level up i zaczęłam czytać. Wiersze są jak osobiste zapiski. Bez wysilenia się na górnolotne, niezrozumiałe słowa. Proste, ładne. Proste, a złożone. I już.

czwartek, 23 września 2010

Kiedy zaczyna się jesień?


Zawsze przegapiam ten dzień, to w tym roku zapisałam sobie go wielkimi literami na kalendarzu, strzeliłam komentarz, żeby nie zapomnieć i domalowałam wielki czerwony wykrzyknik, który nieestetycznie wyjechał mi na kratkę obok. Cóż zrobić, jesień. Jak się zastanowić, jesień nie jest taka zła (jak już naprawdę nie ma wyjścia to trzeba sobie chociaż poracjonalizować, że to wcale nie źle, że lato wypina się tyłem i odchodzi w siną dal). Można nosić kalosze (jak pada). Można zbierać kolorowe liście (i zrobić z nich... wachlarz?), kupić sobie sweter (zawsze jakieś zakupowe szaleństwo), wyciągnąć z szafy szalik (i przy okazji zrobić porządek w szafie, a nuż chciało się to zrobić od dawna). A jak się uprzeć, to można nawet zacząć odliczać dni do wigilii. Przypomniało mi się, jak byłam mała i wysyłałam listy do świętego mikołaja, i kiedyś, nie mogąc doczekać się tej magicznej czynności wypisywania co roku tych samych rzeczy z odpowiednim komentarzem, że w tym roku naprawdę, naprawdę bardzo cię mikołaju proszę, przynieś mi psa, bo się obrażę i za rok nie narysuję już serduszka na kopercie, to kiedyś napisałam ten list we wrześniu, tak nie mogłam się doczekać. Jakie było moje zdziwienie, kiedy list zniknął. Moja mamę musiało lekko przytkać.



Przyszła kryska na matyska (próbowałam wymyślić spersonalizowaną wersję, ale wyszło mi tylko "kreseczkę na kuchareczkę", co jest dość idiotyczne i jakoś tak jakby mi nie brzmi). Zrobiłam Nigellę. Sięgnęłam po książkę, otwarłam, wyszukałam, znalazłam, trochę pobiłam się z myślami, a może by jednak nie robić takiej granoli?, ale ostatecznie wygrała. Czuję się trochę pokonana, ale jak jadłam granolę rano, wcale mi to nie przeszkadzało. Bo granola jest pyszna. Najlepsza jaką jadłam, sto razy lepsza od najlepszych kupnych. Bo, nie wyleczę się z tego, ja za Nigellą nie przepadam. Kilka razy się na niektórych przejechałam (patrz: risotto porowe ze śmietaną, które modroklejczo przyatakowało moją buzię i przez próbę przeżucia ostatnią rzeczą było zachwycanie się smakiem). Kilka kuchennych pomyłek zafundowałam sobie na początku i jakoś mi ręka nie sięgała w stronę książek Nigelli. Nie przepadam też za nią jako za osobistością medialną. Wolę Jamiego ;) Chociaż, trzeba przyznać, gary ma fajne (nigella, nie jamie, bo na garach jamiego się nie skupiam - jak gotując, wywija mi rękami na pół ekranu i przy tym wkłada paluchy do wszystkiego, co przygotowuje, to jestem wystarczająco zachwycona i wszędzie poza jego osobą włączają mi się martwe punkty). I własną linię akcesoriów kuchennych ma fajną. I wielki wiklinowy kosz z foremkami do wycinania ciasteczek też ma, kurczę, fajny. Och, no dobrze, ten wiklinowy kosz spodobał mi się najbardziej.

Jesienna granola

Składniki:

  • 450 g płatków owsianych
  • 50 g pestek słonecznika
  • 70 g pestek dyni
  • 70 g ziaren sezamu
  • 175 g musu jabłkowego
  • 2 łyżeczki zmielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka zmielonego imbiru
  • 120 g golden syrup (złotego syropu) - jeśli go nie macie, dajcie więcej miodu
  • 4 łyżki płynnego miodu
  • 100 g brązowego cukru
  • 300 g całych migdałów
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżki dobrego oleju słonecznikowego
  • 220 g rodzynek
  • 100 g suszonej żurawiny

Przygotowanie:
W dużej misce wymieszajcie dokładnie wszystkie składniki oprócz rodzynek i żurawin. Rozłóżcie mieszankę na blachach do pieczenia i wstawcie do piekarnika nagrzanego do 170 st. C, na mniej więcej 40 minut. W połowie pieczenia wyjmijcie granolę z piekarnika i przemieszajcie. Po ostudzeniu dorzućcie rodzynki i żurawinę (dopiero wtedy, bo w piekarniku uprażą się na kamyczki!) i przełóżcie do szczelnego słoika, obowiązkowo zamykanego. Inaczej granola wywietrzeje, smak się ulotni, a nie daj boże słodki zapach przyciągnie jakieś muszki-paskudy.



I coś ostatnio obiecanego:
Londyński poradnik cz. II
gdzie szukać kuchennych skarbów - mój subiektywny przewodnik
(klik do części pierwszej)

1. Divertimenti - największy na Bromton Road pod numerem 227-229 (na rogu ulicy). Dwupoziomowy raj z milionem pędzelków do ciasta w różnych kolorach i rozmiarach. Od małych, wściekłoróżowych silikonowych, do dużych z końskiego włosa. Wszystko poukładane na półkach, a obfitość taka, że z wrażenia można sobie przysiąść na podłodze. Formy na czekoladki, tysiąc pięćset foremek do ciasteczek, wałków do ciast (z rączką, bez rączki, z dwoma rączkami, drewniane, plastikowe, małe, duże, firmy takiej, śmakiej i owakiej) i kupa innych rzeczy. Oprócz tego regał z książkami kucharskimi. Rewelacja.



2. Harrods. No dobra, trzeba być. To jest jeden, wielki plus tego miejsca. I że ładnie świeci się w nocy. I jeszcze że taka różnorodność wszystkiego, że można dostać oczopląsu, b nie wiadomo, gdzie strzelać wzrokiem najpierw. Poza tym: drogo. Bardzo bardzo bardzo drogo. Ale zaliczyć trzeba.



3. Poundland, odszyfrowując nazwę: teren funta. Wchodzisz, pyk, przechodzisz przez bramki i jesteś między półkami, gdzie panoszy się samozwańczy król - funt. A że król zazwyczaj jest jeden, toteż każdy produkt kosztuje funta. Funt stoi po 5 zł. Blacha z ciasta makowego, dwa zestawy silikonowych foremek (łącznie 20 sztuk) do małych muffinek, blaszana forma do trochę większych muffin, pastelowe papierki do tychże - wszystko po funcie. Ja byłam na Portobello Market, ale Poundlandy rozsiane są po całym Londynie (klik na wyszukiwarkę sklepów i w okienku wpisać London).


4. Na wskroś angielski sklepik z herbatą, w dodatku PYSZNĄ herbatą. Pakowana, sypana, w puszkach, pudełeczkach, torebkach, w czym sobie wymyślisz, w tym możesz kupić. Do tego, hm, akcesoria? - no to, co z herbatą można w czymś lub czymś, zrobić: kubki, filiżanki, imbryki, czajniki, łyżek milion, sitka. Wykaz sklepów tutaj.


5. Covent Garden Market - raj dla miłośników jedzenia na wielkim targowisku ze wszystkim, co można wziąć do ust. Stoiska ze świeżymi owocami i warzywami kontrastują z owocami morza, stoiskiem z sokiem arbuzowym i tymi przypominającymi małe restauracje, w których można kupić pyszne, ciepłe jedzenie całkiem niedrogo. Poza tym Covent Garden jest ulubionym miejscem weekendowych zakupów dla wielu brytyjskich szefów kuchni (a w Londynie restauracje ma Jamie i Gordon Ramsey, Marco Pierre White i Nigella się przewija...).


6. Dochodząc na Camdem Lock Market ze stacji metra Camden Town (albo z przystanku autobusowego o tej samej nazwie), po obu stronach ulicy ciągną się małe sklepiki prowadzone zazwyczaj przez Hindusów, w których można znaleźć prawdziwe cuda za grosze. O przepraszam, pensy. A sam Camden Market to dopiero ogromniaste skupisko wszelkich rzeczy, które można sprzedać.






Czesław Miłosz, Dolina Issy (o książce pisałam tu - klik klik!)

niedziela, 22 sierpnia 2010

Pierniczki puszyste jak chmurki


I ostatni już, trzeci, przepis na pierniczki. Wypatrzony na Wielkim Żarciu. Przepis oryginalny by Anek. Ciasteczka są faktycznie puszyste, jak napompowane chmurki. Według autorki można je upiec wcześniej i przechowywać w pojemniku z połówką jabłka rozcięciem do góry. Ja polecam tę opcję nie tylko przy wcześniejszych pieczeniu, ale nawet na kilka dni przed - po wyciągnięciu i powieszeniu na choince w całym domu pachniało!






Składniki:
  • 70 dag - 1 kg mąki (ja dałam 70 dag z zamiarem dosypania, gdyby było za mało - ale zupełnie wystarczyło)
  • 0,5 szkl. miodu
  • 0,5 szkl. kwaśnej śmietany (12% albo 18%)
  • 0,5 szkl. cukru 
  • 0,5 kostki margaryny
  • 2 jajka + 1 żółtko
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 przyprawa do pierników
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • karmel (2 łyżki cukru + 2 łyżki wody)

Przygotowanie:

Miód roztopić z margaryną i połączyć z przyprawą do pierników w rondelku. Zrobić karmel (gotować składniki, aż się troszkę zrumieni), dodać do miodu. Całość ostudzić. Żółtka utrzeć z cukrem, dodać ostudzoną masę. Cały czas ucierając, dodać proszek do pieczenia, sodę, śmietanę i mąkę. Białka ubić na sztywno, dodać do ciasta. Wszystko dokładnie wymieszać i wyrównać. Owinąć w folię i zostawiamy na noc w lodówce, żeby stężało. Nazajutrz rozwałkować ciasto na grubość 2-3 mm i wycinać dowolne kształty. UWAGA! Ciasto ma tendencję do "ściągania się", więc trzeba się nastawić na lekki wysiłek przy wałkowaniu:) Układać na natłuszczonej blasze, można posmarować roztrzepanym białkiem (wtedy po upieczeniu będą się błyszczeć) i piec w 180 stopniach aż się zrumienią - ok. 11 - 13 minut. Po wystygnięciu polukrować i ozdobić.


Jeśli wsadzisz ostudzone pierniczki do metalowej puszki i dołożysz kawałek jabłka, pierniczki zrobią się mięciutkie.

Ja do dekoracji wykorzystałam lukier, kandyzowaną skórkę pomarańczową i drobny sezam. I oto, co z tego wyszło: prawdziwie świąteczny Zestaw Pierniczkowy 2007.


sobota, 21 sierpnia 2010

Krakowskie precelki. I najmniejsza fabryka cukierków na świecie


Gwoli ścisłości. W Krakowie są obwarzanki. Oczywiście, 90 procent Krakusów bez zastanowienia kupuje precle (i ja się do nich zaliczam, a jak!), nie tam żadne obwarzanki. Chociaż językowo poprawny jest obwarzanek. Bo tak: precle są w kształcie ósemki, zawijane, jak małe przegryzki, jak w Niemczech do zagrychy piwa i kiełbasy na październikowej rozpuście alkoholowej. Obwarzanki za to, to kupowane w budce na rynku krakowskie zapychacze (połowa targetu to głodni studenci, druga połowa - turyści), posypane sezamem, makiem albo solą. Z dziurką w środku. Ostatnio zwinnie manewrując pomiędzy budkami na rynku jednym okiem dostrzegłam precle pełnoziarniste, precle z serem, z kminkiem i coś, co wyglądało jakby było posypane wszystkim, czym da się posypać pieczywo - naraz. Ja jestem preclożercą starej daty (i właśnie, jeszcze jeden dowód na to, że to precle a nie obwarzanki - "obwarzankożercą" się nie mówi). A skąd nazwa obwarzanki? Bo się je obwarza (obgotowuje) przed pieczeniem. I tu dochodzimy do kolejnej przeszkody w drodze do zwycięstwa w zrozumieniu różnic w nazewnictwie pieczywa spod wawelu. Bajgle tez są wcześniej gotowane, też mają dziurkę, ale nie są poskręcane i mają inny smak.
Więc? Wystarczy zmienić nazwę obwarzanka na precel i będzie po krakowsku. Wszystko zostanie w rodzinie. Krakusy nie będą się buntować na nie taką nazwę, turyści nie będą w rozterce stojąc przed budką z... no właśnie, z czym?, zapanuje pełna zgoda i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.



Jak już w wątku krakowskim jestem, podzielę się odkryciem. Nawet nie wiedziałam, że takie fajne miejsce mam na Gołębiej (idąc od rynku skręcić w Bracką, potem w prawo i już). Fabryka cukierków. Takich w dawnym stylu. Ooo, lubię takie rzeczy. Malutka fabryka, fabryczka prawie, za to hula jakby miała do dyspozycji co najmniej 10 razy taka powierzchnię. Przy wejściu krzesło, stoliczek, na ścianach w papierkach z kokardką lizaki, cukierki długie i krótkie: małe cukrzane pastylki i długie rulony, do których można się przyssać. A co najlepsze - dziewczyny (Aneta i Magda) na 30 metrach kwadratowych wyczyniają cuda, którymi dzielą się z innymi. W różnych znaczeniach. Dzielą się fioletowymi cukierkami z serduszkiem, które kusza na wejściu, dzielą się pokazami przygotowywania cukierków, dzielą się wreszcie w Internecie (ciuciu!). Strasznie mi się to miejsce spodobało. Magiczne takie, trochę moje, trochę nawet więcej niż trochę... Sprzed Jak to jest zrobione (odcinek o cukierkach) na Discovery przesiadłam się przed ladę na Gołębiej. Nie muszę oglądać powtórek. Codziennie mam inne i od nowa. Jestem bezczelnie zakochana w Krakowie.




A moje precelki są małe, zgrabne i powabne, dużo mniejsze od precli zwykłych, rynkowo-krakowskich. Zaraz po upieczeniu są miękkie, potem szybko twardnieją. I wtedy zamieniają się w idealne maczanki (do kawy na przykład).


Składniki:
  • 450 g mąki pszennej
  • 1 duże jajko
  • 200 g masła lub margaryny
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżka łagodnej, ale takiej o wyrazistym smaku, musztardy
  • 2 łyżki suszonego oregano
  • 1 łyżka suszonej bazylii
  • 1 łyżka mleka – w razie, gdyby ciasto było za suche
  • dodatkowo: jajko rozmącone z odrobiną mleka, mak, sezam, gruboziarnista sól
[Listonic]


Przygotowanie:
Wymieszaj mąkę z proszkiem do pieczenia, solą, pieprzem i przyprawami (oregano, bazylia). Dodaj masło i dokładnie posiekaj nożem lub łopatką. Wbij jajko, dodaj musztardę. Całość zagnieć i wyrób gładkie ciasto. Owiń je w folię spożywczą i włóż na max godzinę do lodówki. Schłodzone ciasto podziel na kawałki, uformuj cienkie wałeczki, następnie zlepiaj jeden końce, oplataj wałeczki wokół siebie i zlep z drugiej strony. Miejsce łączenia dobrze jest posmarować białkiem, wtedy precelki na pewno się nie rozlecą. Gotowe precelki ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstaw do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni C na 10-15 minut. Precelki się nie rumienią. Mój patent na to, żeby jednak choć odrobinę zechciały wyglądem przypominać te krakowsko-rynkowe to termoobieg. 2-3 minuty przed końcem pieczenia przełączam na grzanie z dmuchawą.


A obok Ciuciu - rynna i poczta poetycka. Do poczty można wrzucić swoją wesołą twórczość i być może kiedyś będzie się drugim Miłoszem albo Szymborską. Chociaż Miłosz to w Warszawie.


poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Ciasteczka z brzuszkiem. Karnawałowe krakersy z curry


W karnawale idealnie sprawdza się słone przekąski. Małe ciasteczka, nie słodkie, a właśnie z ostrzejszymi przyprawami i ziołami. I koniecznie małe – żeby zjeść kawalek ciastka na imprezie trzeba usiąść, wziąć talerzyk, oderwać się na chwile do towarzystwa. Za to drobnostkę można porwać w biegu, między jednym tańcem a drugim albo wcinać razem z innymi. Już za niedługo powinny pojawić się u mnie faworki, ale jeszcze póki co – kiedy karnawał w pełni – przekąski imprezowe.

Karnawałowe krakersy z curry

We wszystkich ciasteczkach serowych uwielbiam szczególnie jedną rzecz – brzuszki. Ser ma tę właściwość, że „wybrzusza”, pompuje ciasteczka od środka, przez co wydaja się bardzo lekkie. Kilka cienkich warstw, zamiast jednej, a grubszej.
No i curry – dodałam go więcej niż w przepisie. Bo to jedna z tych przypraw, której ciężko dodać za dużo, a której smak uwielbiam. Wcale nie potrzeba dużo soli – wystarczy dobry ser i przyprawy.
Pomysł na przepis pochodzi z książki Ciastka, ciasteczka i babeczki Hilaire Walden.

Karnawałowe krakersy z curry

Składniki:
  • 15 dag mąki
  • 2 kopiate łyżeczki sproszkowanego curry
  • 10 dag masła, schłodzonego i pokrojonego w kostkę
  • 8 dag sera żółtego o wyrazistym smaku
  • 2 łyżeczki maku, czarnuszki lub sezamu
  • 1 łyżka zrumienionej cebulki
  • 1 żółtko
  • kminek, siemię i sezam do posypania
Przygotowanie:
  1. Wyłóż pergaminem dwie blachy do pieczenia. Rozgrzej piekarnik do 190oC.
  2. Przesiej do miski mąkę, dodaj curry. Wsyp kostki masła i całość rozetrzyj palcami tak, żeby mieszanka przypominała okruchy. Wsyp starty ser, mak  (czarnuszkę lub sezam), cebulę, wbij żółtko i zagnieć twarde ciasto. Zawiń je w folię i włóż do lodówki na pół godziny.
  3. Rozwałkuj cienko ciasto na posypanej mąką stolnicy. Powycinaj ciasteczka foremką, poukładaj je na przygotowanych blachach. Posmaruj je z wierzchu mlekiem i posyp kminkiem lub ziarnami.
  4. Wstaw do rozgrzanego piekarnika i piecz około 20 minut. Krakersy powinny być lekko zrumienione i chrupiące. Wyciąg, przestudź. Można je jeść na ciepło.
Karnawałowe krakersy z curry


Tomasz Maruszewski, Psychologia poznania

Męczyłam się z tą książką przeokropnie. Na początku była fajna, nawet ciekawa, szczególnie rysunki, ciekawostki, eksperymenty. Potem opsiów eksperymentów zrobiło się za dużo, utwierdzając mnie w przekonaniu, że to dla mnie książka akademicka i TYLKO akademicka. Hobbystyczna ewentualnie. Źle mi się ją niestety czytało. Nie twierdzę, że jest zła. Maruszewski jak na tak ciężki temat pisze nadzwyczaj zrozumiale i ogarnia całośc tematu zaskakująco dobrze - bo to książka o całym jednym wielkim dziale psychologii. Po prostu mi ta książka nie pasuje. Niby wszystko jest w porządku, ale jednak czegoś brak. Może bardziej obrazowego tłumaczenia skomplikowanych rzeczy? (allegro, ok. 30 zł)

Paluszki serowe z sezamem


Patyczki, paluszki – jak zwał tak zwał, ważne że kruche, serowe. Nie słodkie, bardziej wyraziste. Miały pasować do wina. Ważne, żeby ser miał wyrazisty smak. To nie może być łagodny ser jak gouda. Paluchy musza być charakterne. Inaczej będą za mdłe. Przed wstawieniem do piekarnika część posmarowałam rozmemłanym jajkiem, część zostawiłam „suchą”. Zdecydowanie lepsze są pierwsze. Mają ładniejszy kolor, przylepione ziarenka nie odpadają, a na wierzchu robi się apetyczna skorupka. Przy jajecznych łatwiej rozpoznać ten moment kiedy już są w sam raz i trzeba wyciągać z piekarnika. Zauważyłam tez, że „niejajeczne” bardziej lubią się przypalać, pomimo tej samej temperatury i czasu pieczenia. Podsumowując: posmarujcie wszystkie jajkiem, będzie z tego parę korzyści :)

Paluszki serowe z sezamem

Paluchy były pieczone na babski wieczór. Jeden z lepszych wieczorów, właśnie z TYCH wieczorów w babskim towarzystwie. Z winem i dobrym jedzeniem. W doborowym towarzystwie. Jeden z tych, który chce się powtórzyć: szybko, jak najszybciej, żeby znowu było tak fajnie.

Paluszki serowe z sezamem

Przepis z książki Ciastka, ciasteczka i babeczki Hilaire Walden (która skądinąd ma świetne pomysły na słone przekąski i wypieki).

Składniki:
  • 12 dag mąki i trochę do podsypywania
  • 1 łyżeczka łagodnej musztardy
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu
  • 6 dag masła
  • 7,5 dag sera o wyrazistym smaku (u mnie gruyère, ale równie dobrze możecie użyć każdego innego, byle nie był łagodny jak gouda)
  • 2 łyżki wody
  • 1 jajko, lekko ubite
  • sezam, siemię i mak do posypania

Przygotowanie:
  1. Rozgrzej piekarnik do 200oC Dwie duże blachy wyłóż papierem do pieczenia.
  2. Przesiej mąkę do salaterki, dodaj sól i pieprz. Dorzuć pokrojone w kostkę, schłodzone masło i łyżeczkę musztardy. Rozetrzyj palcami z mąką tak, żeby powstała mieszanka przypominająca zacierki lub okruchy.
  3. Wsyp ser, wlej wodę, dodaj pół jajka i szybko zagnieć ciasto.
  4. Przełóż ciasto na oprószoną mąką stolnicę. Możesz rozwałkować ciasto na cienki placek i pokroić go na paluszki długości 10 cm lub odrywać po kawałku z kuli ciasta i formować bardzo cienkie wałki (średnica ok. 0,5 – 1 cm) w rękach – ja wybrałam drugi sposób.
  5. Paluszki ułóż na blasze, posmaruj pozostałym jajkiem, posyp ziarnami. Wstaw po gorącego piekarnika na 8-10 minut, aż lekko się zrumienią.
Paluszki serowe z sezamem

PS. A pierniczki? Pierniczki przygotowują się już na Święta. I to wtedy będą miały swoją premierę, razem z innymi wigilijnymi przepisami.

Ryszard Kapuściński, Lapidaria II

Ładne kwiatki! z musztardą i ziołami


Kwiatki upieczone na galę Mediatorów. Już wyjaśniam o co chodzi. Mediatory to nagrody przyznawane przez studentów dziennikarstwa dziennikarzom, którzy przez ostatni rok zrobili najwięcej/najlepiej/najrzetelniej. W dziewięciu kategoriach, z których każda zawiera w sobie słówko TOR (Autorytet, Nawigator, Torpeda, Akumulator, Detonator, Promotor, Prowokator, Inicjator, Reformator) – jako symbol naprowadzania studentów dziennikarstwa z całej polski na właściwe tory dziennikarstwa. Dla zainteresowanych więcej informacji tutaj.

Ładne kwiatki! z musztardą i ziołami

Gala Mediatorów organizowana jest raz do roku, w listopadzie. Jaki w tym mój udział?
Ano taki, że Mediatory, po pierwsze, były pomysłem studentów dziennikarstwa UJ (na którym się uczę), po drugie, ich organizacją zajmuje się Koło Naukowe KNSD (do którego należę), po trzecie wreszcie – umiem piec, co wiąże się z regularnymi dostawami pudeł z ciastkami na imprezy dziennikarskie :) Rola kołowej kuchareczki bardzo mi odpowiada.

Wiecie co? Kiedy przyszłam wczoraj z pudłami do Audytorium Maximum, gdzie odbywa się gala, weszłam do garderoby, parę osób nie wiedziało skąd się tam wzięłam, a zagęszczenie osób na metr kwadratowy, że szpilki nie wepchnie, i weszłam tam ja, z pudlami ciastek, i na pytanie kim jestem odpowiedziałam, że ciastka przyniosłam i usłyszałam „ooo, ciastka…”
To taka głupota, ale, wiecie, to było tak niesamowicie miłe…


Ładne kwiatki! z musztardą i ziołami

(Przepis z : Ciastka, ciasteczka i babeczki Hilaire Walden)

Składniki:
  • 18 dag mąki razowej lub orkiszowej
  • 5 dag płatków owsianych
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki tymianku lub bazylii – świeżych lub suszonych
  • 5 dag chłodnego masła pokrojonego w kostkę
  • 3 łyżki mleka
  • 2 łyżeczki ostrej musztardy (Dijon, sarepska, angielska lub niemiecka)
  • łyżka ziaren sezamu
  • łyżka siemienia lnianego (lub tylko sezam albo siemię – jak lubicie)
  • sól i czarny pieprz
Przygotowanie:
1. Nagrzej piekarnik do 200oC. Wyłóż dwie blachy pergaminem. Do dużej miski wsyp mąkę, proszek do pieczenia, płatki owsiane, przyprawy, siemię, sezam i zioła. Wymieszaj. Dodaj masło i rozetrzyj je palcami z mąką.
2. W rondelku wymieszaj mleko z musztardą. Wlej do miski z mąką i zagnieć miękkie ciasto.
3. Przełóż ciasto na posypaną mąką stolnicę (nie za dużo, tylko tyle, żeby się nie kleiło). Wyrabiaj przez chwilę, po czym rozwałkuj na cienki placek (pamiętaj, że ciasteczka dzięki proszkowi do pieczenia urosną w piekarniku). Wykrawaj krakersy. Układaj je na blasze, zachowując odstępy.
4. Każdy krakers przed wstawieniem do piekarnika posmaruj mlekiem i pozakłuwaj widelcem w kilku miejscach. Wstaw do już wcześniej nagrzanego piekarnika i piecz 10-12 minut, aż do zrumienienia. Ciasteczka są łatwo przechowywane, np. w metalowej puszce, szczelnym szklanym słoju czy cefalonowej torebce.

Ładne kwiatki! z musztardą i ziołami



Martin Lindstrom, Dziecko reklamy
Related Posts with Thumbnails