• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy włoskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy włoskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 marca 2012

Szarlotka-zachwyt


Miałam dużo jabłek. I dużą ochotę na szarlotkę. A zanim się do niej zabrałam, zdążyłam zrobić już muffinki z jabłkami, jabłkowe naleśniki i babcine jabłka zapiekane w piecu. Naturalną koleją rzeczy przyszedł więc czas na szarlotkę.

Ale nie chciałam robić takiej zwykłej: ciasto-jabłka-ciasto. Ewentualnie cynamon albo wanilia. Nabrałam ochoty na kosmicznie pyszną, taką z bezą lub - jeszcze lepiej - z miękką i puszystą bezową pianką. Jak chmurka. Wygrzebałam odpowiedni przepis, upewniłam się, że dobry i do dzieła! 



Z dumą wyciągnęłam stolnicę (zawsze jestem dumna, jak wyciągam moją stolnicę, bo zawsze chciałam ją mieć, a kupiłam dopiero w zeszłym roku). Wysypałam mąkę, część wylądowała na czarnym fartuszku przewiązanym wielką białą kokardą wielkości mojej głowy, dorzuciłam zimne masło i mieniące się kryształki cukru. Nóż w ruch i do roboty. W jednej chwili przypomniało mi się jak ciasto robiła zawsze moja babcia. Ja wtedy zawsze siedziałam obok niej i tylko się przyglądałam. Nigdy nie pomagałam. Siedziałam i się gapiłam, choć znałam każdy ruch babcinych rąk na pamięć. Pamiętam też, jak się zarzekałam, kiedy babcia mówiła mi, żebym patrzyła uważnie, bo kiedyś mi się to przyda, a ja, 6-letnia dziewczynka, prychałam, że w życiu mi się nie przyda, bo ja nie będę gotować. A dzisiaj wyrabiając ciasto nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się do siebie pod nosem - bo robiłam to dokładnie tak samo, jak moja babcia. Te same czynności, identyczne ruchy rąk i nawet to samo zeskrobywanie ciasta nożem ze stolnicy. Choć przecież można ją umyć. Ale babcia zawsze najpierw oskrobywała.

Jednak trochę mi z tej 6-latki zostało. Bo chociaż od tamtego czasu nauczyłam się gotować, to nadal nie lubię tego robić. Uwielbiam piec, ale nie przepadam za gotowaniem. 

Efektami mojej wypieczonej frajdy jest cudownie pachnąca, jeszcze lekko ciepła domowa szarlotka, z wysoką pianką, jaką zawsze chciałam zrobić i z całą górą jabłek pomiędzy nią a warstwą orzechów włoskich i kruchym ciastem. Pachnie i smakuje - obłędnie! I odkryłam fajny trik na piankę - będzie wysoka i nie klapnie, jeśli po ubiciu doda się do niej 2 łyżki mąki ziemniaczanej.



Szarlotka z bezową pianką

Składniki na 1 dużą szarlotkę:
kruchy spód:
  • 2 szklanki mąki 
  • 1 i ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • ½ szklanki cukru pudru
  • 200 g schłodzonego masła
  • 4 żółtka
  • bułka tarta
nadzienie:
  • 1 kg twardych, słodko-winnych jabłek
  • 1 szklanka grubo zmielonych lub posiekanych orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki cynamonu
pianka:
  • 6 białek
  • 1 i ½ szklanki cukru pudru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 170 stopni C. Usyp z mąki na stolnicy kopczyk, dodaj do niego cukier puder, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i masło. Posiekaj wszystko nożem, a następnie porozcieraj dłońmi, aż masło będzie w malutkich kawałkach.
2. Wbij żółtka i całość zagnieć rękoma. Rozwałkuj ciasto na prostokąt (jeśli masz prostokątną blachę) lub kółko (analogicznie – okrągła forma do ciasta) i przełóż do formy. Podociskaj ciasto do brzegów, żeby pozbyć się powietrza. Nie wykorzystuj całego ciasta – odłóż sobie trochę do starcia na tarce na wierzch ciasta (już na piankę).
3. Spód posyp obficie bułką tartą (bułka wyłapuje sok, który wypływa z jabłek podczas pieczenia i dzięki temu ciasto nie rozmięknie). Następnie wysyp równomiernie orzechy, na nie poukładaj jabłka i całość posyp cynamonem.
4. W misce ubij białka, stopniowo dodając cukier, na sztywną pianę. Na końcu dodaj mąkę ziemniaczaną i delikatnie wymieszaj łyżką. Nałóż pianę na wierzch ciasta.
5. Na pianę zetrzyj na tarce o dużych oczkach kawałek ciasta, który ci wcześniej został.
6. Wstaw do piekarnika, piecz ok. 30-40 minut, aż ciasto się zrumieni.


Tim Harford - Sekrety ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje Twoja kawa?


Jestem gotowa wielbić każdą książkę, która jest choć trochę ekonomiczna, a która jednocześnie nie wlatuje z głośnym świstem przez moje okno. Mało, Sekrety ekonomii jest nawet momentami zabawne. Za to w większości ciekawe i - co jest dla mnie megawielkim plusem we wszystkich książkach - nieprzegadana. Nie znoszę wodolejstwa. A tutaj go nie ma. Jest za to niezła literatura napisana zrozumiałym językiem, pełna przykładów obrazujących prawa ekonomii (nie wierzę, że to piszę, ale zdążyłam się nawet kilka razy wciągnąć, co jak na stuprocentową humanistkę pozbawioną jakiejkolwiek sympatii dla ekonomii, jest sukcesem takim, jak dla kogoś, kto umie ugotować tylko wodę na herbatę, jest upichcenie finezyjnych francuskich makaroników z karmelową skorupką). Chociaż tak sobie też myślę, że jeśli ktoś nie studiuje na jakimś ścisłym kierunku albo po prostu za takim nie przepada, to nie wyciągnie z książki Harforda tyle, co jej zagorzały zwolennik. Mówiąc prościej: jak ktoś woli coś innego, książkę przeczyta, może nawet polubi. Natomiast umysły ścisłe Sekrety ekonomii pokochają, docenią i pozostaną im one w głowie na bardzo długo.

środa, 21 marca 2012

Jabłkowa kruszynka



Jeszcze muffinka czy już mała szarlotka?
Muffinka, bo pieczona w muffinkowej formie. 
I to by było na tyle, bo na tym jej muffinkowość się kończy. A więc szarlotka w wersji mini? Ciasto by się zgadzało: kruche, delikatne, pachnące wanilią. W środku jabłka i orzechy włoskie. W zasadzie nie wiadomo czego więcej: owoców czy bakalii. Słodkie, ale nie przesadzone. W sam raz.


No dobrze, a co można z taką babeczką zrobić?

Można schować do metalowej puszki na ciastka, razem z dziewięcioma pozostałymi babeczkami. 
Można też zapakować dwie do brązowej papierowej torebki i wrzucić do torebki pomiędzy portfel, komórkę, książkę i fioletowego Hefalumpa. Hefalump jest od kluczy, żeby było za co złapać klucze, kiedy sięga się ręką do torebki buszując w niej po omacku.
Jedną babeczkę można komuś podarować. Ale tylko jedną. Bo dziewięć innych znajomych też by chciało.
Można założyć się z kimś kto zrobi wyższą babeczkową wieżę. 

Można też zrobić sobie rozpieszczający zestaw śniadaniowy. Babeczka, książka, talerz w kropki. 

Oczywiście, zjeść też można. A nawet należy.


Babeczki orzechowo-szarlotkowe

Składniki:
Kruche ciasto:
  • 300 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 200 g masła
  • 80 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • cukier puder do oprószenia
Nadzienie jabłkowo-orzechowe:
  • 0,5 kg soczystych, słodko-kwaśnych jabłek
  • pół szklanki brązowego cukru
  • 1 łyżka cynamonu
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki zmielonych orzechów włoskich

Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 200 stopni C, muffinkową blachę wysmaruj masłem (ciastka będą się piekły bez papilotek). Silikonowych foremek nie trzeba natłuszczać. Umieść wszystkie składniki w misce i ugniataj palcami. Gotowe ciasto lekko rozwałkuj, powykrawaj szklanką kółka i wylepiaj nimi spód i brzegi foremek. Warstwa ciasta nie musi być bardzo gruba - musi zostać miejsce na nadzienie, ale też nie może być za cienka, bo babeczki nie przetrwają wyciągania po upieczeniu z foremki. Ja wykleiłam 11 foremek i odłożyłam trochę ciasta na później, po czym zabrałam się za przygotowanie nadzienia.
2. Obierz jabłka, wydrąż gniazda nasienne i pokrój owoce na mniejsze kawałki. Na patelni rozpuść masło, wsyp jabłka, dodaj cukier, cynamon, orzeszki i wymieszaj. Podsmażaj na małym ogniu, aż jabłka zmiękną i zaczną intensywniej pachnieć. Cukier ma się całkowicie rozpuścić, a jabłka pozostać w kawałkach. Tak przygotowane nadzienie ponakładaj do babeczek i przykryj pozostałym ciastem. Możesz dodatkowo powykrawać z ciasta różne kształty foremkami lub nożem i przykleić je na wierzch. 
3. W górnej warstwie porób dziurki patyczkiem do szaszłyków albo nożem (tędy uchodzi gorące powietrze podczas pieczenia, bez dziurek muffinki będą pękać). Posmaruj wierzch żółtkiem wymieszanym z mlekiem i wstaw do piekarnika na ok. 25-30 minut, aż do zrumienienia. Po upieczeniu przestudź babeczki i dopiero wtedy powyciągaj je z foremki i lekko oprósz cukrem pudrem.
4. Można przechowywać je ponad tydzień w metalowej puszcze lub słoiku na ciastka - po kilku dniach w puszcze są nawet lepsze niż zaraz po upieczeniu :)




Marcin Prokop, Szymon Hołownia - Bóg, kasa i rock'n'roll

Zrobiło mi się trochę żal, kiedy po którejś z kolei książce Hołowni zorientowałam się, że mnie nudzi. Żal, bo pamiętam, jak bardzo podobała mi się jego pierwsza. Coś innego, tak nietypowo, o, fajne. Kolejną tez polubiłam. Następna była już ani-ani. Szału nie ma, ale źle tez nie jest. Potem było za to już coraz gorzej - wałkowanie tego samego, czasami trochę innymi słowami, innym razem już nawet bez tego. Piszę o tym, bo to był jeden z powodów, dla których ucieszyłam się na tę książkę. Trochę pokładałam nadzieję w Prokopie, że wreszcie rozrusza Hołownię i ten drugi wróci do łask i na moją półkę. 
Hasłem-kluczem reklamy, która nakręcała wszystko, co działo się wokół książki jeszcze przed jej ukazaniem się była "elektryzująca rozmowa". Być może brak mi czegoś do odebrania tej energii, bo rozmowa, zamiast trzymać mnie w napięciu, trochę nudziła. Sięgając po książkę, zawsze mam swoje przewidywania, ale zawsze też oczekuję, że na nich się nie skończy - że autor mnie zaskoczy, zadziwi, że się chwilę zastanowię  i pomyślę inaczej niż zwykle. Tutaj mi tego zabrakło. Wiedziałam, jak bardzo różne są od siebie te dwie osoby i jak bardzo ich poglądy na różne sprawy są od siebie oddalone. Ciekawa byłam, jak bardzo będą się zafiksowywać na swoich punktach widzenia, a w jakim stopniu spróbują zrozumieć się wzajemnie i jak interesujące będzie to dla mnie. I trochę się rozczarowałam. Owszem, było parę intrygujących momentów i mądrych zdań, ale w większości mogłabym opowiedzieć o czym są poszczególne rozdziały jeszcze przed ich przeczytaniem. 
Ciekawa jestem kolejnej książki Hołowni i czekam na nią niecierpliwie. Zapowiada się nieźle: podróże po świecie, których tematem przewodnim są inne kultury i religie. Będzie książkowa rehabilitacja?

sobota, 25 lutego 2012

Nie lubię owsianki


Wpadłam na pomysł. Więc poszłam do kuchni, wyjęłam wszystko, co suszone i słodkie, i zaczęłam mieszać. Wiadomo - przy pieczeniu myśli się lepiej. Mieszanie i uklepywanie jest trochę monotonne, a monotonia sprzyja zastanawianiu się. Co z tego wynikło, napiszę jeszcze później.

Bo póki co czas na płatki owsiane. Nie przepadam za owsianką - nawet jeśli jest z czekoladą, miodem i miliardem różnych pyszności - nie lubię. Dałabym się za to pokroić za batoniki owsiane. Nie chcę ich kupować, bo w większości mają w sobie składniki, o których słyszę pierwszy raz w życiu i których nazwy są tak pogmatwane, że trudno mi je wypowiedzieć. A fe. A te są najprostsze na świecie i próżno w nich szukać smakowych oszustów. Są orzechy, żurawina i rodzynki (jeśli ktoś nie lubi rodzynek, może je wyrozumiale pominąć), mnóstwo ziaren  i orzechy. Jeśli ktoś bardzo lubi, może dodać czekoladę. Ja sypię zamiast niej wiórki kokosowe - dzięki temu batony są nieco miększe i cudownie pachną. 

A później można je pokroić na prostokątne kawałki, zamknąć w dużym szklanym słoiku na ciastka, postawić na blacie w kuchni i podkradać się do niego na paluszkach. Albo zapakować i wrzucić do torebki na drugie śniadanie. I koniecznie przewiązać wstążką, bo nie ma to tamto - trzeba sobie samej sprawiać małe przyjemności.


A pomysł, o którym napisałam wcześniej? Jest książkowy. Będzie tutaj - na blogu - więcej książkowych pomysłów, pozytywnie pokręconych drobiazgów i rzeczy, które lubię. Będę pisać o książkowych inspiracjach i ciekawostkach częściej, nie tylko w kontekście wypieków. Tak jak lubię.

Batoniki owsiane 
(Przepis Nigelli)

Składniki:
  • 397 g mleka zagęszczonego słodzonego - czyli 1 puszka
  • 250 g płatków owsianych górskich
  • 75 g wiórków kokosowych
  • 100 g suszonej żurawiny + 2 garści rodzynek
  • 125 g mieszanki nasion (pestki słonecznika, dyni, sezam, siemię lniane)
  • 125 g niesolonych orzechów (może być jeden rodzaj, a może być mieszanka różnych)
Przygotowanie:
Mleko skondensowane podgrzać w garnuszku, ale nie do zagotowania. W misce wymieszać wszystkie suche składniki, dolać ciepłego mleka, dobrze wymieszać. Formę o wymiarach ok. 20 x 35 cm wyłożyć papierem do pieczenia, na to wyłożyć przygotowaną mieszankę, wyrównać powierzchnię. W zależności od tego, jakie lubi się batony można masę lekko ugnieść - bez tego dla mnie były zbyt miękkie. Ale też nie ugniatać masy na siłę, bo wtedy zrobią się kamyczki, nie batony. Piec ok. 1 godziny w temperaturze 130 st. C. Po wyjęciu i przestudzeniu pokroić na 16 prostokątnych batoników.


Jeff Potter - Gotowanie dla geeków

To jest jedna z tych chlubnych chwil, w których łamię swoją żelazną zasadę, że o książkach kucharskich nie piszę. O dobrych aż wstyd byłoby mi nie wspomnieć. Absolutnie pokręcona, pozytywnie nienormalna i niestandardowo fantastyczna: książka kucharska dla geeków. Czytałam ją kawał czasu - nie dlatego, że jest nudna, ale dlatego, że to ten typ książki, którą się długo czyta. To nie jest książka hop-siup, siądzie się raz i machnie całą w jeden w wieczór. Ją trzeba odkrywać powoli, nawet z przerwami, czasami kiedy jest potrzebna, a czasami dla czystej przyjemności. Tak, jak nie czyta się encyklopedii, słownika i zwykłej książki kucharskiej na raz, tak Gotowania dla geeków też nie przelatuje się na jedno posiedzenie. Jeff Potter zrobił (napisał!) kawał dobrej roboty, zbierając wszystkie najbardziej zakręcone jedzeniowe fakty pomiędzy dwiema okładkami. I nie jest to bynajmniej hasłowy spis rzeczy, które zawsze chciało się wiedzieć, ale nie wiadomo było, czy są prawdą (choć to też), ale zbiór najróżniejszych ciekawostek urozmaiconych krótkimi wywiadami, obrazkami, wykresami, tabelami i ramkami, z których można korzystać na miliard sposobów - jak komu odpowiada: od pierwszej do ostatniej strony, od końca albo na wyrywki. Znajdziecie tu oprócz klasycznych przepisów (rzadziej), receptury zdrowo pokręcone (zdecydowanie częściej, na przykład "zrób sobie swoją pektynę"), wypis zastępników typowych alergenów (czyli: nie pijesz mleka, nie jesz truskawek, krztusisz się fistaszkami? Zobacz, czym możesz je zastąpić), czy kuchenne rady życiowe tak fantastycznie proste, a trudno na nie samemu wpaść. Jakkolwiek by z tej książki nie korzystać, zawsze  będzie podana idealnie.

piątek, 9 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Moje Dolomity!"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! I znowu gatunek, którym normalnie się nie zajmuje, czyli przewodnik. Albo prawie przewodnik. Wydał mi się na tyle inny niż wszystkie, że postanowiłam rozłożyć go na części pierwsze w recenzji.
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.


Dolomity, nazywane też bladymi górami, są najbardziej smakowitą częścią włoskich Alp - gdzie najwyższy szczyt nazywa się Marmolada, a lokalnymi przysmakami są Śmierdziel z Moeny i księże zadławki.

Jakim cudem przewodnik może być czytany z zapartym tchem, skoro nie ma się w planach wyjazdu w miejsce, o którym się czyta? Jakimś cudem widać może. Bo ani ten przewodnik nudny, ani nawet do końca nie można go nazwać przewodnikiem.

Vito Casetti (tak, Europa da się lubić) i Agata Jakóbczyk rozpoczęli sezon w Moich Dolomitach w zimie. Pierwszym przystankiem było więc Trentino, czyli idealnie miejsce dla zapalonych fanów nóg przypiętych do jednej albo dwóch desek. Szczególnie polecam lekturę tym, którzy od lat narzekają na nasze polskie przeładowane wyciągi, nieodśnieżone trasy narciarskie i płaskie jak deska stoki. W Dolomitach narciarski system funkcjonuje inaczej. Kupując jeden karnet, dostajemy dostęp do wszystkich wyciągów i stoków, czyli 12 ośrodków narciarskich i 450 kolejek linowych, z których wszystkie są szybkie i supernowoczesne. Łącznie: 1200 km połączonych tras narciarskich. Tak, kilometrów. Tysiąc dwieście.

Dolomity to jedna wielka sieć wyciągów łączących poszczególne regiony i miasta. Niektóre oddalone są od siebie o kilkadziesiąt kilometrów i leżą na przeciwległych stokach gór, a do których bez problemu można dostać się kolejką linową. Trasy są krótsze i dłuższe - można wybrać kilka małych odcinków lub zjechać jedną długą, 26-kilometrową trasą (co zajmie około 6 godzin). Nie mogę powstrzymać się w tym miejscu od porównania - nasze polskie stoki wyglądają przy włoskich ośrodkach narciarskich jak zapuszczone bidulki. W Polsce trzeba odstać swoje w dlugaśnej kolejce do wyciągu, gdzie podczas czekania inni niecierpliwcy wjeżdżają ci na twoje nowe, wywoskowane i wyczyszczone narty swoimi i gdyby tylko mogli, wydłubaliby kantem swoich desek pamiątkowy napis TU BYŁEM. Kiedy już uda ci się wystać swoje i wyjedziesz orczykiem na górę, czeka cię zjazd z duszą na ramieniu, bo na stoku jest tak ciasno, że tylko kwestią czasu i szczęścia jest, czy wjedzie w ciebie początkujący narciarz jadący na krechę, rozpędzony snowboardzista czy dziecko, któremu poplątały się narty. Cały zjazd zajmie ci góra 20 minut, po oblodzonym (bo wszyscy po tym kawałku jeżdżą) albo nieodśnieżonym (bo nie zjeżdża tamtędy nikt) stoku - akurat zdążysz się psychicznie przygotować na ponownie odstanie 40 minut w kolejce.
A szusujący w Dolomitach znają zasady. I wcale nie trzeba im o nich przypominać, sami ich przestrzegają.


Narciarze we Włoszech mają inne problemy. Zaprzątają sobie głowę raczej tym, czy na obiad spróbować szpinakowych gnocchi, czy typowo włoskiej polenty. Na deser zamówić tiramisu? A może apfelstrudel? Który, na marginesie, jako typowo austriacki deser bije w Południowym Tyrolu rekordy popularności - a to dlatego, że znajdują się tutaj największe w Europie sady jabłkowe, które dają najbardziej soczyste i słodkie jabłka - wiedzieliście o tym?.

Vito Casetii, jako rodowity Włoch nie mógł odmówić sobie przyjemności rozgadania się o włoskiej kuchni. Są więc kuszące opowieści np. o produkowanym tylko w Val di Sole niezwykle aromatycznym serze Puzzone di Moena, czyli dosadnie tłumacząc: Śmierdzielu z Moeny. Z rozbawieniem czytałam też o szpinakowych kluseczkach podawanych z topionym masłem i parmezanem, nazywanych strangolapreti - dosłownie "księże zadławki" (w książce znajdziecie na nie przepis).



Połączenie włoskiej beztroski i polskiej ciekawości świata zaowocowały smakowitą i megaciekawą mieszanką wybuchową - to dlatego na samym początku napisałam, że nie wiem, czy mogę tę książkę z czystym sumieniem zaklasyfikować jako przewodnik. Jeśli ktoś z moich znajomych będzie wybierał się w Dolomity, na pewno mu ją podrzucę do walizki, ale książkę czyta się też świetnie i bez zabookowanego biletu lotniczego w ręce, rezerwacji na hotel i złotówek wymienionych na euro.

Nie trzeba nawet jeździć na nartach czy desce. Moje Dolomity są małym rajem na ziemi nie tylko w zimie, ale też w lecie - zresztą w jednym sezonie wcale nie trzeba rezygnować z drugiego, w wyższych partiach Dolomitów można szusować po białym puchu przez cały rok. Do tego śliczne, czyste jeziora, nad którymi można wygrzewać się w słońcu, zajadać włoską pastą z serem ricotta i popijać kieliszkiem dobrego wina, a na deser serwować sobie świeże, słodkie figi. Ach, la dolce vita!
Jak widać, wcale nie trzeba się tam wybierać, żeby móc wyobrazić sobie wszystkie te przyjemności.

_______________________________________
Vito Casetti, Agata Jakóbczyk - Moje Dolomity!
Bielsko-Biała 2010
Wydanie I
Stron: 256
Wydawnictwo:


Jednym z tradycyjnych dań kuchni włoskiej, o której piszą autorzy, jest polenta. Bardzo prosta w przygotowaniu, w zasadzie robi się sama - trzeba tylko doglądać i mieszać, żeby się nie przypaliła. Pachnąca miodem i orzechami, na ciepło, jest idealnym wrześniowym śniadaniem. Słodka, z orzeszkami do pochrupania i truskawkami do posmakowania.




Polenta na słodko z truskawkami

Składniki na dwie miseczki:
  • 1 szklanka kaszki kukurydzianej
  • 2,5 szklanki mleka 
  • 3 łyżki miodu
  • szczypta kardamonu
  • szczypta cynamonu
  • 1 szklanka truskawek
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 3 łyżki suszonej żurawiny
Przygotowanie:
1. Orzechy włoskie posiekaj na grube kawałki. Wysyp je na suchą patelnię, upraż na małym ogniu. Gdy lekko się zezłocą i zaczną pachnieć, przesyp je do małej miseczki lub na talerz - nie mogą zostać na patelni, inaczej się przypalą.
2. Do rondelka wlej mleko, wsyp kaszkę kukurydzianą. Dodaj kardamon i cynamon, zamieszaj i niech się powolutku gotuje na małym ogniu.
3. W tym czasie pokrój truskawki na ćwiartki, garść truskawek odłóż do posypania gotowej polenty po wierzchu, resztę dodaj do gotującej się kaszki. Razem z truskawkami dodaj miód i masło orzechowe. Od tej pory masa zacznie gęstnieć, dlatego musisz ją ciągle mieszać.
4. Na końcu, kiedy kaszka uzyska już prawie-prawie konsystencję, jaka będzie ci odpowiadać - ja lubię gęstą - dosyp żurawinę, i uprażone orzechy. Zamieszaj ostatni raz i przełóż do miski. Udekoruj na wierzchu odłożonymi wcześniej truskawkami, możesz także posypać jednym drobno posiekanym orzeszkiem.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.



P.S. Zgaduj zgadula, jaką książkę wezmę na warsztat za niedługo. Ma coś wspólnego z poniższym zdjęciem, ale nie jest to ta książka, która leży obok mojego kapelusza. Ma też coś wspólnego z tematyką dzisiejszej recenzji. Ciekawe, czy zgadniecie, o jaki tytuł mi chodzi :)

(za zdjęcie dziękuję Grumkom)

piątek, 22 lipca 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Głodne kawałki. Kill Grill 2"

Czwarta recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - tym razem będzie prawdziwa smakowa mieszanka wybuchowa: odrobina słodyczy przyprawiona gorzką prawdą. Jednak zamiast kwaśnych min czekają niekontrolowane wybuchy śmiechu.

(Dla jeszcze niewtajemniczonych w cykl: klik klik po informacje tutaj!)



Jesteście gotowi na ostrą kulinarna jazdę bez trzymanki? Anthony Bourdain zabije Was śmiechem, rozbroi szczerością i opowie takie rzeczy o szefach kuchni, o jakich wam się nie śniło.


Od pierwszej strony wiedziałam, że to będzie książka, przy której jak nic popłaczę się ze śmiechu. Ba, nawet wcześniej niż od pierwszej strony. Wzięłam książkę do ręki, otworzyłam na chybił-trafił, a tam: Zasada pierwsza: uciekaj z hotelu najdalej, jak to możliwe. Zasada druga: unikaj miejsc, gdzie zbierają się tacy jak ty (to znaczy przyjezdni i turyści). Zasada trzecia: gdy znajdziesz nędzny bar wypchany po brzegi tubylcami, którzy najwyraźniej dobrze się bawią, wejdź, usiądź i zacznij pić. Już pana lubię, panie Bourdain. 

Później jest już coraz lepiej. Jeśli myślicie, że tylko Bear Grylls zjada robaki na śniadanie, jesteście w błędzie. Bourdain robi to z nie mniejszą gracją. W końcu szkolił się w CIA (jak przystało na CIA, dla niepoznaki: Culinary Institute of America) i choć dziecięce plany zostania sławnym gangsterem albo wyjętym spod prawa kryminalistą spełzły na niczym (zbyt ciężka praca), Anthony nie zrezygnował z bezwzględnej ironii, bluzgania na lewo i prawo, zabijania błyskotliwym poczuciem humoru i wyzłośliwiania się na połowę kulinarnego świata. Fucha byłego szefa kuchni, obecnie kręcącego swój własny program podróżniczo-kulinarny Anthony Burdain: No reservations obejmuje, obok zajadania się smakołykami w najodleglejszych zakątkach świata i popijania ich miejscowymi alkoholami, takie uciechy, jak picie wódki ryżowej ramię w ramię z kambodżańskimi partyzantami, wgryzanie się w ugotowane, usmażone albo zapieczone w karmelu i nabite na patyczki pełzająco-bzykające rarytasy. 

Jeśli spodziewacie się grzecznych tekstów o jedzeniu w stylu "och, co jest delikatniejsze: przegrzebki czy fois gras?", czeka was rozczarowanie. Bourdain, zamiast tracić czas na takie rozważania, serwuje opowieści z kuchennego piekła rodem. Co dzieje się na zapleczu miłych, acz z jakiegoś powodu świecących pustakami barów? Dlaczego odpadnięte literki z neonu z nazwą restauracji są jak wielki, czerwony znak STOP krzyczący: "omijaj to miejsce z daleka!" I jak naprawdę wygląda wieczór w restauracji - ale nie z punktu widzenia gości, którzy niecierpliwią się, że zamiast 6 minut, na zamówione dania przyszło im czekać 8, ale z perspektywy szefów kuchni, kucharzy i kelnerów, którzy uwijają się jak w ukropie, próbując skoordynować swoje ruchy jak primabaleriny w rosyjskim balecie.



Kolejna książka amerykańskiego szefa kuchni jest chyba jeszcze zabawniejsza od jej pierwszej części. To zbiór felietonów publikowanych w różnych amerykańskich tytułach na przełomie kilku lat - a że felieton sam w sobie nie jest długi, tak też jest w tym przypadku - prosto, krótko i dosadnie. Anthony Bourdain nie jest typem kucharza do rany przyłóż, który, gdy masz zły dzień, przybiegnie do ciebie z paczką chusteczek o zapachu lawendy i będzie pocieszał tak długo, jak tego potrzebujesz. O nie. On wyciągnie cię do baru, zatarga do zatłoczonych i zadymionych pubów, których atmosfera postawi cię na nogi. Zrobi rundkę po okolicy, żeby pokazać ci, gdzie się dobrze je i nie gorzej pije. 
A po kilku drinkach opowie parę ciekawych historii - tych, o których wszyscy po cichu mówią, ale nikt nie wie czy naprawdę się zdarzają.


Bourdain z rozbrajającą szczerością dopieka masowej gastronomii, z ironicznym uśmiechem podchodzi do właścicieli restauracji serwujących zbyt wyrafinowane potrawy, aby dało się je zjeść bez wyrzutów sumienia, że popsuje się skomplikowaną konstrukcję na talerzu. Amerykanin wyśmiewa się z celebrity chefs. Obrywa się w zasadzie wszystkim po kolei. Jamiemu Oliverowi czy Nigelli - choć jej może nieco mniej, bo mimo, że Nigella nie jest szefem kuchni i nie potrafi gotować - potrafi tylko dobrze zjeść, Anthony trzyma się swojego pierwszego kuchennego przykazania: Dobre jedzenie rzeczywiście prowadzi do seksu. A kto inny oprócz Nigelli potrafi tak seksownie mieszać makaron i łamać czekoladę na kawałki?

Przy tej książce będziecie śmiać się na cały głos. Niechybnie przypalicie obiad, bo od Kill Grilla nie sposób się oderwać. Zacznie wam burczeć w brzuchach przy rozczytywaniu się w opisach potraw przygotowywanych przez Anthony'ego. Zapragniecie wszystkiego smakować, zobaczyć na żywo miejsca, które opisuje i spędzić całą noc na słuchaniu zwierzeń szefów kuchni.



Anthony Bourdain - Głodne kawałki. Kill grill 2
Tłumaczenie: Wioletta Lamot
Wydawnictwo W.A.B.
Wydanie I
Warszawa 2011
Stron: 408

logo


Co słodkiego mogło mi się skojarzyć z Kill Grillem? Tylko ciasto czekoladowe! 



Ale żeby nie było za grzecznie, dodałam gorzką czekoladę z chilli. Tak jak w książce, jest wyraziście, ale nie za ostro, tak i ciasto - baaardzo intensywnie działa na kubki smakowe, bo chilli wyostrza smak czekolady. Ale nie jest ostre, jeśli ktoś nie wie, co jest dodane do środka, nie wyczuje przyprawy.
Jest pyszne!



Niegrzeczne ciasto czekoladowe z chilli a'la Anthony Bourdain

Składniki:
  • 250 g mąki
  • szczypta proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 250 g cukru
  • 250 g margaryny albo masła (bardzo miękkiego)
  • 2 prawdziwe, wiejskie jajka
  • wielka łyżka dobrego kakao
  • szklanka orzechów włoskich
  • 1 tabliczka czekolady z chilli (lub 1 tabliczka zwykłej gorzkiej czekolady i szczypta zmielonego chilli - tak 1/4 łyżeczki)
  • na polewę: 1 tabliczka gorzkiej czekolady
Przygotowanie:
1. Włóż wszystko do miski. Poza czekoladą.
2. Zmiksuj.
3. Czekoladę z chilli dodaj do środka, pokrojoną na małe kawałki, za to gorzką odłóż na polewę. Ciasto z czekoladą z chilli wymieszaj drewnianą szpatułką albo dużą łyżką.
3. Posmaruj masłem (i posyp bułką tartą) blachę do pieczenia.
4. Wlej do niej ciasto.
5. Piecz ciasto w temperaturze 190 stopni C przez jakieś 50 minut. Sprawdzaj patyczkiem (czas może być dłuższy albo krótszy - mi zajęło to prawie godzinę). Po wyjęciu ciasta z piekarnika rozpuść gorzką czekoladę w miseczce postawionej na garnku z gotującą się wodą, a gdy przestygnie, polej nią ciasto.



Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:

środa, 25 maja 2011

Tarta megaorzechowa


Przepis z cyklu wyszperane, znalezione, wydrukowane i zapomniane. Ha! Nie tak do końca zapomniane. Segregator w truskawki, który ledwo trzyma wszystkie kartki w jednej kupie jest już pełen tak, że ciężko przewracać w nim przepisy - jak się chce coś przeczytać, to trzeba wytargać spomiędzy innych świstków. I ten przepis jest właśnie taki wytargany. Chyba każdy, kto gotuje, ma taki swój prywatny składzik: co kogo zainteresuje, pstryk, klik! i drukarka nie ma czasu na próżnowanie.

Tarta przygotowana na XIII Festiwal Kultury Żydowskiej we Wrocławiu Simcha. Book Me a Cookie w tym roku partneruje, wspiera i mocno trzyma kciuki za festiwal - bo pomysł fajny, a idea zacna. W związku z tym, kulturalnie, tarta orzechowa - z całym mnóstwem migdałów, nerkowców, orzeszków laskowych i włoskich. Dodane do kruchego spodu, na którym zapieka się cudnie pachnąca masa orzechowa. Na wierzch lekko powciskane i przyrumienione orzechy.

Jest taki moment podczas pieczenia, że zapachy z piekarnika zaczynają wydostawać się poza kuchnię - najpierw lekko, przelotnie zapachnie, potem ten zapach staje się intensywniejszy i słodki. Czuć przyprawy, kruche ciasto, nadzienie - to jest jakaś zapachowa bajka. W tej tarcie tak właśnie bajkowo mieszają się słodkie zapachy: miodu, przypraw (cynamonu i kardamonu) i sezamu. Potrafię wyczuć zapach upieczonego ciasta. I faktycznie, za chwilę pi bip pi bip, minutnik zaczyna się dopominać o wyłączenie.


A najmagiczniej jest wtedy, gdy ktoś wchodzi do domu - i pachnie tak ciepło, miło, przytulnie. Dla  niego intensywniej niż dla mnie, bo po jakimś czasie nos się przyzwyczaja, ale dla kogoś, kto przychodzi z zewnątrz takie słodkie aromaty są wyczuwalne przez kilka godzin po pieczeniu. To jest lepsze niż odświeżacz powietrza! W dodatku która firma zamyka w chłodnej metalowej puszce zapach przytulności? To potrafi tylko piekarnik. Swój, domowy, stary albo nowy, z funkcją grzania od dołu, od góry, od dołu i od góry, na skos - nie ma znaczenia. Ważne, że swój, udomowiony.


Tarta orzechowa
(z orzechowym nadzieniem, na orzechowym spodzie i z orzechami na wierzchu)
Przepis wyszperała gdzieś na forum Anoushka, z małymi zmianami, żeby było bardziej po mojemu.

Składniki - forma ø 26 cm:
ciasto:
  • 150 g mąki
  • 150 g zimnego masła
  • 60 g cukru pudru
  • 20 g drobno zmielonych migdałów
  • 40 g wiórków kokosowych (można zamienić na taką samą ilość mielonych orzechów, jeśli ktoś nie lubi wiórków)
  • 1 spore jajko
orzechowe nadzienie:
  • 150 g masła
  • 80 g cukru
  • 200 g zmielonych orzechów - mogą być same migdały, może też być mieszanka różnych orzechów - ja zmieliłam ze sobą migdały, orzechy włoskie, laskowe i nerkowce
  • 3 jajka
  • 2 łyżki najpyszniejszego miodu, jaki macie
  • 100 g orzechów na wierzch (dałam brazylijskie)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • pół łyżeczki kardamonu
  • 2 łyżki ziaren sezamu

Przygotowanie:
Składniki na ciasto szybko zagnieść. Uformować kulkę, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na minimum 30 minut. Po tym czasie delikatnie podsypując mąką, rozwałkować ciasto i przełożyć do formy na tarty (albo "wygnieść" w foremkę palcami, odrywając po kawałku ze schłodzonej kulki ciasta i wylepiać formę jak plasteliną). Włożyć z powrotem do lodówki.
Utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Stopniowo dodawać po jednym jajku. Na końcu dodać zmielone migdały, miód i przyprawy. Wymieszać. Ciasto wyjąć z lodówki, wyłożyć na nie krem. Obsypać wierzch z grubsza posiekanymi orzeszkami, delikatnie wciskając je w krem. Piec około 35-45 minut w nagrzanym do 170°C piekarniku. Po wyjęciu z piekarnika odstawić do ostygnięcia.
Tarta świetnie smakuje z filiżanką świeżej kawy albo polana słodką śmietanką :)



Roma Ligocka, Dziewczyna w czerwonym płaszczyku
(o książce pisałam już tutaj - klik!)

sobota, 14 maja 2011

Co się wymądrzasz, orzeszku


- Ty jesteś taka zawsze mądralińska.
- A nie!
- Oho ho, no niee...
- Wcale nie tak zawsze.
- A wiesz co to znaczy, "wiem, że nic nie wiem", tak powiedział jeden filozof i wiesz, co miał na myśli? Że prawdziwie mądry człowiek ma świadomość tego, czego jeszcze nie wie i tego, że dużo jeszcze nie wie, to jest prawdziwa mądrość! Pokora!
- No - wzruszenie ramion, cyk: góra, dół. - Wiem.
- Widzisz! Ty nawet to wiesz!


No dobrze, czasem się wymądrzam. Ale! Tylko czasem. W myśl zasady chyba na pewno tak, a jak nie, to może a nuż się uda i będę miała rację. Co jest niekiedy powodem ogólnej wesołości D., który słuchając mnie, zaczyna robić dziwne miny, próbując powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. To jest znak, że oto nadszedł moment, kiedy należy spytać "prawda?", przeczekać wybuch śmiechu, powiedzieć oj i a, to myślałam, że i uśmiechnąć się najszerzej jak się da.


Ciasto. Bardzo pachnące, bardzo aromatyczne i bardzo mi smakuje. Pardon, smakowało. Już nie ma. Chrupiące od orzeszków, z masłem orzechowym - pysznym, lekko słonym. Żadne tam kremy orzechowe, czekoladowe czy orzechowo-czekoladowe do smarowania. One też są fajne, ale nie tu. Tutaj ma pachnieć orzechami, budzić do życia wszystkie kubki smakowe na języku i sprawiać, że wszystko jedno co się dzieje dookoła: jest miło i wystarczy. Słonko za oknem, ciasto w łapę i uśmiech na twarz. 

Ciasto jest kruche i jednocześnie bardzo delikatne. Duużo masła orzechowego i dwie tabliczki czekolady, pokrojone na spore kawałki, które po ugryzieniu ciasta roztapiają się w buzi. Pachnie niesamowicie, a zapach rozchodzący się po domu, kiedy ciasto kończy się piec jest fantastyczny. Pachnie domem, bzami, latem.


Przepis na ciasto wyszperałam gdzieś w sieci, szybko wydrukowałam i na następny dzień ciasto już stygło na stole. Zapomniałam tylko odpisać źródło przepisu (dlatego jeśli odnajdziecie w nim inspirację swoim przepisem, dajcie mi znać, a dopisze co trzeba). Ciasto jest bardzo proste i szybko się je robi. Nie wymaga jakiś specjalnych wygibasów w kuchni - składniki do miski, mikser w ruch, ciach ciach i zrobione. Włożyć do piekarnika, poczekać, wyjąć, nacieszyć się zapachami. Poczekać aż ostygnie, ukroić sobie mały trójkącik i porozkoszować się smakiem, zapachem, kruchością, wszystkim.


Ciasto na maśle orzechowym z czekoladą

Składniki na okrągłą blachę o średnicy 25 cm
  • 1 szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 60 g miękkiego masła
  • 1/2 szklanki masła orzechowego
  • 3/4 szklanki brązowego cukru
  • 1 duże jajko
  • 2 tabliczki posiekanej mlecznej czekolady
  • 2 garści grubo posiekanych orzechów włoskich
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Blachę wysmaruj masłem i oprósz bułką tartą. 
Wrzuć do miski masło zwykłe, masło orzechowe i cukier.


Ubij wszystko mikserem na gładką masę. Możesz też użyć ręcznej trzepaczki, chociaż to jest bardziej pracochłonne i wymaga większej krzepy - ale można sobie popracować nad mięśniem w ręce. Gdy już nie będzie grudek cukru, na końcu dodaj jajko i utrzyj, żeby wszystko się połączyło. Wsyp mąkę z proszkiem do pieczenia i solą, wymieszaj. Na koniec posiekane orzechy i czekoladę.
Wymieszaj delikatnie, przełóż do formy, piecz przez około 30 minut. 
Przed pokrojeniem ciasto musi być przestudzone, wtedy kroi się na ładne równe kawałki.



Roma Ligocka, Dziewczynka w czerwonym płaszczyku


Niektóre książki, niezależnie od tematyki, rodzaju, gatunku - dobrze jest znać (żeby nie powiedzieć: trzeba, należy, powinno się). Opowieść o dziewczynce z listy Schindlera, którą opowiada dorosła już kobieta. A jednak cofając się w opowieści sześćdziesiąt lat wstecz, cofa się cała: wspomnienia, sposób myślenia, narracja. Książkę zaczyna opowiadać dziewczynka, która długo nie wie i nie rozumie, a potem nagle musi wiedzieć i rozumieć. Nie może się niczemu dziwić, nie może stanąć i powiedzieć: zaraz zaraz, poczekajcie, wytłumaczcie mi albo mamo, a dlaczego... Boby nie przeżyła.
Po sześciu latach niewzruszenia, kiedy wojenny koszmar się kończy, kiedy wreszcie ma być normalnie, ktoś przychodzi i oświadcza: a co cię to obchodzi. Znowu nie można się zastanawiać. Znowu za dużo myśleć, to źle.
Related Posts with Thumbnails