• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 września 2012

Do czego te jabłka? Przetworów 2012 część pierwsza


Owoce + słoiki wygrzebane z szafek = winter basic survival kit.

Owoce szły na garnki - ile zmieści się w garnku, tyle wyjdzie dżemu. Po ósmym garnku przestałam liczyć. W ogólnym rozrachunku pewne jest to, że w zimie nie mam szans umrzeć z  głodu.

8 słoików czekośliwki.
2 wielkie słoiki prażonych jabłek do szarlotki (albo z braku szarlotki do wyjadania łyżką).
2 słoiki dżemu śliwkowego z cynamonem.
5 słoików konfitury nektarynkowej z kardamonem.
2 słoiki dżemu wieloowocowego.

To nie koniec. Ja się dopiero rozkręcam. W lodówce czeka na mnie wielka miska pełna kolejnych owoców (jabłek, nektarynek, śliwek). Tylko słoiki się powoli kończą. 



Prażone jabłka należały do tych przetworów, które zawsze uwielbiałam. Na tyle, że nawet nie zdążyły wylądować w szarlotce, a już ich nie było. A to co uwielbiane, zawsze chciałam zrobić sama. W czym problem? W tym, że było mi z nimi za każdym razem nie po drodze. Robiłam dżemy jabłkowe, przeciery, jabłka lądowały w muffinach i szarlotkach długich na pół metra. 

W końcu udało mi się zrobić to, do czego się zabierałam. Kolejne wymarzenie kulinarne spełnione.
I jest przepyszne. Nie za mdłe, nie za papkowate i rozdziamdziane. Są kawałki owoców? Są. pachnie cynamonem? Pachnie. Słoik? Największy, jaki miałam. 

Jabłka prażone 
(do szarlotki, na zimę)

Składniki:
  • 1 kg jabłek
  • 100 g cukru (ok. 1/4 szklanki)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • sok z 1/2 cytryny
Przygotowanie:
Jabłka umyj, obierz, wykrój gniazda nasienne. Pokrój w kostkę. 
Wrzuć do dużego garnka, przysyp cukrem, dodaj sok z cytryny i zacznij gotować na średnim ogniu, aż cukier zacznie się rozpuszczać, a jabłka puszczą sok. Kiedy owoce zmiękną, dodaj cynamon i zmniejsz ogień do małego płomyka. Gotuj ok. 30-40 minut, aż jabłka nie zaczną się rozpadać i robić się gęste. Nie ma sie z nich zrobić przecier, tylko uprażona jabłka.
Kiedy będą gotowe, wyparz słoiki i nakrętki (wrzątkiem lub gotując kilka minut w drugim garnku). Dobrze wysusz i nakładaj jabłka. Pozakręcaj słoiki i poukładaj na blacie do góry nogami. Zostaw je tak, aż się dobrze nie wystudzą (czyli w praktyce na całą noc).


* Czemu tym razem na końcu nie ma cytatu? Odpowiedź w kolejnym wpisie :)

wtorek, 31 lipca 2012

Szóste piętro


Wieża idealnej słodkości - ze zrównoważonymi smakami, jednocześnie aksamitna i chrupka. Jest i ciasteczko, i czekolada, i bita śmietana, i nawet chwila dla zdrowia schowana w płatkach owsianych i jabłku na szczycie.

W przerwach od opychania sie soczystymi malinami, świeżymi porzeczkami i pachnącymi brzoskwiniami, czasami mam ochotę na coś bardzo nieowocowego. I wtedy z pomocą przychodzi garnuszek do roztapiania czekolady, mikser do ubijania śmietany, miska do pokruszenia ciasteczek i metalowe obręcze do deserów (niezawodne Makro).

Które, swoją drogą, też miały swój udział w wybraniu akurat tego deseru zamiast upieczenia kolejnych ciasteczek. Bardzo chciałam je mieć, i to już od dłuższego czasu. Tymczasem gdy w końcu położyłam je na blacie, nie wiedziałam co z nimi zrobić. Chodziłam wokół nich kilka dni. Ani galaretka mi nie pasowała, ani jakieś wymyślne konstrukcje z biszkoptu przekładanego masą. Wreszcie wymyśliłam, że zrobię mus czekoladowy. I jak zawsze, na musie się nie skończyło...


Deser jest najprostszy na świecie i można dowolnie zmieniać skład poszczególnych warstw w zależności od tego, co akurat ma się w lodówce i szafkach :) Zamiast migdałów można dodać płatki owsiane, zamiast bitej śmietany - ser mascarpone, a jabłka zastąpić orzechami i suszonymi owocami. Kto nie lubi gorzkiej czekolady, może zamienić ją na białą albo mleczną, choć według mnie gorzka pasuje tu idealnie, bo równoważy smaki i nie przesładza całości.


Sześciopiętrowy deser czekoladowy

Składniki na 3 desery:
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady
  • pół tabliczki mlecznej czekolady
  • 350 ml śmietanki 30% lub 36%
  • szklanka kruchych ciasteczek
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • 7-8 łyżek masła
  • pół szklanki płatków owsianych
  • pół szklanki posiekanych w płatki migdałów
  • 2 duże jabłka
Przygotowanie:
I warstwa: ciasteczkowy spód. Pokrusz ciasteczka na pył, dodaj 3-4 łyżki masła i zagnieć (tak, aby powstała ciasteczkowa kula - jeśli będzie sie kruszyć, dodaj więcej masła). Masą wylep spody wewnątrz metalowych obręczy.
II warstwa: mus czekoladowy. Roztop gorzką i mleczną czekoladę w kąpieli wodnej. W osobnej misce ubij śmietanę na sztywno, dodając pod koniec łyżeczkę cukru pudru. Prawie całą bitą śmietanę (zostaw trochę na później na samą górę deseru) przełóż do rondelka z czekoladą i bardzo delikatnie wymieszaj, najlepiej szeroką szpatułką. Przełóż na ciasteczkowe spody.
III warstwa: owsiano-migdałowa. Wymieszaj płatki owsiane i migdały z pozostałym masłem, wyłóż ostrożnie na mus czekoladowy. Leciutko przygnieć, ale uważaj, bo mus jest jeszcze płynny. 
IV warstwa: resztka czekoladowego musu once again.
V warstwa: reszta bitej śmietany.
VI warstwa: owocowa. Pokrój jabłka w cieniutkie plastry i ułóż na bitej śmietanie. Pośrodku możesz ułożyć coś drobnego, np. rodzynkę lub orzeszka.

Smacznego!



M. Kursa, W. Pelowski, R.Romanowski, Zrób to w Krakowie
(wyd. Agora, Warszawa 2012, s. 242)


A co konkretnie? W mieście, w którym obowiązkowym punktem programu jest triada Wawel-Sukiennice-Kościół Mariacki i gdzie na każdym kroku zieje smok wawelski (ten prawdziwy albo pluszowa wersja mini do miętoszenia i do doczepienia do kluczy), pierwszych kroków wcale nie trzeba  kierować tam, gdzie idą wszyscy turyści. Z podobnego założenia wyszła trójka dziennikarzy, autorów „Do it In Kraków”. Przewodnik niestandardowy, w którym nie znajdziecie Wawelu, Jamy Michalika czy zachwalania wystaw w Muzeum Narodowym. Bo to trochę książka dla i o nowomieszczańskim Krakowie, który rano tłumnie jedzie na rowerach zjeść śniadanie w Bunkrze Sztuki, potem spacerem na Kazimierz, kawusia i ciasteczko w Kolorach albo Alchemii albo w wersji dla zapracowanych mały stolik w ogródku na Placu Nowym, w wymiarach idealnie mieszczący laptop, kalendarz i komórkę. Krakowianie kochają też powstające jak grzyby po deszczu biura co-workingowe, w których można wynająć miejsce do pracy na godziny, tygodnie, miesiące. Może to dlatego, że jest tu aż tyle ludzi wykonujących wolne zawody, którzy nie mają szefa, z góry ustalonych godzin pracy czy wrednej kadrowej i dzięki temu miasto nadal szczyci się swobodną i twórczą atmosferą.

„Zrób to…” to także przewodnik po miejscach mało uczęszczanych przez turystów, co jest często powodem do wielkiej radości mieszczuchów, którzy nie muszą zmagać się z hordami przyjezdnych okupujących ich ulubione miejsca. Książka jest rewelacyjnie napisana, z wplecionymi w opisy wywiadami z ludźmi ważnymi dla Krakowa (m.in. Adam Chrząstkowski, Michał Rusinek, Cecylia Malik).

Swoją drogą wreszcie się doczekaliśmy, -śmy: Krakusy. Bo po m.in. „Do it in Warszawa” i „Do it In Szczecin”, od jakiegoś czasu coraz bardziej tęsknym wzorkiem przeglądałam katalogi nowości wydawniczych Agory, w nadziei, że może wreszcie ktoś zechce trochę zadowolić małopolskich turystów, a trochę podlizać się Krakusom. Tak tak, o to drugie też chodzi. A myślicie, że dlaczego zaraz po tym, jak dostałam informację, że książka się ukazuje, skleciłam i wysłałam najszybszego maila w moim życiu do wydawcy. Fakt, może nie był zbyt wylewny, ale za to bardzo konkretny. I dzięki temu możecie teraz wygrać egzemplarze książek... ale o tym w kolejnym wpisie.

poniedziałek, 26 marca 2012

Szarlotka-zachwyt


Miałam dużo jabłek. I dużą ochotę na szarlotkę. A zanim się do niej zabrałam, zdążyłam zrobić już muffinki z jabłkami, jabłkowe naleśniki i babcine jabłka zapiekane w piecu. Naturalną koleją rzeczy przyszedł więc czas na szarlotkę.

Ale nie chciałam robić takiej zwykłej: ciasto-jabłka-ciasto. Ewentualnie cynamon albo wanilia. Nabrałam ochoty na kosmicznie pyszną, taką z bezą lub - jeszcze lepiej - z miękką i puszystą bezową pianką. Jak chmurka. Wygrzebałam odpowiedni przepis, upewniłam się, że dobry i do dzieła! 



Z dumą wyciągnęłam stolnicę (zawsze jestem dumna, jak wyciągam moją stolnicę, bo zawsze chciałam ją mieć, a kupiłam dopiero w zeszłym roku). Wysypałam mąkę, część wylądowała na czarnym fartuszku przewiązanym wielką białą kokardą wielkości mojej głowy, dorzuciłam zimne masło i mieniące się kryształki cukru. Nóż w ruch i do roboty. W jednej chwili przypomniało mi się jak ciasto robiła zawsze moja babcia. Ja wtedy zawsze siedziałam obok niej i tylko się przyglądałam. Nigdy nie pomagałam. Siedziałam i się gapiłam, choć znałam każdy ruch babcinych rąk na pamięć. Pamiętam też, jak się zarzekałam, kiedy babcia mówiła mi, żebym patrzyła uważnie, bo kiedyś mi się to przyda, a ja, 6-letnia dziewczynka, prychałam, że w życiu mi się nie przyda, bo ja nie będę gotować. A dzisiaj wyrabiając ciasto nie mogłam się powstrzymać, żeby nie uśmiechnąć się do siebie pod nosem - bo robiłam to dokładnie tak samo, jak moja babcia. Te same czynności, identyczne ruchy rąk i nawet to samo zeskrobywanie ciasta nożem ze stolnicy. Choć przecież można ją umyć. Ale babcia zawsze najpierw oskrobywała.

Jednak trochę mi z tej 6-latki zostało. Bo chociaż od tamtego czasu nauczyłam się gotować, to nadal nie lubię tego robić. Uwielbiam piec, ale nie przepadam za gotowaniem. 

Efektami mojej wypieczonej frajdy jest cudownie pachnąca, jeszcze lekko ciepła domowa szarlotka, z wysoką pianką, jaką zawsze chciałam zrobić i z całą górą jabłek pomiędzy nią a warstwą orzechów włoskich i kruchym ciastem. Pachnie i smakuje - obłędnie! I odkryłam fajny trik na piankę - będzie wysoka i nie klapnie, jeśli po ubiciu doda się do niej 2 łyżki mąki ziemniaczanej.



Szarlotka z bezową pianką

Składniki na 1 dużą szarlotkę:
kruchy spód:
  • 2 szklanki mąki 
  • 1 i ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • ½ szklanki cukru pudru
  • 200 g schłodzonego masła
  • 4 żółtka
  • bułka tarta
nadzienie:
  • 1 kg twardych, słodko-winnych jabłek
  • 1 szklanka grubo zmielonych lub posiekanych orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki cynamonu
pianka:
  • 6 białek
  • 1 i ½ szklanki cukru pudru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 170 stopni C. Usyp z mąki na stolnicy kopczyk, dodaj do niego cukier puder, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i masło. Posiekaj wszystko nożem, a następnie porozcieraj dłońmi, aż masło będzie w malutkich kawałkach.
2. Wbij żółtka i całość zagnieć rękoma. Rozwałkuj ciasto na prostokąt (jeśli masz prostokątną blachę) lub kółko (analogicznie – okrągła forma do ciasta) i przełóż do formy. Podociskaj ciasto do brzegów, żeby pozbyć się powietrza. Nie wykorzystuj całego ciasta – odłóż sobie trochę do starcia na tarce na wierzch ciasta (już na piankę).
3. Spód posyp obficie bułką tartą (bułka wyłapuje sok, który wypływa z jabłek podczas pieczenia i dzięki temu ciasto nie rozmięknie). Następnie wysyp równomiernie orzechy, na nie poukładaj jabłka i całość posyp cynamonem.
4. W misce ubij białka, stopniowo dodając cukier, na sztywną pianę. Na końcu dodaj mąkę ziemniaczaną i delikatnie wymieszaj łyżką. Nałóż pianę na wierzch ciasta.
5. Na pianę zetrzyj na tarce o dużych oczkach kawałek ciasta, który ci wcześniej został.
6. Wstaw do piekarnika, piecz ok. 30-40 minut, aż ciasto się zrumieni.


Tim Harford - Sekrety ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje Twoja kawa?


Jestem gotowa wielbić każdą książkę, która jest choć trochę ekonomiczna, a która jednocześnie nie wlatuje z głośnym świstem przez moje okno. Mało, Sekrety ekonomii jest nawet momentami zabawne. Za to w większości ciekawe i - co jest dla mnie megawielkim plusem we wszystkich książkach - nieprzegadana. Nie znoszę wodolejstwa. A tutaj go nie ma. Jest za to niezła literatura napisana zrozumiałym językiem, pełna przykładów obrazujących prawa ekonomii (nie wierzę, że to piszę, ale zdążyłam się nawet kilka razy wciągnąć, co jak na stuprocentową humanistkę pozbawioną jakiejkolwiek sympatii dla ekonomii, jest sukcesem takim, jak dla kogoś, kto umie ugotować tylko wodę na herbatę, jest upichcenie finezyjnych francuskich makaroników z karmelową skorupką). Chociaż tak sobie też myślę, że jeśli ktoś nie studiuje na jakimś ścisłym kierunku albo po prostu za takim nie przepada, to nie wyciągnie z książki Harforda tyle, co jej zagorzały zwolennik. Mówiąc prościej: jak ktoś woli coś innego, książkę przeczyta, może nawet polubi. Natomiast umysły ścisłe Sekrety ekonomii pokochają, docenią i pozostaną im one w głowie na bardzo długo.

środa, 21 marca 2012

Jabłkowa kruszynka



Jeszcze muffinka czy już mała szarlotka?
Muffinka, bo pieczona w muffinkowej formie. 
I to by było na tyle, bo na tym jej muffinkowość się kończy. A więc szarlotka w wersji mini? Ciasto by się zgadzało: kruche, delikatne, pachnące wanilią. W środku jabłka i orzechy włoskie. W zasadzie nie wiadomo czego więcej: owoców czy bakalii. Słodkie, ale nie przesadzone. W sam raz.


No dobrze, a co można z taką babeczką zrobić?

Można schować do metalowej puszki na ciastka, razem z dziewięcioma pozostałymi babeczkami. 
Można też zapakować dwie do brązowej papierowej torebki i wrzucić do torebki pomiędzy portfel, komórkę, książkę i fioletowego Hefalumpa. Hefalump jest od kluczy, żeby było za co złapać klucze, kiedy sięga się ręką do torebki buszując w niej po omacku.
Jedną babeczkę można komuś podarować. Ale tylko jedną. Bo dziewięć innych znajomych też by chciało.
Można założyć się z kimś kto zrobi wyższą babeczkową wieżę. 

Można też zrobić sobie rozpieszczający zestaw śniadaniowy. Babeczka, książka, talerz w kropki. 

Oczywiście, zjeść też można. A nawet należy.


Babeczki orzechowo-szarlotkowe

Składniki:
Kruche ciasto:
  • 300 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 200 g masła
  • 80 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • cukier puder do oprószenia
Nadzienie jabłkowo-orzechowe:
  • 0,5 kg soczystych, słodko-kwaśnych jabłek
  • pół szklanki brązowego cukru
  • 1 łyżka cynamonu
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki zmielonych orzechów włoskich

Przygotowanie:
1. Rozgrzej piekarnik do 200 stopni C, muffinkową blachę wysmaruj masłem (ciastka będą się piekły bez papilotek). Silikonowych foremek nie trzeba natłuszczać. Umieść wszystkie składniki w misce i ugniataj palcami. Gotowe ciasto lekko rozwałkuj, powykrawaj szklanką kółka i wylepiaj nimi spód i brzegi foremek. Warstwa ciasta nie musi być bardzo gruba - musi zostać miejsce na nadzienie, ale też nie może być za cienka, bo babeczki nie przetrwają wyciągania po upieczeniu z foremki. Ja wykleiłam 11 foremek i odłożyłam trochę ciasta na później, po czym zabrałam się za przygotowanie nadzienia.
2. Obierz jabłka, wydrąż gniazda nasienne i pokrój owoce na mniejsze kawałki. Na patelni rozpuść masło, wsyp jabłka, dodaj cukier, cynamon, orzeszki i wymieszaj. Podsmażaj na małym ogniu, aż jabłka zmiękną i zaczną intensywniej pachnieć. Cukier ma się całkowicie rozpuścić, a jabłka pozostać w kawałkach. Tak przygotowane nadzienie ponakładaj do babeczek i przykryj pozostałym ciastem. Możesz dodatkowo powykrawać z ciasta różne kształty foremkami lub nożem i przykleić je na wierzch. 
3. W górnej warstwie porób dziurki patyczkiem do szaszłyków albo nożem (tędy uchodzi gorące powietrze podczas pieczenia, bez dziurek muffinki będą pękać). Posmaruj wierzch żółtkiem wymieszanym z mlekiem i wstaw do piekarnika na ok. 25-30 minut, aż do zrumienienia. Po upieczeniu przestudź babeczki i dopiero wtedy powyciągaj je z foremki i lekko oprósz cukrem pudrem.
4. Można przechowywać je ponad tydzień w metalowej puszcze lub słoiku na ciastka - po kilku dniach w puszcze są nawet lepsze niż zaraz po upieczeniu :)




Marcin Prokop, Szymon Hołownia - Bóg, kasa i rock'n'roll

Zrobiło mi się trochę żal, kiedy po którejś z kolei książce Hołowni zorientowałam się, że mnie nudzi. Żal, bo pamiętam, jak bardzo podobała mi się jego pierwsza. Coś innego, tak nietypowo, o, fajne. Kolejną tez polubiłam. Następna była już ani-ani. Szału nie ma, ale źle tez nie jest. Potem było za to już coraz gorzej - wałkowanie tego samego, czasami trochę innymi słowami, innym razem już nawet bez tego. Piszę o tym, bo to był jeden z powodów, dla których ucieszyłam się na tę książkę. Trochę pokładałam nadzieję w Prokopie, że wreszcie rozrusza Hołownię i ten drugi wróci do łask i na moją półkę. 
Hasłem-kluczem reklamy, która nakręcała wszystko, co działo się wokół książki jeszcze przed jej ukazaniem się była "elektryzująca rozmowa". Być może brak mi czegoś do odebrania tej energii, bo rozmowa, zamiast trzymać mnie w napięciu, trochę nudziła. Sięgając po książkę, zawsze mam swoje przewidywania, ale zawsze też oczekuję, że na nich się nie skończy - że autor mnie zaskoczy, zadziwi, że się chwilę zastanowię  i pomyślę inaczej niż zwykle. Tutaj mi tego zabrakło. Wiedziałam, jak bardzo różne są od siebie te dwie osoby i jak bardzo ich poglądy na różne sprawy są od siebie oddalone. Ciekawa byłam, jak bardzo będą się zafiksowywać na swoich punktach widzenia, a w jakim stopniu spróbują zrozumieć się wzajemnie i jak interesujące będzie to dla mnie. I trochę się rozczarowałam. Owszem, było parę intrygujących momentów i mądrych zdań, ale w większości mogłabym opowiedzieć o czym są poszczególne rozdziały jeszcze przed ich przeczytaniem. 
Ciekawa jestem kolejnej książki Hołowni i czekam na nią niecierpliwie. Zapowiada się nieźle: podróże po świecie, których tematem przewodnim są inne kultury i religie. Będzie książkowa rehabilitacja?

wtorek, 6 marca 2012

Wanilia, jabłko, słoik. I kokardki.


Uwielbiam robić przetwory. A bardzo ciężko jest mi trafić na taki dżem w sklepie, który by mi smakował. Albo są za galaterowate, albo za słodkie, w jednych za mało owoców, w innych - owoce tylko na wierzchu, a jak się przekopać przez pierwszą warstwę, sam zagęszczony sok plus cukier. A swój dżem nie dość, że mogę napakować owocami, to jeszcze dodać do nich dokładnie to, co lubię i zamknąć w jakim słoiku mi się podoba - dużym, malutkim, kanciastym, podłużnym - jakimkolwiek. I zawsze jest najpyszniejszy.

W robieniu dżemów należy wziąć sobie do serca jedną, podstawową zasadę - przygotować za mało słoików. Bo najlepsze w robieniu dżemu jest to, że na końcu zawsze i tak zostaje resztka, niezależnie od tego, ile słoików się przygotuje, która to resztka nie mieści się w żadnym słoiku i można ją bezkarnie wyjeść łyżką prosto z gara.


Ogromnie stęskniłam się za dżemem. Wiem, że najlepsze robi się w lecie, kiedy są wszystkie owoce, jakie tylko można sobie wymarzyć, wszystko świeże, słodkie i pachnące. Ale ja bardzo chciałam dżem. Żeby mieć swój, żeby swoim własnym móc posmarować kromkę chleba rano i powyjadać sobie ze słoika łyżeczką (bo to już norma, że zapasy robione w sierpniu kończą się w październiku). A że jest taki czas, że ani jeszcze brzoskwiń, ani truskawek, został mi do wyboru żelazny zestaw zimowy: banany, pomarańcze, cytryny, jabłka. A więc jabłka. Z wanilią. Ale nie taką z cukru, tylko prawdziwą, zamkniętą w czarnych ziarenkach w długiej czarnej lasce. A na dowód waniliowej prawdziwości - czarne ziarenka w słoiczku. Wygląda to co najmniej obłędnie.


Dżem jabłkowy z wanilią

Składniki:
  • 1,3 kg jabłek (po obraniu i usunięciu szypułek zostanie 1 kg)
  • 300 g cukru
  • 1 laska wanilii
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
Przygotowanie:
Jabłka porządnie umyj, obierz je i usuń z nich gniazda nasienne. Pokrój na ćwiartki, a każdą z nich na spore kawałki i wrzuć do garnka. Zasyp cukrem. Laskę wanilii przekrój wzdłuż na pół, wydłub czarne ziarenka, dodaj je do jabłek, a samą laskę przekrój na dwie części i tez dorzuć do garnka. Wciśnij sok z cytryny. Gotuj jabłka bez przykrywki na małym ogniu, aż zaczną puszczać sok i bulgotać, wtedy co jakiś czas zamieszaj drewnianą łyżką. Gotuj do momentu, aż jabłka całkowicie rozmiękną i zaczną tworzyć gęsty mus (mi zajęło to ok. 30 minut). Przed przełożeniem dżemu do słoików, wyłów z niego laskę wanilii. Przygotuj sobie słoiki: dokładnie je wyparz, razem z nakrętkami i dokładnie osusz. Gorący dżem przekładaj do słoików do pełna, mocno zakręcaj i ułóż na blacie do góry dnem. Pozostaw je tak aż do całkowitego ostygnięcia.



Francesca Gould - Dlaczego ziewanie jest zaraźliwe?

Pozostając w klimacie ostatniej książki, o której pisałam (Gotowanie dla geeków) - przyssałam się do kolejnej ciekawostkowej książki. To też już pisałam, ale powtórzę: uwielbiam pokręconą serię z Wydawnictwa Literackiego. Dlaczego ziewanie jest zaraźliwe? jest - w dużym uproszczeniu - o ludzkim ciele i tym, co może się z nim stać, co samemu można z nim wyczyniać i  w jak dziwaczny sposób funkcjonuje, podczas gdy my szczęśliwi i nieświadomi nie mamy o tym zielonego pojęcia. Ta książka będzie idealna dla tych, którzy są zdrowo ciekawscy, lubią się zastanawiać, patrzeć na różne rzeczy nieszablonowo i zadawać dużo pytań. Bo odpowiedzi nie są nużące. Są w sam raz, nie przydługawe, ale zaspokajające głód wścibskości. Można się na przykład dowiedzieć, że przystawiając pijawkę do ciała, ta zostawia na ciele delikwenta ślad jak logo mercedesa, a kwas żołądkowy jest tak silny, że gdyby umieścić jego kroplę na kawałku drewnianej deski, przepali ją na wylot. Jest też moje ulubione pytanie: dlaczego strzelają nam palce? (wraz z odpowiedzią), ale też dlaczego jak jemy lody, to czasami boli nas głowa. I wiedzieliście, że aby odpędzić się od komarów, wystarczy porządnie najeść się czosnku? Co w sumie wpływa też na odpędzenie się nie tylko od małych krwiopijców. Ale wtedy można w spokoju poczytać książkę i nikt nie będzie nam przeszkadzał.

niedziela, 22 stycznia 2012

Racuch(l)ove


Słodziaki!
Z jabłkami, cynamonem i słodkim pyłkiem z cukru pudru. Cieplutkie, skwierczące na patelni, a potem rozpływające się w buzi. Najpyszniejsze, bo domowe. Z maminego przepisu, zapisanego dawno temu na pożółkłej już teraz kartce, ze wskazówkami, za które tak ją uwielbiam: dodaj na oko, wymieszaj trochę, ale nie za długo albo dosyp tyle, żeby było dobrze. Szczególnie pomocne, gdy staram się wypróbować przepis po raz pierwszy i nie mam bladego pojęcia ile to jest dużo, ale nie za dużo. Ale w tym cały urok i domowe ciepło. Mamine czary-mary ze starego zeszytu z przepisami.


Przepis na racuchy jest najprostszy i najpyszniejszy z możliwych. Placuszki są miękkie, puszyste i ani nie za słodkie, ani nie niedosłodzone. W sam raz we wszystkim.

Mamine racuchy
Składniki:
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 250 ml kefiru
  • 280 ml śmietany 30%
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • mąka pszenna* (wyjaśnienie ile dodać - niżej)
  • 3 jabłka
  • pół łyżeczki cynamonu
  • cukier puder
Przygotowanie:
Do miski rozbić 2 jajka, posolić. Ubić trzepaczką (nie mikserem). Dodać kefir i śmietanę, dobrze wymieszać. Dodać proszek do pieczenia, cynamon i mąkę. *Tu wyjaśnienie ilości: mąkę trzeba dodawać porcjami (np. łyżkami), aż do uzyskania ciasta bez grudek, z pęcherzykami powietrza i o konsystencji lejącej gęstej śmietany. Ja dodawałam po 1 łyżce, wyszło mi jakieś 9 - 10. Gdyby ciasto po dodaniu mąki było za gęste, trzeba dodać jeszcze trochę kefiru i zimnej wody. Kiedy będzie miało odpowiednią gęstość, jabłka obrać, powykrawać gniazda nasienne, pociąć na krążki, kostki lub płatki i wrzucić do ciasta, żeby nim oblazły. Smażyć niezbyt duże racuchy na złoto na rozgrzanym oleju. Posypać cukrem pudrem.


Michael Brooks - 13 rzeczy, które nie mają sensu

Wydawnictwo Literackie od jakiegoś czasu wypuszcza książki, które są tak pozytywnie pokręcone, że jak tylko w księgarniach ukazuje się kolejna, lecę tam w podskokach. Jakiś czas temu pisałam już o jednej z nich. Za czytanie 13 rzeczy, które nie mają sensu wzięłam się w ciemno. Wiedziona przeczuciem, że niby nauka, niby może nawet skomplikowana, ale spodziewałam się raczej przy Brooksie wybuchów śmiechu niż poważnych rozważań. I faktycznie - pełno tu humoru, nauki pół żartem pół serio, nawet wyśmiewania co poważniejszych i bardziej bufoniastych naukowców z ich arcyciekawymi teoriami (to żart) powstania wszechświata, ewolucji życia i zagadek śmierci. Bo tych trzynaście rzeczy, które pozornie wszyscy uzasadniają, a jak się zastanowić, nie mają najmniejszego sensu (i nikt nie wie, skąd ten sens wytrzasnąć), są tak proste i oczywiste, że, jadąc na fali początkowego zaskoczenia, czyta się to z coraz większą ciekawością. Bo jakie może być rozwiązanie zagadki życia, anomalii Pioneera, rzekomego sygnału "Wow!" nadanego przez kosmitów, efektu Placebo czy zmiennych stałych? 
Mam jednak jedno ale. Nawet bardzo duże. Książka jest owszem, ciekawa, ale podczas jej czytania miałam wrażenie i nadal po jej skończeniu nie chce mnie ono opuścić, że książka jest wciągająca, ale dla jednej grupy czytelników - tych zorientowanych przyrodniczo. A więc: naukowców, studentów fizyki, astronomii, chemii i wszystkich innych kierunków ścisłych albo po prostu tych, którzy się nauką - w sensie bardzo ścisłym - interesują. Wydaje mi się, że oni by Brooksa docenili bardziej niż ja. Bo ja się trochę męczyłam i nie czytałam z wypiekami na twarzy. Raczej dla samego przeczytania. Choć autorowi udała się niewątpliwie jedna rzecz, za którą trochę go polubiłam: nie cisnęłam książki od razu w kąt, co przy mojej orientacji bardzo humanistycznej i totalnie antymatematycznej (mniej subtelnie określanej tumanizmem matematycznym) jest nie lada wyczynem.

PS. A już niedługo będę miała dla Was kilka ogłoszeń-niespodzianek - wszystkie pozytywne. Tylko cierpliwości, bo najpierw sama je muszę ogarnąć, żeby mieć co ogłaszać :)

wtorek, 10 maja 2011

Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon - rabarbar



Wymyśliłyśmy wspólne gotowanie. 
My - ja i Oliwka. Połączone sezonowe siły Book Me a Cookie i Cynamonu i Oliwki. Gotowanie trochę razem, trochę osobno. Każda w swojej kuchni, ustaliwszy jednak wcześniej temat przewodni. W tym miesiącu rabarbar. Na dobry początek, bo co miesiąc będziemy gotowały coś z innym produktem sezonowym. Idea jest prosta: rzucamy pomysł na wykorzystanie tego, na co akurat jest pora, co jest najlepsze właśnie teraz, a za miesiąc czy dwa już się skończy. Ustalamy, co przygotowujemy, bez podawania jednak przepisu - każda robi swoją wersję i na wielkie trzy-czte-ry publikujemy przepis w konkretnym dniu o wcześniej określonej porze. I jest pyszna niespodzianka!
Co miesiąc będziemy publikować jedną potrawę w ramach nowego wspólnego cyklu Kuchnia do kwadratu. Pora na sezon. Jeden temat, dwa pomysły jak go ugryźć, dwa przepisy. 
Żeby jeść sezonowo. Żeby czerpać z tego, co najlepsze. Żeby było pysznie, zdrowo i kolorowo.
I żeby się inspirować :)




W mailu padło hasło: szarlotka z rabarbarem. No dobrze, robimy! Pisząc to, nie mam jeszcze pojęcia, co wymyśliła Oliwka. Na kruchym spodzie czy drożdżowa, z kruszonką, z cynamonem czy z wanilią? Dobrze, że jeszcze tylko parę godzin, bo jestem bardzo ciekawa :)

U mnie dom rozpachniał się jabłkami, rabarbarem i kokosem. Szarlotka na kruchym, ciasteczkowym spodzie, z porządną warstwą owoców (bo szarlotka musi mieć dużo jabłek!) i kokosową kruszonką, która po upieczeniu przypomina słodkie kokosanki. Jeszcze tylko bita śmietana, odrobina startej czekolady i witajcie w niebie. Szarlotka jest cu-dow-na. Słodka (ale nie muląca, o nie nie, takiej unikamy), z cudnie kruchym spodem. Jabłka są soczyste i  jest ich bardzo dużo, ale nie rozmiękczają dna. Viva tarta bułko! Wystarczy wymieszać ją z owocami przed pieczeniem, a w piekarniku wyłapie sok wypływający z owoców. Nie zmienia smaku, nie jest wyczuwalna w upieczonym cieście, a pozwala zrobić treściwą szarlotkę. 
Jestem bardzo, bardzo zadowolona z efektu końcowego.




Żeby zwieńczyć dzieła, na trójkątny kawałek nałożyłam chmurkę z bitej śmietany. Posypałam czekoladą. Lubię tak, klimaty z dzieciństwa. Jest wszystkiego po trochu: kruchy spód, miękkie owoce, chrupiąca kokosowa kruszonka, puchata śmietana i rozpływające się na języku kawałki czekolady. 
Jedna wielka sezonowa pycha.



Szarlotka z rabarbarem i kokosową kruszonką 

Składniki na okrągłą blachę ok. 25 cm średnicy
ciasto:
  • pół szklanki mąki
  • pół szklanki cukru
  • 150 g kruchych ciasteczek (mogą być biszkopty)
  • 100 g miękkiego masła
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
nadzienie:
  • 1 kg jabłek
  • 4 laski rabarbaru
  • 3-4 łyżki brązowego cukru
  • łyżeczka zmielonego cynamonu
  • 3 łyżki bułki tartej
kokosowa kruszonka:
  • pół szklanki masła w temperaturze pokojowej
  • pół szklanki cukru
  • pół szklanki wiórków kokosowych
  • łyżka mąki
na wierzch:
  • bita śmietana
  • starta czekolada
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 220 stopni C. Formę do ciasta wysmaruj masłem i wysyp bułka tartą. 
Przygotuj ciasto: ciasteczka włóż do torebki foliowej i pomaltretuj je wałkiem na proszek. Albo pokrusz w dłoniach. Zmieszaj następnie z mąką, cukrem, proszkiem do pieczenia, solą i masłem. Wyłóż tak przygotowanym ciastem, które może przypominać okruchy, dno formy, mocno dociskając dłońmi.


Przygotuj nadzienie: jabłka i rabarbar umyj, obierz, z jabłek powykrawaj gniazda nasienne, pokrój owoce: jabłko na ćwiartki i potem na plasterki, rabarbar na 2-3 cm kawałki. Włóż do miski, posyp cukrem, cynamonem i bułką tartą (bułka wchłonie sok z owoców i nie rozmiękczy dna). Wymieszaj owoce z dodatkami w misce i równą warstwą wyłóż na ciasto.



Przygotuj kruszonkę: Wymieszaj wszystkie składniki, posyp nimi wierzch szarlotki. 
Wstaw do piekarnika, piecz przez ok. 35-45 minut. Wyciągnij, pozostaw w formie do lekkiego przestudzenia i dopiero krój. Na wierzch możesz maźnąć kleksem bitej śmietany i posypać startą czekoladą, jak ja. Taka smakuje najlepiej :)





Martin Seligman, Prawdziwe szczęście

Taka ładna dedykacja. Pana psychologa, który stwierdził, że psychologia jest za poważna i za smutna. Że się zajmuje odchyłami od normy, a nie szczęściem. Więc wymyślił swoją własną, która skupia się na tym, co radosne. 
I w ten sposób dawno temu powstała psychologia pozytywna.


sobota, 16 kwietnia 2011

Hej, blondi!


Jak jest brownie, to i blondie. Ale miałam na to ciasto ochotę! O ile przy brownie oczywistą niedyskutowalnością jest, że trzeba dodać do niego mnóstwo dobrej czekolady, o tyle blondie nie ma żadnych "musi być", żeby było jaśniejszą wersją czekoladowego kwadracika. Czyli: róbta co chceta, wrzucaj co masz.

Małe, kwadratowe, z jabłkami. Marzec i kwiecień skąpią owoców: na kleparzu jeszcze się nie zaczerwieniło od truskawek (a jeśli się czerwieni, to nieśmiało i raczej z napsikanymi na wierzch różnymi brzydalami spożywczymi), a już ciężko znaleźć dobre pomarańcze. Są kiwi i banany, czyli owoce pełnoroczne. W ich przypadku wyrażenie "sezon na" nie funkcjonuje. Są przez cały rok, z małymi okresami, kiedy jest albo dobre kiwi, albo lepsze kiwi. Niżej niż dobre nie schodzi. A więc - do czego zmierzam - jest sam środek takiego antyowocowego sezonu i trzeba wykorzystać, co jest. Są jabłka, a w słoikach na blacie dodatkowo orzechy i daktyle. Daktyle słodzą, orzechy chrupią, a jabłka - jabłka wiadomo. Są dobre i już.



Wiosennie odświeżam sobie półki. Jedni zabierają się za wiosenne porządki (mały wtrąt: zawsze fascynowała mnie idea wielkiego sprzątania przed świętami - czy przed świętami faktycznie jest brudniej, że trzeba się bardziej nalatać z puszkiem na kiju i wciągorurą od odkurzacza?), drudzy za siebie samych, bo na wiosnę to już wypada (dieta, dieta jak nic - od jutra, od poniedziałku, od następnego miesiąca). A ja w ramach Projektu Wiosna przywlekłam do domu świeże książki. Jest sam środek trwającego już od środy Światowego Tygodnia Książki (13-19 kwietnia 2011), trzy dni przerwy i następne świętowanko - Światowy Dzień Książki, w sobotę 23 kwietnia. Nie miałabym nic przeciwko całemu miesiącowi z książką. Albo kwartałowi. Albo rokowi. Chociaż rok książki właściwie można zrobić sobie samemu, nie potrzeba do tego specjalnie organizowanych obchodów. Wystarczy czytać.


Inspiracja 1001 Cupcakes, Cookies & other tempting treats, mocno przerobione na moje.


Blondie z jabłkami, orzechami i daktylami

Składniki:
  • 120 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 2 duże jajka, lekko ubite
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 250 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 duże jabłko, obrane, z wyciętym gniazdem nasiennym, pokrojone w kostkę
  • pół szklanki z grubsza posiekanych orzechów włoskich
  • 10 suszonych daktyli, pokrojonych na mniejsze kawałki
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Wysmaruj średniej wielkości blachę masłem (u mnie 20x30cm).
Wrzuć do miski masło, dodaj cukier (zwykły i waniliowy) i dokładnie ubij mikserem na puszystą, jasnożółtą masę. Ciągle ubijając, wbij oba jajka. I to by było na tyle używania miksera. Do masy przesiej mąkę z proszkiem do pieczenia, wrzuć pokrojone jabłka, daktyle i orzechy. Wymieszaj szeroką łyżką albo szpatułką do ciasta, przełóż na blachę i włóż do piekarnika na 50-55 minut. Piecz, dopóki patyczek wbity w ciasto i z niego wyjęty nie będzie suchy. 
I voila, wyciągnij, powąchaj, zjedz. Można ciepłe, ciepłe najlepsze.




Eric Emmanuel Schmitt, Tektonika uczuć

No dobrze, zdaję sobie sprawę, że czwarty raz wywlekam książkę tego samego autora, ale, uch, ja go lubię. Jak dotąd razem z nim lubię jego każda książkę. Przeczytałam kilka, a mam zapędy na przeczytanie wszystkich. Tym większa przyjemność, że są cudnie wydane (brawo wydawnictwo Znak) - prosto ilustrowane okładki z pojedynczymi obrazkami, nieprzeładowane graficznie. Idąc tym tropem, tak samo jest w środku. Nie banalnie, a prosto. Nie zagmatwanie, a ciekawie. Schmitt ma swój charakterystyczny styl i biorąc pod uwagę, że tym stylem pisze już trzynastą książkę, prawdopodobieństwo, że zacznie się po prostu powtarzać powoli sobie wzrasta. A on jednak nie pisze tego samego. Przy całym jego uwielbieniu dla roztrząsania miłości na milion trzysta sposobów, nuda mi do niego w ogóle nie pasuje. Tektonika uczuć jest moją książką kanapową - sobotnie przedpołudnie, cyk cyk słonko, ciastko, święty spokój. Trochę na poważnie, trochę na śmiesznie, trochę do zastanowienia. I tak jest w książkach pana Francuza, na podstawie których powstają kolejne sztuki teatralne i który jest tak pogodny, że nawet jak się nie uśmiecha, to się uśmiecha.

niedziela, 20 marca 2011

Klasa klasyki


Jak lubię kombinować, tak czasami mam ochotę pojechać klasyką. Wziuum! i wjeżdżają na stół dwa kwadratowe kawałki szarlotki. Klasyczne, to się zawsze sprawdza. Chociaż klasyka klasyką, a i tak każdy ma swoją wersję i uważa ją za prototyp wszystkich jabłeczników świata. W myśl zasady "moje to najlepsze". Co się pamięta z domu, takie fajnie, żeby było. A już wspomnienia w wersji deluxe przywołuje imitacja babcinej szarlotki. Na hasło "babcine" wszyscy reagują w ten sam sposób - "o tak tak, uwielbiam". Chyba, że ktoś miał babcię, która nie umiała gotować, ale wtedy zawsze była w zapasie babcia kolegi albo koleżanki. Babcine to niedościgniony ideał (babcine z definicji piecze tylko babcia - i nikt inny), ale na szczęście wystarczy chociaż podobna kruszonka albo ułożenie jabłek w charakterystyczny sposób i już otwiera się w głowie wspomnienie zapachu, smaku, konsystencji, i już jesteśmy na właściwym miejscu. Inaczej bylibyśmy zmanierowanymi smakoszami, jęczącymi pod nosem, że to nie takie. 

A ta szarlotka jest taka, jak ma być. Nie taka, jak robiła babcia, ale klasyczna. I pyszna. Z niesamowicie kruchego ciasta, które dosłownie rozpływa się po ugryzieniu. Z delikatnymi, słodkimi jabłkami i cienką warstwą cynamonu pomiędzy nimi a ciastem. Jabłkowe cudo. Upiekłam, rozpachniłam cały dom. Ostudziłam, ale jeden kawałek, jeszcze ciepły, ukroiłam i pomaszerowałam z nim do pokoju. Zjadłam, poszłam po drugi. Tup tup tup, wróciłam się, żeby odłożyć talerzyk, ale może jeszcze by jeden? Dużo szarlotki, jeszcze zostanie. I tak sobie dziubałam po trochę, bo tak bardzo mi smakuje.



Najbardziej klasyczna szarlotka 
(inspiracja)

Składniki 
na ciasto:
  • 4 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 1 i 1/2 kostki masła (kostka = 250 g)
  • 6 dużych żółtek
  • 2 łyżki gęstej kwaśnej śmietany
do środka:
  • jabłka ze słoika (ja tak dałam) albo szybko zrobić samemu: 8 półsłodkich jabłek, obranych, pokrojonych w półplasterki, 1/4 szklanki wody, 3/4 szklanki cukru pudru, 2 łyżeczki cynamonu, 2 łyżki mąki ziemniaczanej, 2 łyżki soku z cytryny
  • kilka łyżek płatków owsianych lub bułki tartej
  • cukier puder do posypania
Przygotowanie:
Ciasto: mąkę, cukier puder i proszek do pieczenia przesiać do naczynia. Masło pokroić na małe kostki, dodać do mąki, wmieszać żółtka, kwaśną śmietanę i wyrobić ciasto. Podzielić je na pół, owinąć w folię i włożyć do lodówki na minimum godzinę.
Pokrojone jabłka: umieścić w rondelku, dolać wodę i dusić przykryte około 15 minut, nie mieszając. Dodać cukier i cynamon, lekko wymieszać. Do masy wmieszać mąkę ziemniaczaną, sok z cytryny i dusić jeszcze przez 2 minuty. Masa powinna być gęsta, lecz nie rozgotowana. Lub użyć gotowych jabłek ze słoiczka, jak ja (robiłam je jeszcze w lecie).
Piekarnik rozgrzać do 180°C. Formę wysmarować tłuszczem lub wyłożyć papierem do pieczenia. W dno wgnieść jedną część ciasta (można zetrzeć) i podpiec w piekarniku przez około 10 minut. Wyjąć z piekarnika, posypać bułką tartą lub płatkami owsianymi (wchłonie nadmiar wilgoci z jabłek), wyłożyć jabłka i zetrzeć lub rozwałkować (jeśli ciasto jest zbyt miękkie na starcie) na to drugą część ciasta. Piec około godziny, aż góra się ładnie zrumieni (jeśli zbyt mocno, użyj folii aluminiowej do przykrycia). Lekko przestudzić, posypać pudrem. Można jeść na zimno i na ciepło.




Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i Pani Róża
(więcej o książce - w poprzednim wpisie: klik tu!)
Related Posts with Thumbnails