• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bita śmietana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bita śmietana. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 lipca 2012

Szóste piętro


Wieża idealnej słodkości - ze zrównoważonymi smakami, jednocześnie aksamitna i chrupka. Jest i ciasteczko, i czekolada, i bita śmietana, i nawet chwila dla zdrowia schowana w płatkach owsianych i jabłku na szczycie.

W przerwach od opychania sie soczystymi malinami, świeżymi porzeczkami i pachnącymi brzoskwiniami, czasami mam ochotę na coś bardzo nieowocowego. I wtedy z pomocą przychodzi garnuszek do roztapiania czekolady, mikser do ubijania śmietany, miska do pokruszenia ciasteczek i metalowe obręcze do deserów (niezawodne Makro).

Które, swoją drogą, też miały swój udział w wybraniu akurat tego deseru zamiast upieczenia kolejnych ciasteczek. Bardzo chciałam je mieć, i to już od dłuższego czasu. Tymczasem gdy w końcu położyłam je na blacie, nie wiedziałam co z nimi zrobić. Chodziłam wokół nich kilka dni. Ani galaretka mi nie pasowała, ani jakieś wymyślne konstrukcje z biszkoptu przekładanego masą. Wreszcie wymyśliłam, że zrobię mus czekoladowy. I jak zawsze, na musie się nie skończyło...


Deser jest najprostszy na świecie i można dowolnie zmieniać skład poszczególnych warstw w zależności od tego, co akurat ma się w lodówce i szafkach :) Zamiast migdałów można dodać płatki owsiane, zamiast bitej śmietany - ser mascarpone, a jabłka zastąpić orzechami i suszonymi owocami. Kto nie lubi gorzkiej czekolady, może zamienić ją na białą albo mleczną, choć według mnie gorzka pasuje tu idealnie, bo równoważy smaki i nie przesładza całości.


Sześciopiętrowy deser czekoladowy

Składniki na 3 desery:
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady
  • pół tabliczki mlecznej czekolady
  • 350 ml śmietanki 30% lub 36%
  • szklanka kruchych ciasteczek
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • 7-8 łyżek masła
  • pół szklanki płatków owsianych
  • pół szklanki posiekanych w płatki migdałów
  • 2 duże jabłka
Przygotowanie:
I warstwa: ciasteczkowy spód. Pokrusz ciasteczka na pył, dodaj 3-4 łyżki masła i zagnieć (tak, aby powstała ciasteczkowa kula - jeśli będzie sie kruszyć, dodaj więcej masła). Masą wylep spody wewnątrz metalowych obręczy.
II warstwa: mus czekoladowy. Roztop gorzką i mleczną czekoladę w kąpieli wodnej. W osobnej misce ubij śmietanę na sztywno, dodając pod koniec łyżeczkę cukru pudru. Prawie całą bitą śmietanę (zostaw trochę na później na samą górę deseru) przełóż do rondelka z czekoladą i bardzo delikatnie wymieszaj, najlepiej szeroką szpatułką. Przełóż na ciasteczkowe spody.
III warstwa: owsiano-migdałowa. Wymieszaj płatki owsiane i migdały z pozostałym masłem, wyłóż ostrożnie na mus czekoladowy. Leciutko przygnieć, ale uważaj, bo mus jest jeszcze płynny. 
IV warstwa: resztka czekoladowego musu once again.
V warstwa: reszta bitej śmietany.
VI warstwa: owocowa. Pokrój jabłka w cieniutkie plastry i ułóż na bitej śmietanie. Pośrodku możesz ułożyć coś drobnego, np. rodzynkę lub orzeszka.

Smacznego!



M. Kursa, W. Pelowski, R.Romanowski, Zrób to w Krakowie
(wyd. Agora, Warszawa 2012, s. 242)


A co konkretnie? W mieście, w którym obowiązkowym punktem programu jest triada Wawel-Sukiennice-Kościół Mariacki i gdzie na każdym kroku zieje smok wawelski (ten prawdziwy albo pluszowa wersja mini do miętoszenia i do doczepienia do kluczy), pierwszych kroków wcale nie trzeba  kierować tam, gdzie idą wszyscy turyści. Z podobnego założenia wyszła trójka dziennikarzy, autorów „Do it In Kraków”. Przewodnik niestandardowy, w którym nie znajdziecie Wawelu, Jamy Michalika czy zachwalania wystaw w Muzeum Narodowym. Bo to trochę książka dla i o nowomieszczańskim Krakowie, który rano tłumnie jedzie na rowerach zjeść śniadanie w Bunkrze Sztuki, potem spacerem na Kazimierz, kawusia i ciasteczko w Kolorach albo Alchemii albo w wersji dla zapracowanych mały stolik w ogródku na Placu Nowym, w wymiarach idealnie mieszczący laptop, kalendarz i komórkę. Krakowianie kochają też powstające jak grzyby po deszczu biura co-workingowe, w których można wynająć miejsce do pracy na godziny, tygodnie, miesiące. Może to dlatego, że jest tu aż tyle ludzi wykonujących wolne zawody, którzy nie mają szefa, z góry ustalonych godzin pracy czy wrednej kadrowej i dzięki temu miasto nadal szczyci się swobodną i twórczą atmosferą.

„Zrób to…” to także przewodnik po miejscach mało uczęszczanych przez turystów, co jest często powodem do wielkiej radości mieszczuchów, którzy nie muszą zmagać się z hordami przyjezdnych okupujących ich ulubione miejsca. Książka jest rewelacyjnie napisana, z wplecionymi w opisy wywiadami z ludźmi ważnymi dla Krakowa (m.in. Adam Chrząstkowski, Michał Rusinek, Cecylia Malik).

Swoją drogą wreszcie się doczekaliśmy, -śmy: Krakusy. Bo po m.in. „Do it in Warszawa” i „Do it In Szczecin”, od jakiegoś czasu coraz bardziej tęsknym wzorkiem przeglądałam katalogi nowości wydawniczych Agory, w nadziei, że może wreszcie ktoś zechce trochę zadowolić małopolskich turystów, a trochę podlizać się Krakusom. Tak tak, o to drugie też chodzi. A myślicie, że dlaczego zaraz po tym, jak dostałam informację, że książka się ukazuje, skleciłam i wysłałam najszybszego maila w moim życiu do wydawcy. Fakt, może nie był zbyt wylewny, ale za to bardzo konkretny. I dzięki temu możecie teraz wygrać egzemplarze książek... ale o tym w kolejnym wpisie.

piątek, 2 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - Dieta albo cud

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! I kolejny (po zeszłotygodniowym) poradnik. Zazwyczaj nie sięgam po poradniki, tym bardziej związane z dietami, ale dla tego zrobiłam wyjątek. Dla tego było warto. 
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.



Cudów nie ma. Jest za to milion diet, w których można się pogubić. I wreszcie ich pierwszy rzetelny ranking. A czy ty wiesz co jesz?


Mam alergię na diety. Na samo słowo "odchudzanie" dostaję klasycznych objawów: kicham, prycham, przewracam oczami, wreszcie odwracam się na pięcie i czmycham gdzie pieprz rośnie, byle tylko wyjść z dietetycznego pola rażenia. Bo diety (DIETY!) są wielkie, głodne, stoją nad Bogu winnym człowiekiem ze znakiem zakazu, na którym czerwoną farbą wymalowane jest "nie wolno ci!". I odbierają to, co najlepsze.

Z podobnego założenia wyszli autorzy książki. Dieta albo cud podzielona jest na dwie części. Pierwsza to obszerny ranking diet i poradników dietetycznych, które można znaleźć w polskich sklepach oraz które robią co pewien czas mniejszą lub większą furorę wśród chcących wrzucić kilka kilogramów. Polubiłam te tabelki. Są rzetelne - na ocenę końcową każdej diety składa się wiele czynników, jak np. zdrowotność, urozmaicenie, łatwość przygotowania, koszt diety, dostępność produktów czy występowanie efektu jo-jo. Bo co z tego, że są diety, które na krótką metę działają świetne, -5 kg mniej w tydzień, jeśli równocześnie sieją w organizmie takie spustoszenie, że gdyby odchudzający się byli świadomi wszystkich konsekwencji, przez myśl by im nie przeszło stosowanie niektórych z nich (np. diety Kwaśniewskiego, kopenhaskiej albo niestety, modnej ostatnio diety Dukana).


W drugiej części książki znajduje się przewodnik po produktach spożywczych - tych, które są w naszej diecie mile widziane oraz całej reszty, która już niekoniecznie powinna się w niej znaleźć. Nie ma cudów. Są za to proste tłumaczenia jak działa nasz organizm, kiedy ładujemy w niego więcej, niż tak naprawdę potrzebuje. Autorzy starają się obrazowo pokazać, co się dzieje, gdy spożywamy różne produkty: jajka, warzywa, mięso. Ogromny osobisty plus daje za to, że nikt mi tu nie mówi Pij mleko - będziesz wielki - ani Pij mleko - będziesz mały (bo połamią ci się kości). Wszystko wytłumaczone zwykłym, zrozumiałym językiem. I mnóstwo ciekawostek: jak hoduje się truskawki w zimie i dlaczego choćby nie wiem jak czerwone były, nigdy nie będą słodkie? Czym spulchnia się serki do smarowania pieczywa, by były lekkie jak chmurki? Dlaczego producenci tabletek na odchudzanie nie podają na opakowaniu pełnego składu oraz dlaczego pijąc kawę uzyskamy taki sam lub nawet lepszy efekt jakbyśmy łykali tabletki na odchudzanie? I wreszcie, jak to możliwe, że osoby uczulone na laktozę, czyli nie trawiące mleka, mogą zajadać się jogurtami, serami, pić maślanki i kefiry bez żadnych negatywnych konsekwencji?



Jedyną rzeczą, która mi się nie podoba, są zdjęcia. Sponsorami książki były m.in. Piątnica, DeLonghi, Kenwood czy Coca Cola. Fotografie to bardziej lub mniej siermiężny product placement: na zdjęciu z sokiem nalewanym do szklanki w tle stoi obowiązkowo karton z logo firmy i napisem Cała pomarańcza. Ilustracją wody jest ładna modelka leżąca na ręczniku i postawiona tuż obok jej głowy butelka wody mineralnej - ustawionej tak, żeby było widać cały napis i logo firmy. Jeśli fotografia chipsów, to z dipami, zmiksowanymi w blenderze marki X, z wyeksponowanym znakiem firmowym, żeby przypadkiem czytelnik go nie przeoczył. Taka reklama mnie razi. Mam wrażenie, że robi się ze mnie głupiego czytelnika, któremu jak nie pokażę się dosadnie palcem: patrz tu!, to nie zobaczy. Wręcz przeciwnie, zobaczy i tylko go to zdenerwuje.

Poza tym, biorąc pod uwagę, że książka ma być utrzymana w zdrowym klimacie, Coca Cola w sponsorach mi tu jakby nie pasuje. Tak, wiem, wypuszcza na rynek wodę (Kroplę Beskidu). Ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorzy książki doskonale zdawali sobie sprawę z tej niekonsekwencji i wybrnęli z tego dość sprytnie: pomijając omówienie napojów gazowanych w drugiej części książki. Owszem, dokładnie omówili wody smakowe, soki i napoje, kawę, herbatę, nawet napoje izotoniczne i energetyzujące. Ale bąbelków brak.

__________________________
Dieta albo cud (praca zbiorowa)
Warszawa 2011
Wydanie I
Stron: 220
Wydawnictwo:
Pro-Test
__________________________


Jak napisałam wcześniej, nie lubię diet. Ale dziś zrobiłam wyjątek. Zaaplikowałam sobie swoją własną dietę, opracowaną według najwyższych standardów i z zachowaniem odpowiednich proporcji składników odżywczych do dobrego samopoczucia: dietę czekoladową! Żadnej innej nie wyznaję :) 

Banoffee, czyli połączenie banana i toffee w jednej tarcie. Na kruchym spodzie, z samodzielnie zrobioną czekoladową masą kajmakową (aj!), plasterkami bananów lekko zanurzonych w czekoladzie, wysoką, puszystą chmurką z ubitej śmietany i zawijaskami ze startej gorzkiej czekolady. Rozpusta, magia, czekoladowe czary-mary - wszystko w jednym kawałku.
Py-cha!



Tarta banoffee
(inspiracja przepisem Kini)
  • 200 g mąki pszennej
  • szczypta soli
  • 120 g masła
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżeczki zimnej wody
  • 1 i 1/2 szklanki śmietanki kremówki (30% lub 36%)
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 1/2 tabliczki mlecznej czekolady
  • 500 ml dobrze schłodzonej śmietanki kremówki (oprócz tej, która wcześniej)
  • 3-4 duże banany
  • sok z 1 cytryny
  • 1 opakowanie fixu do śmietany (żeby była sztywniejsza)
  • starta na tarce gorzka czekolada - do dekoracji
Przygotowanie:
Zrób kruche ciasto. Zacznij od przesiania mąki i soli do dużej miski. Dodaj pokrojone na małe kawałki masło. Bardzo delikatnie i równomiernie wcieraj masło w mąkę, aż całość zacznie przypominać kruszonkę. Dodaj żółtko, dalej zagniataj. Jeśli ciasto będzie za suche i będzie się rozsypywać, dodawaj po odrobinie wody, dopóki nie zacznie tworzyć zwartej, elastycznej kulki. Gotowe ciasto owiń w folię i schowaj na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wyciągnij, rozwałkuj na podsypanej mąka stolnicy lub blacie na średniej grubości placek. Formę wysmaruj masłem. Przełóż do niej ciasto i wylep nim dokładnie spód i brzegi formy. Podziurkuj ciasto widelcem. Przykryj tartę kawałkiem papieru do pieczenia lub pergaminu, wysyp na niego suchą fasolę (dla obciążenia, żeby w piekarniku ciasto się nie wybrzuszyło). Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C i piecz 15 minut. Po tym czasie wyciągnij, ściągnij z wierzchu pergamin i fasole, wstaw do piekarnika jeszcze na 5-10 minut. Wyciągnij, odłóż do całkowitego ostudzenia. 
Przygotuj czekoladową masę kajmakową: 1 i 1/2 szklanki kremówki wymieszaj z cukrem i gotuj na niedużym ogniu przez ok. 40 minut. Należy pamiętać o tym, żeby masę od czasu do czasu mieszać. Gdy masa zgęstnieje, zdejmij z ognia, dodaj 100 g czekolady i wymieszać aż do całkowitego jej rozpuszczenia. Masę czekoladową wyłóż na kruche ciasto, zostaw do ostygnięcia (musi być chłodna, inaczej bita śmietana na wierzchu się stopi).


Banany obierz ze skórki, pokrój na talarki, skrop sokiem z cytryny (dobry patent - obierać po jednym bananie i plasterki moczyć kilkanaście sekund w soku). Banany poukładaj na wierzchu czekolady. 
500 ml schłodzonej kremówki ubij na sztywno, dodając na koniec fix do śmietany. Wyłóż na banany i posyp startą gorzką czekoladą. 


I już, smacznego!



Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Trele morele, czyli sierpień do kwadratu


Przyszedł czas na kolejną kwadratową kuchnię :) Upalną, wakacyjną, słoneczną. A nic innego nie przypomina wyglądem słońca jak morela.

Co to jest Kuchnia do kwadratu?
Zaczęło się od maila.
Oliwko, będę piekła w niedzielę, nie chciałabyś razem ze mną...?
I tak powstała dwa miesiące temu pierwsza Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon. Idea jest prosta. Obie umawiamy się na motyw przewodni - jako że kwadratowa kuchnia jest sezonowa, głównym składnikiem jest zawsze coś bardzo charakterystycznego dla danego miesiąca. W maju był to rabarbar (i szarlotki z rabarbarem), w czerwcu truskawki (czyli serniki truskawkowe), a lipcu borówki schłodzone w lodach
Ale co miesiąc, żeby nie było zbyt prosto, fundujemy sobie też niespodziankę: nie zdradzamy przepisu. Ba, nie zdradzamy sobie żadnych szczegółów poza tym, co to będzie. Rzucamy tylko hasło - tak jak w tym miesiącu: borówki, lato, dla ochłody. Po czym pichcimy. W tym samym czasie, każda w swojej kuchni. W mojej, przepełnionej książkami i oliwkowej, pachnącej cynamonem. Do ostatniej minuty przed opublikowaniem przepisów ja nie wiem, co przygotowuje Oliwka, a Oliwka - co ja.

Sierpniowa Kuchnia do kwadratu
Hasłem na ten miesiąc była tarta z morelami. Mała czy duża, z jakimi dodatkami, prosta czy wykwintna - tu już same miałyśmy siebie nawzajem zaskoczyć. Kiedy pisze ten tekst, jeszcze nie wiem, co wymyśliła Oliwka. I już przebieram nóżkami, żeby zobaczyć!

Do mojej tarty z morelami dodałam plasterki brzoskwiń. Przyjrzałam się. Hmm, czegoś brak. Więc zrobiłam górki z bitej śmietany. Ale dalej jakby... Aha! Czekolada! Starłam kawałek gorzkiej tabliczki, dookoła poukładałam migdały. I dopiero było po mojemu. 


Letnia tarta morelowo-brzoskwiniowa

Składniki na tartę o średnicy ok. 22 cm:
  • 200 g mąki pszennej
  • szczypta soli
  • 120 g masła
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżeczki zimnej wody
  • gęsta marmolada morelowa (duży słoik zrobiony w zeszłym roku)
  • 2 duże brzoskwinie obrane ze skórki. pokrojone w plasterki
  • bita śmietana
  • 2 kostki gorzkiej czekolady
  • migdały
Przygotowanie:
Mąkę i sól przesiej do miski. Dodaj pokrojone na małe kawałki masło. Bardzo delikatnie i równomiernie wcieraj masło w mąkę, aż całość zacznie przypominać kruszonkę. Dodaj żółtko, dalej zagniataj. Jeśli ciasto będzie za suche i będzie się rozsypywać, dodawaj po odrobinie wody, dopóki nie zacznie tworzyć zwartej, elastycznej kulki. Gotowe ciasto owiń w folię i schowaj na pół godziny do lodówki. Po tym czasie wyciągnij, rozwałkuj na podsypanej mąka stolnicy lub blacie na średniej grubości placek. Formę wysmaruj masłem. Przełóż do niej ciasto i wylep nim dokładnie spód i brzegi formy. Przykryj tartę kawałkiem papieru do pieczenia lub pergaminu, wysyp na niego suchą fasolę (dla obciążenia, żeby w piekarniku ciasto się nie wybrzuszyło). Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C i piecz 20 minut. 
Wyciągnij, ściągnij papier i fasolę. Wysmaruj spód ciasta gęstą marmolada morelową, po czym ponownie włóż do piekarnika (temperatura ta sama) na 10-12 minut. Wyciągnij, odłóż do ostudzenia. 
Brzoskwinie pokrój w plasterki i ułóż na wystudzonej marmoladzie. Żeby udekorować całość bita śmietaną, musisz poczekać, aż tarta będzie już całkowicie ostudzona, nie może być ani trochę ciepła (bo bita śmietana zamiast ładnie się trzymać, brzydko się stopi i rozpłynie). Na bitą śmietanę zetrzyj czekoladę, poukładaj na wierzchu migdały. Tarte wstaw do lodówki, żeby się jeszcze ochłodziła przed krojeniem (około godziny).



Jurgen Thorwald, Męska plaga.


Jurgen Thorwald napisał już książki o chirurgii i hemofilii. Pełne zabawnych ciekawostek, opowiedzianych z humorem, wywlekając na wierzch nieznane fakty, często takie, od których czytania automatycznie łapie się za głowę, zatyka usta dłonią albo czyta drugi raz, żeby sprawdzić, czy aby na pewno dobrze się zrozumiało. Operacje bez znieczulenia? (Jeśli nie brać pod uwagę rak i nóg związanych sznurami, żeby pacjent za bardzo się nie wiercił - krzyczeć nikt mu nie zabraniał, chyba że w akcie desperacji zaczynał pluć na chirurga, wtedy go w ramach usługi premium dodatkowo kneblowano).

Uwielbiam czytać o takich dziwolągach, dlatego jak tylko ukazała się książka, zaraz poleciałam do księgarni zobaczyć co to. Kilka dni później już miałam ja w rękach. Tym razem Thorwald na warsztat wziął męską rzecz. A konkretnie trzy - seks, pożądanie i kłopoty z prostatą. I nie było w tym nic niesamowitego - w końcu o, nazwijmy to, męskiej medycynie, napisano już milion książek. Ale nie takich. Półki w księgarniach uginają się od pozycji naukowych, akademickich, bardzo poważnych i w których połowę tekstu stanowią łacińskie nazwy. Mnie takie książki nie interesują. Z nich nie dowiem się, jakie życie erotyczne prowadził Charlie Chaplin i dlaczego był kochasiem, który na prawo i lewo zdradzał żonę i potrafił w tym samym czasie pisać do kilku swoich kochanek, nie pamiętając później co której w liście naobiecywał. Albo jak przez kilka miesięcy Amerykanie byli codziennie informowani w jakim stanie jest prostata prezydenta Reagana, bo rząd amerykański ubzdurał sobie, że niepodawanie tego do wiadomości publicznej równałoby się z ograniczeniem prawa do wolności informacji. W podręcznikach dla przyszłych lekarzy nie ma takich historyczno-medycznych przekrętów jak oświetlanie pacjenta lampką od środka, omyłkowego zoperowania przez chirurga płuca zamiast pęcherza (faktycznie, łatwo pomylić) czy praktykowanego kiedyś ochoczo niezaszywania ran (bo i po co) na rzecz wznoszenia gorących modłów do odpowiedniego bóstwa o przeżycie chorego delikwenta. Tego wszystkiego nie znajdę poważnych podręcznikach. A Thornwald sypie takimi przykładami jak z rękawa. I za to bardzo lubię jego książki.
To powinno jak nic wejść do spisu lektur studentów medycyny.

piątek, 5 sierpnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "...mój diabeł stróż"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Niezwykła przyjaźń czy zwykła miłość? Oceńcie sami.
(Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj!)



Czy można pisać do siebie tak, żeby uczucie niemal wylewało się z koperty, parowało z kartek i iskrzyło pod piórem? Oni robili to przez ponad 20 lat.

Ona - 20-letnia świeżo upieczona studentka. On - 18-letni sławny już pianista. Za dwa lata zostanie najmłodszym w historii laureatem Konkursu Chopinowskiego. Za trzy - wyjedzie do Brukseli grać koncerty. Za pięć lat będzie już miał na koncie 500 występów odbytych w ciągu ostatnich trzech lat: recitali, koncertów z najlepszymi dyrygentami i orkiestrami świata, do tego własne płyty, nagrania dla radia i telewizji.

Ale póki co jest rok 1953, Halina Janowska zjawia się na balu kostiumowym w warszawskim konwersatorium, jako jedyna bez przebrania. Jak się okazuje, do czasu. Bo oto pojawia się Andrzej Czajkowski ubrany w czarny garnitur. Ktoś ich sobie przedstawia: "To jest Halina, a to Andrzej Czajkowski". Stoi onieśmielona, podczas gdy chłopak zachłannie lustruje ją wzrokiem. Chwilę potem ciągnie ją już za rękę w stronę pustej sali lekcyjnej. W środku rzuca: "Rozbierz się". A ona nie wiedząc co ma robić, jak stała, tak stoi. On powtarza: "Rozbierz się". I dodaje: "To jest bal kostiumowy. Możemy zamienić ubrania".
I tak na warszawskim balu kostiumowym w 1953 roku nie było już nikogo bez przebrania.

Mój diabeł stróż to zbiór listów Haliny Janowskiej i Andrzeja Czajkowskiego. Listów bardzo osobistych, toczących się trochę poza historią i kontekstem politycznym. Pisali do siebie przez 26 lat, z czteroletnią przerwą, od roku 53. do 82. (kiedy Andrzej zmarł). O wszystkim: jego koncertach, jej pracy, jego sukcesach, jej rodzinie. Pomimo dwukrotnego małżeństwa Haliny i jej córki, Basi, oboje nadal myśleli o wspólnym dziecku. Nazywali to w listach "sprawą Daniela" (imię ich przyszłego synka), poruszali kwestię ewentualnej zgody Marka, pierwszego męża Haliny.


Jak nic ciśnie się na myśl pytanie o ich wzajemne relacje. Czy to była jeszcze niezwykła przyjaźń, czy już zwykła miłość? Albo może przyjaźń, która miłość udawała. Takie niby nic, a jednak. Oboje wiedzieli o co chodzi. I czytelnik też wie. Albo raczej - domyśla się.

Nigdy nie napisali do siebie otwarcie: kocham Cię, wyjdź za mnie, mówię to na poważnie. Ich korespondencja pozostawała w sferze domysłów i niedopowiedzeń. I mimo, że Andrzej wielokrotnie pisał Halinie, ze żyć bez niej nie może, oboje wiedzieli jak należy to odebrać i jakiej odpowiedzi się spodziewać: ja bez Ciebie też, a jak koncerty? Jak trasa? Czy jesteś zdrowy? I gra toczyła się dalej.


Grali ze sobą słowami, zachowując pozory dystansu, za którym miałam wrażenie, że chowa się uczucie dużo głębsze niż przyjaźń. Pisali do siebie w taki sposób, jakby od siebie co chwilę uciekali tylko po to, żeby niemal od razu szukać się nawzajem i wracać do siebie. Rozkochiwali się w tych listach wzajemnie i w chwilę potem porzucali, wabili i odpychali. Jakby oboje się bali tego, co może się stać, gdy się spotkają. A tak wszystko toczyło się swoim normalnym rytmem - Halina była dla Andrzeja jak bezpieczna przystań, do której pisał, której się radził i żalił, nie mogąc doczekać się odpowiedzi. I którą, tylko w im samym wiadomy sposób, kochał i tęsknił za nią.


Czytanie tych listów to jak zaglądanie przez dziurkę od klucza, poznawanie życia Czajkowskiego i Janowskiej od innej, nieznanej dotąd strony. To jak dziecinne robienie "a kuku!" w ich intymne sekrety. Dozwolone podglądactwo. Przeglądanie cudzej korespondencji, za które nie grozi kara.
Czy to nie jest idealny materiał dla psychologów? Z jednej strony intymna korespondencja przypominająca powieść. Tyle, że bez fikcji. Z drugiej - świetna powieść psychologiczna.

Przeczytałam z zapartym tchem. Czy mi się podobało? Tak. Ale.
Zastanowiłam się nad tym zapisem korespondencji. To nie historia wymyślona przez jakiegoś pisarza, to się działo naprawdę. Zastanawiam się, ile emocji się w Czajkowskim i Janowskiej kumulowało przez te wszystkie lata. Jak utrzymywali siebie nawzajem w niepewności, która aż iskrzyła od uczuć. Mam wrażenie, że robili to oboje - i ona, i on. Mamili się wzajemnie. Andrzej czarował Halinę swoim talentem i właściwą muzykom wrażliwością, spojrzeniem na różne sprawy z odmiennego niż ona punktu widzenia. Szukał w niej inspiracji. A ona była jego muzą, gotową wiele dla niego poświęcić. 

Wyciągnęłam z tej książki jeden najważniejszy wniosek. Piszcie listy!



Anita Halina Janowska, ...mój diabeł stróż. Listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Janowskiej
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2011
Wydanie III, zmienione i rozszerzone
Stron: 362




Diabelska korespondencja zasługuję na diabelsko dobre słodkości.
Co powiecie na cupcakesy z piekła rodem?



Aj! Cupcakesy z piekła rodem

Składniki na 10 dużych lub 30 małych sztuk:
  • 115 g mąki pszennej (pełnoziarnista górą!, ale jak nie mamy, to dajemy zwykłą)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 80 g bardzo miękkiego masła/dobrej margaryny
  • 2 jajka
  • 90 g cukru
  • 2 łyżki mleka
  • 3 kopiate łyżki wiórków kokosowych - opcjonalnie
  • mały kubek śmietany kremówki - 30% lub 36%
  • łyżeczka cukru pudru lub miodu
  • kilka dojrzałych i słodkich moreli
  • łyżeczka cynamonu + dwie cukru pudru


Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 190 stopni C. Wsyp mąkę do dużej miski, dodaj proszek do pieczenia, mięciutkie masło.margarynę, jajka, cukier, kokos i mleko i wymieszaj wszystko bardzo dokładnie. Możesz trzepaczką albo łyżką, musi powstać gładka masa. Do muffinkowej formy wyłożonej papilotkami nakładaj ciasto do 3/4 wysokości zagłębienia. Wstaw do piekarnika na 20 minut (jeśli masz małe foremki, czas pieczenia może być krótszy - ok. 15 minut - musisz sprawdzać na bieżąco drewnianym patyczkiem, czy po wbiciu go w muffinka wychodzi suchy; jeśli nie - piecz dalej), aż z wierzchu staną się złociste. Wyciągnij i dobrze ostudź.
Ubij bitą śmietanę: śmietanka musi być chłodna, dopiero co wyciągnięta z lodówki. Kiedy już będzie sztywna, dodaj cukier lub miód i jeszcze chwilę poubijaj.
Morele umyj, wytrzyj do sucha i poprzekrawaj na połówki, usuwając ze środka pestki. takie połówki pokrój na plasterki. Musisz to zrobić nie tnąc połówkę równolegle, tylko promieniście, czyli tak, że nóż rozchodzi się od tego zagłębienia, gdzie była pestka, w kierunku skórki - w ten sposób powstaną ładne kształty przypominające kształtem księżyce, kiedy są mniejsze niż połówki. Albo rogi diabełka właśnie. Plasterki trzeba kroić bardzo cienko, bo bita śmietana nie utrzyma zbyt ciężkich morelowych rogów. 
(Nie wiem czy dobrze wytłumaczyłam, w razie wątpliwości, pytajcie :) )
Na wierzch muffinki nałóż małą górkę bitej śmietany, po obu stronach umieść morelowy rogi i posyp po wierzchu cynamonem zmieszanym z cukrem pudrem.




Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Uwielbiam Cię, lato


Kocham lato, w każdej postaci: wystawiania twarzy do słonka na ławce w parku, wylegiwania się na ciepłej trawie, leniwego przewracania się na drugi bok z książką w ręku, czytania, czytania i jeszcze raz czytania. Skakania po Kleparzu, między straganami uginającymi się od pachnących owoców, warzyw i najfantastyczniejszej formy ogórka - małosolnych z wielkiej beczki.

I objadania się malinami, umazanej na fioletowo buzi i rąk od borówek, wgryzania się w arbuza i ścierania soku z brzoskwini ściekającego po ręce.

Nie spieszenia się nigdzie. 
Kiedy największym problemem jest jechać tu czy tam? I na 4 dni czy na 7? Upiec to czy tamto? A na co mam ochotę?
To są najwspanialsze problemy na świecie, mogę je z radością i szerokim uśmiechem na ustach rozwiązywać codziennie.

A w głowie dużo pomysłów, dużo nowych rzeczy i dużo się dzieje. Tylko czemu te maliny i porzeczki nie są na dłużej...?



Letnie tartaletki (na 8 foremek):

Składniki:
  • 200 g mąki pszennej
  • szczypta soli
  • 100 g tłuszczu - masła albo margaryny
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki zimnej wody
  • letnie owoce - takie, na jakie akurat jest sezon (u mnie agrest, czarne porzeczki, maliny, czereśnie)
  • 200 ml śmietany kremówki (czyli 30% lub 36%)
  • 2 łyżki cukru pudru lub 2 łyżeczki miodu
Przygotowanie:
1. Przygotuj ciasto. Mąkę i sól przesiej do miski. Tłuszcz pokrój na małe kawałki i dodaj do mąki. Bardzo delikatnie i równomiernie wcieraj palcami tłuszcz w mąkę, aż masa zacznie przypominać okruchy chleba.
2. Dodaj żółtko i wymieszaj szerokim nożem albo łopatką, aż ciasto zacznie tworzyć bryłę. Dodaj tylko tyle wody, aby składniki dobrze się połączyły.
3. Przełóż ciasto na powierzchnię lekko posypaną mąką i delikatnie ściśnij je palcami. Włóż ciasto do lodówki na 30 minut.
4. Po tym czasie rozwałkuj je i wyłóż nim 8 foremek na tartaletki. Nadmiar ciasta rozwałkuj ponownie i wyłóż nim pozostałe foremki - tyle, na ile starczy ciasta (i posiadanych foremek).


5. Schładzaj 15 minut, potem piecz bez nadzienia, przykryte pergaminem i fasolą 15 minut w nagrzanym do 200 stopni C piekarniku. Zdejmij pergamin i fasolę, i piecz kolejne 5 minut. Ostaw do ostudzenia.

6. Przygotuj nadzienie. Ubij śmietanę kremówkę na bitą śmietanę, dodając pod koniec ubijania (gdy już będzie sztywna) jedną lub dwie łyżki (w zależności jak słodkie lubisz) cukru pudru. Możesz zastąpić go miodem - wtedy jedna lub dwie łyżeczki. Tartaletki możesz napełniać bita śmietaną, kiedy będą już chłodne, nie mogą być ciepłe, bo śmietana popłynie. Na wierzchu poukładaj letnie owoce.


I gotowe, smacznego! :)




Dogrzebałam się tego w moich notatkach z tego roku.
Prawie to samo, tylko że inne.


Pamiętacie konkurs zwegowanych, którym pomagałam wybrać zwycięzcę, który otrzyma torby termiczne? Są wyniki z III tygodnia! Gratuluję :)  

czwartek, 19 maja 2011

Nie bądź taki skruszony


Uwielbiam, kocham, wielbię kruszonkę. Jak byłam mała, potrafiłam stać i wydłubywać ją z wierzchu jeszcze ciepłego ciasta. Z ostudzonego zresztą też. A cała sztuka polegała na tym, aby dłubać tak, by nie było widać i nikt się nie zorientował. Była więc strategia "dłubać co kawałek", przez co powstawało wrażenie, że kruszonki jest, a i owszem, mniej - ale równo mniej. Druga taktyka pod tytułem "zjadaj, co widać" polegała na tym, żeby z pełnym namaszczeniem wybierać co okazalsze i większe grudki - w ten sposób kawałki kruszonki były jednej wielkości - małej. W porywach bardzo małej. Trzeci wreszcie sposób - skubać brzegi. Brzegów i tak nikomu nie jest żal, to chociaż ja się o nie troszczyłam. 
Strategie można było stosować zamiennie. Raz tak, raz śmak. Gorzej, jak chciałam być taka panna po kolei i najpierw wydziubywałam po kawałku, potem duże grudki, a na końcu jechałam po brzegach. Wtedy trzeba było przykryć wszystko ściereczką, po cichu na paluszkach wytuptać z pokoju, a jak ciasto później wjechało na stół, znaleźć sobie jakieś bardzo angażujące zajęcie i udawać, że hm, ale o co chodzi?


Babcia wynosiła placki do drugiego pokoju, przykrywała ściereczką, łudząc się, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, stawiała na górnej półce, gdzie nie mogłam dostać (od czego są krzesła?), a mała Asia i tak zawsze tup tup tup i łapa pod ściereczkę. Potem padało sakramentalne pytanie "a gdzie kruszonka?". To był sygnał do błyskania uśmiechami i wykonywania pełnej zaskoczenia miny "oo, to mamy ciasto?". Babcia w odpowiedzi strzelała minę "Mhm. Na górze róże, na dole fiołki, co mi tu wciskasz takie pierdołki". Ale nie minęły trzy sekundy i słyszałam: "Ale dobra była, co?". I następował zbiorowy wybuch śmiechu.

Skoro najlepsza częścią ciasta z kruszonką jest kruszonka, po co w ogóle ciasto? Róbmy crumble!
Crumble mają polski odpowiednik - "owoce pod kruszonką", ale samo "crumble" brzmi jakoś ponętniej. I już w nazwie chrupie. 


Książka, o ho ho, nowiutka, świeżutka, wyczekana. Przepraszam, że się powtarzam z moim uwielbieniem dla Zafona, ale lubię go prawie tak bardzo jak kruszonkę. W dodatku kupiłam książkę przecenioną. Nie wiem jakim cudem komuś opłacało przeceniać się nowość, która dopiero co ląduje na półkach. Zastanawianie się zajęło mi jednak tylko chwilę, po czym popędziłam do księgarni, zanim jej właścicielowi też przyjdzie na myśl, żeby się nad tym zastanowić.


Zrobiłam dwie wersje crumble. Jedną po bożemu: owoce i na nich kruszonkę zapiekłam w piekarniku, drugą na raz dwa trzy w mikrofalówce. Tak, wiem, mikrofalówka niezdrowa. Jeszcze nie zdążyłyśmy się nawzajem polubić, chociaż stoi w kuchni już od jakiegoś czasu. Ale jeśli nie macie takich oporów jak ja, to druga wersja jest idealna dla zabieganych. Kruszonka zapieka się w trochę inny sposób niż w piekarniku - mi osobiście ten sposób bardzo odpowiada.


Crumble z rabarbarem
najbardziej klasyczne

Składniki:
  • 3/4 szklanki mąki
  • 3/4 szklanki brązowego cukru
  • 3/4 szklanki schłodzonego masła
  • 7 lasek rabarbaru
  • 3 łyżki cukru do zasypania rabarbaru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • wiórki kokosowe (jak ktoś bardzo nie lubi, można pominąć)
  • płatki migdałów
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. 
Rabarbar umyj, obierz i pokrój na nieduże kawałki (ok. 2 cm). Zasyp trzema łyżkami cukru i mąką ziemniaczaną. Odstaw. Zrób kruszonkę: cukier, mąkę i masło wsyp do miski. Rozetrzyj palcami na okruszki. Ugniataj jeszcze przez chwilę, aż ciasto zacznie się łączyć (jakby kruszonka bardzo nie chciała się łączyć i mimo wysiłków rozsypywała na proszek, dodaj odrobinę więcej masła). Nie musi wyjść piękna, gładka kulka, tylko mniej więcej lepić do siebie tak, żeby można było duże kawałki ciasta pokruszyć później na wierzch. Gotową kruszonkę owiń folią i wstaw do zamrażarki. 
Wyjmij formę, natłuść ją, wyłóż wcześniej przygotowanym rabarbarem. Jeśli jak ja lubisz wiórki kokosowe, możesz posypać nimi wierzch. 
Wyjmij kruszonkę z zamrażarki, pokrusz ją na wierzch rabarbaru, całość posyp płatkami migdałów i wstaw do piekarnika do momentu, aż kruszonka się przyrumieni (u mnie jakieś 20-30 minut).
Po upieczeniu i nałożeniu sobie porcji do miseczki, na wierzch możesz położyć gałkę lodów waniliowych albo słodki mus (u mnie ta jasnożółta pianka na wierzchu to właśnie mus waniliowy, który cudnie się topi od ciepłych owoców i kruszonki).



I jeszcze wersja ekspresowa, bez pieczenia w piekarniku. Na wierzch nałożyłam bitą śmietanę, która rozlała się po ciepłej kruszonce, tworząc słodką, aksamitną warstwę. Niebo w gębie. Patent z bitą śmietaną jest nie do przebicia.

Crumble z rabarbarem dla zabieganych
do przygotowania w 7 minut

Składniki - podaję proporcję na jedną spora miseczkę:
  • 1/3 szklanki mąki
  • 1/3 szklanki brązowego cukru
  • 1/3 szklanki schłodzonego masła
  • 1 laska rabarbaru
  • płatki migdałów
  • 1 łyżeczka cukru do zasypania rabarbaru
  • pół łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • bita śmietana na wierzch
Przygotowanie:
Z grubsza początek jak w tradycyjnym, "piekarnikowym" crumble: rabarbar umyj, obierz i pokrój na nieduże kawałki (ok. 2 cm). Zasyp cukrem (1 łyżeczką) i mąką ziemniaczaną, odstaw. Zrób kruszonkę: cukier, mąkę i masło wsyp do miski. Rozetrzyj palcami na okruszki. Ugniataj jeszcze przez chwilę, aż ciasto zacznie się łączyć (jakby kruszonka bardzo nie chciała się łączyć i mimo wysiłków rozsypywała na proszek, dodaj odrobinę więcej masła). Nie musi wyjść piękna, gładka kulka, tylko mniej więcej lepić do siebie tak, żeby można było duże kawałki ciasta pokruszyć później na wierzch. 
Przełóż do miski rabarbar, hojnie posyp płatkami migdałowymi, pokrusz na wierzch ciasto (kruszonkę). Włóż do mikrofalówki na 2,5 minuty (moc 500 albo 650). Każda mikrofalówka jest inna, dlatego sprawdź, czy po tym czasie jest gotowa - jeśli nie, wsadź jeszcze do środka na minutę. Wyjmij, pozwól crumble przez minutę, dwie się przestudzić (możesz się poparzyć od gorącej kruszonki), nałóż na wierzch kleks bitej śmietany. Jedz i patrz jak bita śmietana fajnie się topi.



Carlos Ruiz Zafon, Pałac Północy


Bardzo lubię. Mogę kupować jego książki w ciemno. Bo mnie tak trzymają w napięciu, że ciasto się przypali, coś wleci w okno, szybę wywali, buchnie pożar, cokolwiek, a ja nie zwrócę na to uwagi.

Zdziwiłam się, jak przeczytałam ostatnio, że na początku jego książki były klasyfikowane jako literatura młodzieżowa. Dlatego, że głównym bohaterem jest zawsze jakiś młody chłopiec? Dla mnie to nie oznacza, że książka musi być młodzieżowa (to tak jakby ktoś zaszufladkował Mistrza i Małgorzatę jako fantasy, bo ma wątki fantastyczne). Później przeczytałam w wywiadzie z Zafonem, że on sam też się zdziwił z takiego odgórnego przyklepania. Drugim zadziwieniem było odkrycie, że w Hiszpanii wszystkie jego książki są już dawno powydawane, a u nas jeszcze paru brakuje. Zaczęłam szukać, gmerać, wyguglowywać i nic - żadnej zapowiedzi polskiego tłumaczenia. Aż tu ciach, kupuję książkę z pomarańczową okładką, zaglądam na ostatnią stronę i o, o, o jacieniemogę! - Światła Września w październiku. Będę chyba koczować pod księgarnią.
Related Posts with Thumbnails