• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Moje Dolomity!"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! I znowu gatunek, którym normalnie się nie zajmuje, czyli przewodnik. Albo prawie przewodnik. Wydał mi się na tyle inny niż wszystkie, że postanowiłam rozłożyć go na części pierwsze w recenzji.
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.


Dolomity, nazywane też bladymi górami, są najbardziej smakowitą częścią włoskich Alp - gdzie najwyższy szczyt nazywa się Marmolada, a lokalnymi przysmakami są Śmierdziel z Moeny i księże zadławki.

Jakim cudem przewodnik może być czytany z zapartym tchem, skoro nie ma się w planach wyjazdu w miejsce, o którym się czyta? Jakimś cudem widać może. Bo ani ten przewodnik nudny, ani nawet do końca nie można go nazwać przewodnikiem.

Vito Casetti (tak, Europa da się lubić) i Agata Jakóbczyk rozpoczęli sezon w Moich Dolomitach w zimie. Pierwszym przystankiem było więc Trentino, czyli idealnie miejsce dla zapalonych fanów nóg przypiętych do jednej albo dwóch desek. Szczególnie polecam lekturę tym, którzy od lat narzekają na nasze polskie przeładowane wyciągi, nieodśnieżone trasy narciarskie i płaskie jak deska stoki. W Dolomitach narciarski system funkcjonuje inaczej. Kupując jeden karnet, dostajemy dostęp do wszystkich wyciągów i stoków, czyli 12 ośrodków narciarskich i 450 kolejek linowych, z których wszystkie są szybkie i supernowoczesne. Łącznie: 1200 km połączonych tras narciarskich. Tak, kilometrów. Tysiąc dwieście.

Dolomity to jedna wielka sieć wyciągów łączących poszczególne regiony i miasta. Niektóre oddalone są od siebie o kilkadziesiąt kilometrów i leżą na przeciwległych stokach gór, a do których bez problemu można dostać się kolejką linową. Trasy są krótsze i dłuższe - można wybrać kilka małych odcinków lub zjechać jedną długą, 26-kilometrową trasą (co zajmie około 6 godzin). Nie mogę powstrzymać się w tym miejscu od porównania - nasze polskie stoki wyglądają przy włoskich ośrodkach narciarskich jak zapuszczone bidulki. W Polsce trzeba odstać swoje w dlugaśnej kolejce do wyciągu, gdzie podczas czekania inni niecierpliwcy wjeżdżają ci na twoje nowe, wywoskowane i wyczyszczone narty swoimi i gdyby tylko mogli, wydłubaliby kantem swoich desek pamiątkowy napis TU BYŁEM. Kiedy już uda ci się wystać swoje i wyjedziesz orczykiem na górę, czeka cię zjazd z duszą na ramieniu, bo na stoku jest tak ciasno, że tylko kwestią czasu i szczęścia jest, czy wjedzie w ciebie początkujący narciarz jadący na krechę, rozpędzony snowboardzista czy dziecko, któremu poplątały się narty. Cały zjazd zajmie ci góra 20 minut, po oblodzonym (bo wszyscy po tym kawałku jeżdżą) albo nieodśnieżonym (bo nie zjeżdża tamtędy nikt) stoku - akurat zdążysz się psychicznie przygotować na ponownie odstanie 40 minut w kolejce.
A szusujący w Dolomitach znają zasady. I wcale nie trzeba im o nich przypominać, sami ich przestrzegają.


Narciarze we Włoszech mają inne problemy. Zaprzątają sobie głowę raczej tym, czy na obiad spróbować szpinakowych gnocchi, czy typowo włoskiej polenty. Na deser zamówić tiramisu? A może apfelstrudel? Który, na marginesie, jako typowo austriacki deser bije w Południowym Tyrolu rekordy popularności - a to dlatego, że znajdują się tutaj największe w Europie sady jabłkowe, które dają najbardziej soczyste i słodkie jabłka - wiedzieliście o tym?.

Vito Casetii, jako rodowity Włoch nie mógł odmówić sobie przyjemności rozgadania się o włoskiej kuchni. Są więc kuszące opowieści np. o produkowanym tylko w Val di Sole niezwykle aromatycznym serze Puzzone di Moena, czyli dosadnie tłumacząc: Śmierdzielu z Moeny. Z rozbawieniem czytałam też o szpinakowych kluseczkach podawanych z topionym masłem i parmezanem, nazywanych strangolapreti - dosłownie "księże zadławki" (w książce znajdziecie na nie przepis).



Połączenie włoskiej beztroski i polskiej ciekawości świata zaowocowały smakowitą i megaciekawą mieszanką wybuchową - to dlatego na samym początku napisałam, że nie wiem, czy mogę tę książkę z czystym sumieniem zaklasyfikować jako przewodnik. Jeśli ktoś z moich znajomych będzie wybierał się w Dolomity, na pewno mu ją podrzucę do walizki, ale książkę czyta się też świetnie i bez zabookowanego biletu lotniczego w ręce, rezerwacji na hotel i złotówek wymienionych na euro.

Nie trzeba nawet jeździć na nartach czy desce. Moje Dolomity są małym rajem na ziemi nie tylko w zimie, ale też w lecie - zresztą w jednym sezonie wcale nie trzeba rezygnować z drugiego, w wyższych partiach Dolomitów można szusować po białym puchu przez cały rok. Do tego śliczne, czyste jeziora, nad którymi można wygrzewać się w słońcu, zajadać włoską pastą z serem ricotta i popijać kieliszkiem dobrego wina, a na deser serwować sobie świeże, słodkie figi. Ach, la dolce vita!
Jak widać, wcale nie trzeba się tam wybierać, żeby móc wyobrazić sobie wszystkie te przyjemności.

_______________________________________
Vito Casetti, Agata Jakóbczyk - Moje Dolomity!
Bielsko-Biała 2010
Wydanie I
Stron: 256
Wydawnictwo:


Jednym z tradycyjnych dań kuchni włoskiej, o której piszą autorzy, jest polenta. Bardzo prosta w przygotowaniu, w zasadzie robi się sama - trzeba tylko doglądać i mieszać, żeby się nie przypaliła. Pachnąca miodem i orzechami, na ciepło, jest idealnym wrześniowym śniadaniem. Słodka, z orzeszkami do pochrupania i truskawkami do posmakowania.




Polenta na słodko z truskawkami

Składniki na dwie miseczki:
  • 1 szklanka kaszki kukurydzianej
  • 2,5 szklanki mleka 
  • 3 łyżki miodu
  • szczypta kardamonu
  • szczypta cynamonu
  • 1 szklanka truskawek
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 3 łyżki suszonej żurawiny
Przygotowanie:
1. Orzechy włoskie posiekaj na grube kawałki. Wysyp je na suchą patelnię, upraż na małym ogniu. Gdy lekko się zezłocą i zaczną pachnieć, przesyp je do małej miseczki lub na talerz - nie mogą zostać na patelni, inaczej się przypalą.
2. Do rondelka wlej mleko, wsyp kaszkę kukurydzianą. Dodaj kardamon i cynamon, zamieszaj i niech się powolutku gotuje na małym ogniu.
3. W tym czasie pokrój truskawki na ćwiartki, garść truskawek odłóż do posypania gotowej polenty po wierzchu, resztę dodaj do gotującej się kaszki. Razem z truskawkami dodaj miód i masło orzechowe. Od tej pory masa zacznie gęstnieć, dlatego musisz ją ciągle mieszać.
4. Na końcu, kiedy kaszka uzyska już prawie-prawie konsystencję, jaka będzie ci odpowiadać - ja lubię gęstą - dosyp żurawinę, i uprażone orzechy. Zamieszaj ostatni raz i przełóż do miski. Udekoruj na wierzchu odłożonymi wcześniej truskawkami, możesz także posypać jednym drobno posiekanym orzeszkiem.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.



P.S. Zgaduj zgadula, jaką książkę wezmę na warsztat za niedługo. Ma coś wspólnego z poniższym zdjęciem, ale nie jest to ta książka, która leży obok mojego kapelusza. Ma też coś wspólnego z tematyką dzisiejszej recenzji. Ciekawe, czy zgadniecie, o jaki tytuł mi chodzi :)

(za zdjęcie dziękuję Grumkom)

wtorek, 6 września 2011

Czary-mary o smaku truskawki


Ostatnie w tym roku truskawki - mocno czerwone i słodkie, choć już inaczej niż te czerwcowe.
Lody - kremowe i delikatne, w chrupiącym rożku, topniejące po bokach i skapujące po palcach.
Jak w dzieciństwie.
I dlatego są najpyszniejsze na świecie.

Skapują nie tylko na moje dłonie. O mało co, a dostało by się Pchle. I Słowikowi. Słoniowi Trąbalskiemu trochę też. Wiecie już, o czym mówię? Tak! Sentimental story, czyli powrót do przeszłości.

Siedzę na krześle, przebieram nogami z zadowolenia i mam przed oczami moje wierszyki dzieciństwa. Jasne, Tuwima i Brzechwy było już tyle wydań, że każdy, kto miał się podekscytować cofnięciem w swoje dzieciństwo, już to zrobił. Bo fajnie jest zrobić sobie podróż wstecz, przeczytać, westchnąć, a potem jak zawsze odłożyć na półkę, zanieść z powrotem na strych, zapomnieć na kilka lat albo dać dzieciom, które zrobią z tego użytek na dłużej. Ale ja mam dzisiaj inaczej. Ja "mojego" Brzechwy, "mojego" Tuwima i od niedawna "mojej" Frączek nie chcę już zamykać w pudle.


Bo wreszcie trafiłam na wydanie, którego ani myślę się pozbywać. Oczarowało mnie totalnie: genialne rysunki i całe opracowanie graficzne (Maćka Szymanowicza). Przeurocze detale, szmery-bajery, które uwielbiam, jak numery stron zrobione w formie kolorowych rożków, pomalowane na różne kolory, niektóre linijki wierszy w chmurkach, dymkach, wyjęte ze sztywnego układu i umieszczone na rysunkowych tabliczkach. I okładki po wewnętrznej stronie - zdobione ślicznie: delikatnie, zabawnie.


I wierszyki z dzieciństwa. Moje, których, czytanych przez mamę kilkanaście razy, aż do znudzenia (albo zaśnięcia nad książką - co ciekawe, wcale nie mojego), zdążyłam się jako mała dziewczynka nauczyć na pamięć. Takie rzeczy zostają w głowie.
To niesamowicie miłe uczucie rozłożyć się z tymi, TYMI, książkami na całej szerokości łóżka, wśród śmiesznych rysunków, kolorowych okładek, rymów tak prostych i tak zabawnych, że nie niech się dookoła dzieje co chce, nieważne - bo ja czytam na głos Lokomotywę, dopinguję gapowatego Hilarego w poszukiwaniu swoich okularów i krzywię się na Zosię Samosię. I tylko to jest w tej chwili ważne.

Wierszyki z dzieciństwa są cudne.
A do nich domowe lody truskawkowe w wafelku.
Takie dziecięce czary-mary.


Lody truskawkowe 
jak dawniej, kremowe, i w rożku, żeby skapywały po palcach
(przepis siostrzany)

Składniki:
  • 2 duże jaja
  • 12 dkg cukru pudru
  • 300 ml śmietany kremówki 36 %
  • 150 g świeżych truskawek
  • masło do podsmażenia truskawek
  • 100 g mascarpone
Przygotowanie:
Białka ubić na sztywno, dodać połowę cukru i dalej ubijać do otrzymania lśniącej masy. W drugiej misce utrzeć żółtka z resztą cukru. W trzeciej misce ubić na sztywno śmietanę. Truskawki pokrojone w ćwiartki podsmażyć na maśle. Ostudzić i wymieszać z masą powstałą z żółtek, białek, kremówki i mascarpone. Masę przełożyć do pojemnika, przykryć folią przezroczystą. Mrozić około 5 godzin. W tym czasie dobrze jest wyciągać lody co godzinę i mieszać je łyżką, łopatką lub mikserem na małych obrotach - dzięki temu lody będą gładkie i kremowe, nie powstaną na nich kryształki lodu. Wyjąć z zamrażalnika 10 minut przed podaniem, aby lody dały się formować.
Są pyszne!

Jan Brzechwa, Pchła Szachrajka
Julian Tuwim, Wiersze dla dzieci
(obie książki wydane przez Wilgę, w Platynowej kolekcji)


ZamknijZamknij   Zamknij
(o książkach wcześniej)

piątek, 26 sierpnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Zdrowie masz we krwi"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Tym razem nie fikcja literacka, a poradnik. Tak jeszcze na Book Me nie było.
Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.


Jeść same białka, a może tylko tłuszcz? Zrezygnować z owoców czy postawić na głodówkę. A może jeść zgodnie z grupą własnej krwi? O nie, kolejna dieta!

Nie lubię diet. Nie stosuję żadnych. I dlatego nie lubię o nich czytać - bo to dla mnie większa fikcja niż ta literacka. Ale dostałam książkę do ręki. Przeczytałam z ciekawości. Z dużą dozą sceptycyzmu, na dobry początek.

I zaskoczyłam się. Bo o ile nastawienie miałam naprawdę bojowe i byłam gotowa spierać się w myślach z autorką (a jeśli byłoby trzeba, także na głos), o tyle w trakcie czytania moja chęć walki nieco osłabła. Co nie znaczy, że w kilka godzin zmieniłam się w zagorzałą fankę jedzenia zgodnego ze swoją grupą krwi, ooo nie. Ale... Ale od początku.

O co chodzi? W skrócie: dawno temu była tylko jedna grupa krwi - A. Z niej po jakimś czasie zaczęły wykształcać się inne: B, AB i 0. Dieta zgodna z grupą krwi opiera się na założeniu, że to, co dla jednego człowieka jest dobre, dla drugiego wcale nie musi takie być. Nie wszyscy lubią kurczaka albo pieczoną paprykę. Idąc dalej, w zależności od tego, jaką mamy grupę krwi, jeśli chcemy być zdrowi, pozwalczać wszystkie choróbska i dobrze się czuć, powinniśmy sięgać po inne produkty. Bo to ta właśnie różnorodność jest gwarantem dobrego samopoczucia. Dotyczy to zresztą nie tylko jedzenia, ale też uprawianego sportu czy sposobów radzenia sobie ze stresem.


Na rynku jest taka masa książek o dietach, że za osoby, które chcą się odchudzić, albo po prostu zdrowo odżywiać, trzymam mocno kciuki. Bo nie pogubić się w tym gąszczu dietetycznych książek, to już jest nie lada sukces. W dodatku autor każdego poradnika pisze co innego. Jeden twierdzi, żeby nie pić kawy, bo szkodzi. Na co zaraz odzywa się drugi i przekonuje, że kawa jest co najmniej boskim napojem. Inny dochodzi do wniosku, że najlepiej będzie, jak zaczniemy pochłaniać tylko tłuszcz, na co zaraz kolejny odpowiada: "W białku siła!". Do chóru przyłączają się następni: a to jedz kolorowo, a to nie łącz tego z tym (albo właśnie łącz), a to wreszcie detoksuj się przez 21 dni koktailami warzywnymi albo nagotuj cały gar zupy z kapusty od razu na tydzień. Mmm, pycha. Natomiast ta książka przekonuje mnie o tyle, że w nie znalazłam w niej kategorycznych stwierdzeń pod tytułem "od kurczaka schudniesz, a od wieprzowiny będziesz tyć". Trafia do mnie to, że każdy potrzebuje tak naprawdę czegoś innego, żeby dobrze się czuć i mieć dużo energii. Dorota Augustyniak-Madejska tłumaczy to w ten sposób: nasze organizmy są tak skonstruowane, że w zależności od literaki, która mamy przed "Rh", trawimy jedne rzeczy szybciej, inne wolniej. Niektórzy ludzie od tego samego mogą mieć wzdęcia, inni wręcz przeciwnie - czują się świetnie.

Zastanawiam się jednak na ile nasza tolerancja (bądź nietolerancja) niektórych produktów zależy od naszych przyzwyczajeń żywieniowych i kilku innych czynników poza samą grupą krwi, a na ile właśnie głównie od niej. Z drugiej strony, jeśli miałabym się zdecydować, czy jedzenie dostosowane do grupy krwi mnie przekonuje, czy też nie - to opowiedziałabym się po stronie kiwających potwierdzająco głowami. A przekonać choć w minimalnym stopniu takiego niedowiarka jak ja jest nie małym wyczynem.


Może to dlatego, że czytając tę książkę, wcale nie miałam wrażenia, że była pisana z obłędem czającym się na końcu pióra. Wręcz przeciwnie, jest bardzo logiczna. Spodobała mi się. Augustyniak-Madejska pisze tak, że rozumiem, o co chodzi. Wytłumaczyć coś najprościej na świecie jest najtrudniej. Autorka przedstawia różne mechanizmy działające w naszych organizmach. W prosty sposób pokazuje co się dzieje, gdy się przejadamy albo fundujemy sobie głodówkę, dlaczego jak jemy śmieciowe rzeczy, to mimo pełnego żołądka możemy zasłabnąć z braku energii. Wreszcie dlaczego nie można jeść w pośpiechu, bo tak zjedzone posiłki zwyczajnie się nie trawią i zalegają później kilka dni w jelitach, fundując nam różne sensacje trawienne i zamieniając nasz brzuch w balon.


Czyli: jest ciekawie. A przy tym jasno i zrozumiale. Jednych ta książka przekona, innych nie. Jedni pozostaną sceptyczni wobec odżywania pasującego do posiadanej grupy krwi, drudzy z miejsca zadeklarują się jej fanami. A jeszcze inni pozostaną gdzieś pośrodku. Przekonani, ale nie mający potrzeby robienia rewolucji na swoich talerzach. Tacy wezmą z książki co dobre, wyciągną wnioski i wykorzystają je do swoich potrzeb.
Czy już wiecie, do której grupy ja się zaliczam?

Dorota Augustyniak-Madejska - Zdrowie masz we krwi! Jak żyć zgodnie z grupa krwi
Gliwice 2011
Wydanie I
Stron: 144
Wydawnictwo:



Wyczytałam w książce, że osobom z mojej grupy krwi, A, świetnie robią jagody i cytryny. A że nie mogłam się opanować, i przy okazji jagód, kupiłam też w hurtowych ilościach truskawki (ostatnie tego lata, to już końcówki!), zrobiłam ze wszystkiego koktail. Na zdrowie!



Koktail truskawkowo-kokosowy

Składniki:
  • 2 szklanki truskawek
  • 2 łyżki jagód (naszych, polskich)
  • łyżka wiórków kokosowych
  • jogurt naturalny, niesłodzony - tyle, żeby zalał w blenderze owoce
  • kilka kropli soku z cytryny
  • miód - dla osłody, jeśli lubisz, ja nie dodałam
Przygotowanie:
Truskawki umyj, obierz, przekrój na pół. Wrzuć do blendera razem z wiórkami kokosowymi, zalej jogurtem, skrop sokiem z cytryny i jeśli lubisz, dodaj miód (1 łyżeczkę). Zmiksuj. Wrzuć do środka jagody, ale ich już nie miksuj. Przelej do szklanek i dodatkowo na wierzch możesz wrzucić kilka jagód.



Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

środa, 13 lipca 2011

Tam i siam


Zaczęły mi się wakacje i już miałam wizję cudownych dwóch miesięcy, tfu! przepraszam, trzech, spędzonych na słodkim nicnierobieniu. Ale ileż można? Pogapiłam się w sufit jeden dzień, drugi, trzeciego zrobiłam maraton spania: dzień zaczął się o 12, skończył trzy godziny później. Czwartego dnia już mi się to wypoczywanie znudziło i poczułam potrzebę dokonania wielkiego czynu.
Więc poczłapałam do kuchni i upiekłam ciasto.


Wolne, czyli książka w łapę, ciasto do torebki i odkąd wreszcie wyjrzało słońce, codziennie obieram kurs na kocyk i park. I podróżowanie. Tam i siam. Zaczęło się od Lublina. Z cudnym starym miastem, idealnym na letnie włóczenie się, odpoczywanie, poczucie, że hej, dziewczyno, nie musisz się wcale nigdzie spieszyć. Miasto z najbardziej apetycznym hasłem je promującym (czy miasta mają slogany?), jakie ostatnio widziałam. I z najcudowniejsżą kawiarenką na rynku, w jakiej przyszło mi ostatnio grzać twarz w słońcu w dzień i owijać się ciepłym kocem w ogródku wieczorem (Akwarela Cafe).



Potem była Warszawa. Mały romans z konsekwencjami. Były paczuszki z czarno-białymi ciasteczkami, przewiązane wstążką, był ulubiony Czuły Barbarzyńca i huśtawka przyczepiona do sufitu do dyndania się, pakiecik książkowy przywieziony z Warszawy (lubimy pamiątki). Była ambitna wyprawa do muzeum narodowego, w którym najwięcej czasu i tak spędziłam w muzealnym sklepiku z książkami.


I - oczywiście! - spotkanie z Olą z 2 smaków i Anią z Bajkorady. Prze, przesympatyczne! :) Z pysznym ciastem Ani, wesołą gromadką dzieciaków i ich nie mniej wesołym przedstawieniem, suszeniem przemoczonych butów suszarka do włosów i zabawkowym podskakującym pająkiem, który najwięcej frajdy sprawił nam, nie dzieciom.

Od lewej do prawej: Patrycja, ja, Klara, Emilka, duża Ola i mała Łucja, Olek, duża Ania i mała Ewa

W temacie spotkań będąc, z jednego wylądowałam na drugim. Już na drugi dzień po przyjeździe byłam w Krzeszowicach, u Ulli. Na spotkaniu krakowskich blogerów kulinarnych. Byli Grumkowie, Renata i Rafał z Artkulinarii, Małgosia ze 100% masła w maśle, Bernadetta z jej kulinarnym pamiętnikiem, Kasia, Rafał i Lucjan z Michalinka, Dorota, Piotr i Trusia z Gertusi i gospodarze nasi zacni - Ulla, Jacek i puchata jak kulka Kluska :) 

fot. Grumki

Piknik w Krzeszowicach upłynął pod hasłem "To bób można jeść na surowo?!" i okrzykami zachwytu z pełną buzią nad czarnymi i żółtymi malinami i czarnym agrestem, którego smak jest sto razy genialniejszy niż zwykłego agrestu. 



I tak oto jestem ze swoim ciastem. Dawno nie udał mi się tak dobry biszkopt. Może to dlatego, ze nim nie jest, choć tak smakuje. Ciasto ucierane, najprostsze na świecie, a puszyste jak biszkoptowe i, co najlepsze, nie tracące puszystości nawet przez kilka dni. Nie wysycha (oczywiście, jeśli przez tydzień potrzyma się je na stole bez przykrycia, nie ma siły, wyschnie, ale już grzecznie przykryte kuchenną ściereczką - nie). Chciałam załapać się na ostatnie truskawki. Wymyśliłam sobie do tego krem truskawkowy. Użyłam gotowego, pomyślałam, że a co mi tam. Ale jeśli mam być szczera, gotowe kremy do ciasta - bez rewelacji. Nadal wolę jednak zrobić krem sama, od podstaw. Chociaż D. i B. smakował. I K. też. I jeszcze A. Więc co kto lubi - jedni maja opory, jak ja, innym bardzo smakuje. Tak czy siak - ciasto jest warte powtórzenia. Szkoda tylko, że już bez truskawek. Ale ale, targi zaczynają za to czerwienić się i purpurowieć od malin, wiśni, borówek, śliwek, zielenić od agrestu. Lato ma najlepsze owoce, bezapelacyjnie.



Ciasto truskawkowe z kremem

Składniki:
  • 4 duże jajka (albo 5 małych)
  • szklanka cukru
  • 200 g masła
  • 50 g oleju
  • łyżka soku z cytryny
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół szklanki mleka
  • owoce: truskawki i agrest
  • srebrne perełki cukrowe do dekoracji (niekoniecznie)
  • truskawkowy krem do ciast Delekty

Przygotowanie:
Formę do ciasta wysmaruj masłem i dokładnie wysyp bułką tartą – także na bokach formy. Oddziel białka od żółtek. Białka ubij na sztywną pianę, po czym, nie przerywając ubijania, dosypuj stopniowo cukier. Ubijaj do momentu, kiedy piana będzie lśniąca i gęsta, a cukier w większości rozpuszczony. W rondelku roztop masło i wlej je razem z olejem i sokiem z cytryny do białek. Wymieszaj. Stopniowo dodawaj po jednym żółtku. Wsyp mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia. Na końcu wlej mleko i wymieszaj na gładką masę (najlepiej mikserem). Ciasto będzie dość rzadkie. Wylej je do przygotowanej wcześniej formy. Wstaw do piekarnika i piecz przez godzinę w temperaturze 170oC. Po upieczeniu ostudź, następnie ciasto przekrój szerokim i ostrym nożem (albo specjalną żyłka do tortów) tak, aby powstały dwa cieńsze placki. Na jednym z nich rozsmaruj warstwę kremu (przygotowanie wg instrukcji na opakowaniu - możesz przekładać też bitą śmietaną), przykryj drugim plackiem, znowu nałóż krem i udekoruj owocami.

Smacznego!




Stefania Grodzieńska, Kłania się PRL

A. wyjechała do domu, a przed wyjazdem zostawiła u mnie jakże cieszący oko balast - książki! Jedną, dwie, trzy, trzydzieści. Zrobiłam miejsce na półce, poukładałam kolorami. Stoją i się na mnie patrzą. Nie dało się nie wziąć pierwszej z brzegu. I fajnie, że akurat tą pierwszą była Grodzieńska. Zaczytałam się w jej felietony tak, że jak otwarłam książkę zaraz po usadowieniu się w pociągu, tak po wyjściu z niego cała już była przeczytana. Dokładnie taka, jak lubię: zabawna, z "moim" humorem, nie przegadana, krótko, zwięźle i na temat. Przyjemne z pożytecznym. Gdzie ta pożyteczność? Wreszcie zrozumiałam o co chodzi w PRLu. Nie encyklopedycznie, słownikowo, patetycznie i patriotycznie - ale tak po ludzku, codziennie.
I zaczęłam podziwiać tych, którzy PRL potrafili obśmiać, śmiechem wytknąć niedorzeczności, bo dla mnie to był taki absurd, że aż momentami nie do uwierzenia.


Mam dla Was jeszcze jedną niespodziankę. Konkursową. Nie ja tym razem organizuję, ale Zwegowani, ja za to pomagam wybrać zwycięzców :) Do wybrania są torby termiczne, a wszystko, co trzeba zrobić, to upichcić wegetariański lunch. Po szczegóły kliknij tutaj.

wtorek, 28 czerwca 2011

Czerwcowa kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon: truskawkowy!



Zaczęło się od maila.
Oliwko, będę piekła w niedzielę, nie chciałabyś razem ze mną...?
I tak powstały szarlotki z rabarbarem: moja i Oliwki. A później pomysł stworzenia cyklu - Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon.
Kuchnia jest kwadratowa, bo pieczemy obie: raz w miesiącu, w tym samym czasie, każda w swojej kuchni. W mojej, przepełnionej książkami i oliwkowej, pachnącej cynamonem. Żeby było niespodziankowo - bez wspólnego przepisu, za to z tym samym motywem przewodnim. Do ostatniej minuty przed opublikowaniem przepisów ja nie wiem, co przygotowuje Oliwka, a Oliwka- co ja. I tu wkracza pora na sezon - składnikiem musi być coś sezonowego, charakterystycznego dla danego miesiąca. Skojarzenie z czerwcem było proste.

Potraficie wyobrazić sobie czerwiec bez truskawek? :)


Krakowski Kleparz czerwieni się wszystkimi owocami lata. Poszłam po kilogram truskawek. Oprócz tego, że wróciłam z trzema, przytargałam jeszcze po kilogramie czereśni i czerwonych porzeczek. Bo, to oczywiste, jak nie wiadomo, co wybrać, to najlepiej kupić wszystko. 
Dołożyć jeszcze twarożek, śmietanę i świeże wiejskie jajka - i na stół wjeżdża letni patriotyzm w wersji do góry nogami.


Sernik jest dokładnie taki ja lubię - kremowy, miziasty, lekki. Nie ciężki i zapychający, ale jak krem. Cudny! W podobnym stylu był kokosowy, ale ten, z truskawkami, jest jeszcze bardziej mmm-mhm!

Sernik idealny - z truskawkami
przepis oliwkowy

Składniki:
masa serowa:
  • 1 kg sera zmielonego trzykrotnie na serniki
  • 1 i 1/4 szklanki drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 5 jajek
  • 125 ml (1/2 szklanki) śmietanki kremówki 30% lub 36%
  • aromat wanilii: 3 łyżeczki ekstraktu z wanilii, ziarenka wyłuskane z przekrojonej wzdłuż 1 laski wanilii, lub/i dodatkowo 1 łyżeczka pasty waniliowej czy torebka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
polewa:
  • 400 ml (400 g) śmietany kwaśnej i gęstej 18%
  • 4 łyżki drobnego cukru 
na wierzch:
  • świeże owoce: truskawki, czereśnie, czerwone porzeczki
Przygotowanie:
Piekarnik nagrzej do 175 stopni C. Do miksera włóż ser, cukier i mąkę. Miksuj na średnich obrotach, aż masa będzie gładka i jednolita (około 2 minut). Do masy wbijaj po jednym jajku, miksując na średnich obrotach przez około 30 sekund po każdym dodanym (lepsze jest mieszadło miksera niż ubijaczka). Dolej śmietankę oraz wanilię. Zmiksuj na małych obrotach do połączenia się składników.Masę wylej do przygotowanej formy, wstaw na środkową półkę nagrzanego piekarnika. Jednocześnie do jakiegoś żaroodpornego naczynia wlej wrzątek, plus minus do 3/4 wysokości - ja użyłam formy do tarty - i wstaw je na dolną półkę piekarnika, pod półkę z sernikiem. Parująca woda nawilgotnia sernik i robi go kremowym. Piecz sernik przez 15 minut, a następnie zmniejsz temperaturę do 130 stopni C i piecz przez kolejną godzinę i 30-40 minut. Sernik ma odstawać od ścianek formy.
Ciasto wyjmij z pieca.
Śmietanę wymieszaj z cukrem i rozprowadź na wierzchu sernika. Wstaw z powrotem do piekarnika na kolejne 15 minut. Gotowy sernik wyjmij z piekarnika, ostudź. Gdy będzie całkowicie wystudzony, wstaw do lodówki na całą noc. Podawaj z owocami.


 
 Niecodzienny Biuletyn Czarnego Tulipana i Akwarela Cafe, 
czyli tak się powinno robić gazetki firmowe w kawiarniach!
(lubelskie inspiracje przy filiżance kawy i lodach waniliowych z gorącymi malinami)

piątek, 10 czerwca 2011

Letnie gotowanie z Knorrem

Unilever Knorr event

organizator

A może by tak ugotować coś razem? W Warszawie, razem z innymi blogerami: Karoliną, knedlikowym teamem, czyli drugą Karoliną i Szymonem, Ansur i Martą, drugą Martą, Olą z rodziną i Dorotą. Dobrze się przy tym bawiąc, dowiadując mnóstwa ciekawych rzeczy (i małych kulinarnych trików!) i jedząc pyszności. 3 czerwiec, lato jak się patrzy i Letnie Spotkanie z marką Knorr czas zacząć.

Knorr Unilever


Nie na cztery, nie na nawet 6 rąk - a na 24 blogujące ręce. Do tego dwie kucharza, Piotra Murawskiego i kilka przemiłych panów kucharzy-pomocników. I jednej pani profesjonalnie kucharzącej! - której szczególnie dziękuję za małe wskazówki, jak zmartwychwstać czekoladę - czyli odratować, kiedy się przypali albo zważy. Docelowo spotkanie kręciło się wokół grilla i sałatek. Najpierw kilka słów wstępu od kucharza i dietetyczki Knorra (podczas których zdążyłam wyczaić, że w planie są chyba też jakieś słodkości, na co moje kubki smakowe zrobiły zbiorowe "łał!") i można było zaczynać. 


Zawiązać fartuszki, wybrać sobie przepis (o, o, czy to czekolada jest? a nie mówiłam!) i miksery, łyżki, noże, trzepaczki - wszystko w ruch!


Pyszności, od których moje kubki smakowe znowu się pobudziły, wjechały na stół i w otoczeniu wazonów z papryki, kalarepy, bukietów z kalafiorów i truskawek w kulkach zwisających z sufitu można było jeść. Ujmują mnie takie dekoracyjne cudawianki :)



Za niedługo na blogu pojawi się film z wspólnego kucharzenia i jeszcze jeden słodki przepis. Jeszcze jeden poza dzisiejszym na mus czekoladowy z truskawkami. Dwuwarstwowy, z migdałowymi płatkami i truskawkami. Bardziej letnio już być nie może :)


Trójczekoladowy mus z truskawkami

Składniki:
  • 3 tabliczki mlecznej czekolady
  • 3 tabliczki białej czekolady
  • 3 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 1 litr śmietanki 36% (nada się też Rama Cremefine do deserów) 
  • 10 g migdałów w płatkach 
  • 3 łyżki cukru (tyle w oryginalnym przepisie, ja bym dała 1 lub 2, bo czekolada już jest bardzo słodka)
  • 1 łyżeczka ciemnego rumu
  • truskawki na wierzch



Sposób przygotowania: 
Śmietanę ubij z cukrem na sztywną pianę i rozłóż w trzy miseczki. Czekolady (każdą z osobna) rozpuść w kąpieli wodnej, dodaj do miseczek z ubitą śmietaną i dokładnie wymieszaj. Do musu z ciemnej czekolady dodaj odrobinę rumu. Czekoladowe musy rozłóż na przemian do kieliszków lub pucharków. Deser udekoruj migdałami. Odstaw do chłodnego miejsca, aby stężał. 



My :)


A.A. Milne, Prosiaczka Mała Księga Dzielności

Prawie się popłakałam ze śmiechu przy tym "wyciągu z Prosiaczka". Puchatek jest jeden, wiadomo, ale co jakiś czas powstaje mnóstwo nowych książeczek z misiowymi (i nie tylko, bo tez świnkowymi, królikowymi, dzikokocimi i ptasimi) cytatami. Niektóre są faktycznie fajne, inne - komercja. Wałkowanie tego, co powstało kiedyś, na dziesiątą stronę i robienie z tego nowości na półkach. Mała Księga Dzielności zalicza się do chlubnego grona, które mi się spodobało. Krótkie, na temat i ma prawdziwe puchatkowe ilustracje - misia, który wcale nie jest po disneyowsku wystylizowany na niedźwiedzią przytulankę po liftingu, nie chodzi w czerwonej koszulce i nie uśmiecha się. Prawdziwy Puchatek nie ma żadnego wyrazu twarzy. Bo nie wysłodzony ma być, ale poczciwy.
Related Posts with Thumbnails