• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2012

Piernik na piwie


Kilka dni temu Żywiec przysłał mi mały upominek pod choinkę: jasne piwa i gadżety od Paulanera. Złożyło się idealnie, bo wymyśliłam sobie na te święta upiec piernik inny od wszystkich, które robiłam do tej pory. Prosty wniosek: ciasto na piwie. 

Zaraz potem przegrzebałam Internet i blogi w poszukiwaniu przepisu i jest! Znalazłam u Ani. Jako jedyny był przepisem, do którego mogłam wykorzystac jasne piwo, a nie ciemnego Guinessa. Problem w tym, że lubię ciemne pierniki, a te na jasnym piwie wychodzą bledziutkie. Ale wystarczyło dosypać kakao i problem z głowy. 


Jeśli chodzi o piwo, najlepiej do tego ciasta użyć właśnie jasnego. Jeśli macie w domu ciemne, skorzystajcie raczej z innego przepisu, gdzie w składnikach jest ciemne piwo (jest ich w internecie sporo) niż zmieniajcie ten przepis. To naprawdę ma znaczenie. Piwa ciemne i jasne mają inne właściwości. Wyjaśnię to na przykładzie Paulanera.

Oba piwa są pszeniczne, mają prawie tyle samo ekstraktu chmielowo-słodowego, alkoholu i kalorii (różnią się nieznacznie o ok. 0,2%). I na tym różnice się kończą.

Jasny Paulaner ma świeży, łagodny smak i owocowo-drożdżowy aromat. Pachnie lekko korzennie, goździkami i miodem, przez co idealnie nadawała się do mojego piernika. Jest naturalnie mętny, z wysoką pianą. Produkuje się go metodą bez filtrowania, przez co zawiera więcej witamin, minerałów i mikroelementów niż piwa filtrowane. 

Ciemne piwo zawiera w sobie więcej ciemnego słodu pszenicznego, dzięki czemu jego barwa nie jest miodowa, a kasztanowa. Jest bardziej wyrazisty w smaku, bardziej intensywnie też pachnie.


Piernik na jasnym piwie ma łagodny, słodki smak. Można w nim wyczuć aromat piwa, ale nie jest dominujący i nie pachnie alkoholem. Podobno jest tak, że używając trunków w kuchni (smażąc, piekąc, gotując), podczas obróbki termicznej alkohol wyparowuje, pozostawiając jedynie smak. To by się zgadzało z piernikiem. Jest bardzo puszysty, miękki i lekko wilgotny. A jeszcze ze śliwkami i przełożony kremem czekoladowym - poezja!


Piernik na piwie (jasnym)
przepis od Ani
  • 400 g mąki
  • 1 łyżeczka sody
  • 100 g masła
  • 30 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 170 g cukru kryształu
  • 170 g miodu
  • 1/2 szklanki jasnego piwa
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki przyprawy do pierników
  • 1/2 szklanki suszonych śliwek
  • krem do przełożenia: 250 g gęstej śmietany (12 lub 18%), łyżka cukru pudru, 1-2 łyżki kakao
Przygotowanie:
1. Miód podgrzewamy na małym ogniu. Dodajemy cukier kryształ. Mieszamy ogrzewając aż cukier się rozpuści. Nie doprowadzamy do zagotowania, podgrzewamy tylko tyle aby rozpuścić cukier. 
2. Żółtka ucieramy z cukrem pudrem i masłem. Białka ubijamy na sztywną pianę.
3. Mąkę przesiewamy z sodą i przyprawą piernikową.
4. Do masy żółtkowej dodajemy letni miód, mąkę z przyprawami i gdy składniki się połączą dodajemy piwo. Mieszamy aż ciasto będzie gładkie. Do ciasta dodajemy pianę z białek i delikatnie mieszamy (łyżką! nie mikserem).
5. Ciasto przelewamy do wąskiej i długiej keksówki. Ciasto powinno sięgać najwyżej do 3/4 wysokości, bo dosyć mocno wyrasta. Pieczemy przez ok. 40-50 minut w temperaturze 170 – 180 stopni C. Sprawdzamy patyczkiem czy piernik jest upieczony.
6. Po upieczeniu ostudź ciasto i przygotuj krem. Wymieszaj śmietanę, cukier puder i kakao. Pokrój piernik wzdłuż na trzy warstwy. Nałoż krem na pierwszą i przykryj drugiem plackiem. Z drugim zrób to samo i przykryj trzecim. Trzeciego już nie smaruj kremem.

Piernik najdłużej świeży pozostanie, gdy owiniesz go folią aluminiową i schowasz w ciemnym, chłodnym miejscu. 

Smacznego!

Dla piwoszów znalazłam jeszcze ciekawostkę o tym, jak nalewać piwo, żeby wydobyć najlepszy aromat:

Szklankę do piwa pszenicznego najlepiej przepłucz lodowatą wodą, co ułatwi ci kontrolowanie pianki. Ważne, byś w trakcie nalewania trzymał szklankę ukośnie. Butelkę oprzyj na brzegu szklanki i powoli przelewaj do niej złocisty płyn, a otrzymasz piękną koronę piany. Piwo pszeniczne jest piwem z charakterem. Najpierw wlej do szklanki trzy czwarte zawartości butelki, potem lekko nią wstrząśnij, by podniósł się osad drożdży i wlej resztę, nadając swojemu piwu indywidualny charakter.



O produkcie:
Paulaner, piwo pszeniczne obj. alkoholu 5,5%, zaw. ekstraktu 12,5%
Wytwórca: Browar Paulaner
Pochodzenie: Monachium, Niemcy
Dystrybutor w Polsce: Żywiec
pojemność: 400 ml
więcej informacji na stronie pl.paulaner.com

środa, 17 sierpnia 2011

Plum! po francusku


Przyszła pora na telesfora, czyli zabrałam się za clafoutis. I wreszcie rozszyfrowałam jak je wymawiać. Nic trudnego, ale nigdy nie chciało mi się wysilać. Do niedawna francuski deser funkcjonował w mojej głowie pod bliżej nieokreśloną nazwą - wystarczy, że zaczynał się na ce i miał w środku te i ef. 
To z pewnością mało poważne, ale pomyślcie tylko: zarzucić hasłem czy ktoś reflektuje na klofoti? i widzieć nic nie rozumiejące twarze wpatrujące się w was mętnym wzrokiem (o ile wcześniej nie usłyszymy na co? na kalafiora?) - aj! bezcenne. Ale żeby nie być zarozumiałym brzydalem, zaraz tłumaczymy: że to ciasto, francuskie, że pyszne, że mówię ci, będzie ci smakowało.

Bo takie ciasto-nieciasto mogli wymodzić, a jakże!, tylko Francuzi.
Francja naleśnikami stoi. Na rogu każdej francuskiej ulicy stoi budka, w której centralnym punktem jest okrągła płyta do smażenia naleśników i coś jak drewniany wałeczek, którym rozprowadza się w kółko ciasto po patelni. Dzięki temu francuskie naleśniki mogą być jednocześnie cieniutkie i nie rozrywać się. Jakby budek było mało, każda szanująca się francuska restauracja (i wszystkie te nieszanujące się również) musi mieć w swoim menu naleśniki - z szynką, serem czy pieczarkami albo same, posypane tylko cukrem pudrem. Jak herbata w angielskiej kawiarni albo ciemne piwo w czeskim pubie. We Francji brak naleśników = bojkot klientów i koniec interesu.

Co to ma wspólnego z clafoutis? Ano to, że podstawą deseru jest ciasto naleśnikowe. A że żaden Francuz nie będzie smażył góry naleśników i kładł je na sobie (tak jak Amerykanie budują wieże z pancakesów), więc któryś z francuskich geniuszy wpadł kiedyś na pomysł wylania całego ciasta hurtem do brytfanki, powtykania w to owoców i wstawienia do piekarnika. Po pół godzinie wyciągnął je z pieca i chciał przestudzić, ale tak pachniało, że nie mógł się powstrzymać. Spróbował, posmakowało mu i obwieścił wszem i wobec, że clafoutis należy jeść na ciepło.


I faktycznie, na ciepło jest najpyszniejsze. W konsystencji nie jest podobne do niczego - i być może dlatego takie łał. Coś jak połączenie gęstego budyniu (ale bez budyniowego posmaku), czegoś pomiędzy gęstym musem a galaretką, tyle że z mąką... Jesteście to sobie w stanie wyobrazić? Ciężko mi to opisać. O, coś jak mus albo krem, którym wypełnia się tartę i zapieka. Bardzo gęsty krem brulee. Jest absolutnie fantastyczne, pod każdym względem - gęstości, smaku, zapachu. Pycha. Najlepsze prosto z pieca, choć po przestygnięciu można je fajnie kroić na równe kawałki. Ale nie bawcie się w studzenie, ciasto i tak nie wytrzyma długo jak poczujecie słodki zapach śliwek - najlepiej się nie cyrtolić, tylko wziąć dużą łyżkę i nałożyć sobie solidną porcję na talerz.


Clafoutis ze śliwkami
przepis z Wysokich Obcasów sprzed paru lat

Składniki (forma ok. 20x30 cm):
  • 1 szklanka słodkiej śmietanki - 30% albo 36%
  • 3 jaja
  • 100 g mąki (2/3 szklanki)
  • 60 g cukru
  • szczypta soli
  • laska wanilii
  • wypestkowane śliwki - tyle, by zakryć dno naczynia
  • na wierzch: odrobina śmietany 18% lekko osłodzonej miodem lub cukrem
Przygotowanie:
Laskę wanilii rozciąć, zeskrobać ziarenka ze środka, dodać do reszty składników. Wszystkie składniki ciasta zmiksować. Piekarnik rozgrzać do 180 st. C. 
Naczynie żaroodporne (okrągłe o średnicy ok. 24 cm i wys. 4 cm) wysmarować masłem, margaryną albo olejem i napełnić płynnym ciastem do wysokości ok. 0,6 cm. Wstawić do gorącego piekarnika i piec przez 5 min, aż zetnie się skórka. Na zapieczonym spodzie rozłożyć jedną warstwę owoców. Zalać ciastem i ponownie wstawić do piekarnika. Piec ok. 30 min. Podawać na ciepło posypane cukrem pudrem albo z kleksem słodkiej śmietany. Uwaga - najlepsze prosto z pieca; jak postoi, to opada.





Joseph Conrad, Jądro ciemności

Jądro ciemności zna każdy albo prawie każdy, więc szału nie ma. Ale. Czytałam Jądro ciemności dawno temu, w innym przekładzie. Średnio mi się podobało, być może dlatego, że w małym stopniu załapałam, o co w nim chodzi. Tak jak pisałam przy Tolkienie, do niektórych książek trzeba dorosnąć. To moje parę lat temu czytane Jądro ciemności było w formie lektury z opracowaniem. Totalna porażka, bo podczas kilku lat czytania lektur w szkole nigdy nie zdarzyło mi się trafić na dobrze zrobioną książkę z opracowaniem. Albo mają za drobny tekst (a nadziubdziane ciężko się czyta - zawsze), albo zaznaczenia na marginesie są zbyt mało wyraziste, nie ma kolorów, strzałek, wszystkich tych szmerów bajerów, które wzrokowców cieszą. A podejrzewam, że jak już ktoś sięga po lekturę z opracowaniem, to na 90% jest wzrokowcem. Bo chociażby zapamiętuje komentarze na marginesach. 


Ale nie o lekturach z opracowaniem miało być. Choć wyszłam od dobrej strony - tłumacza. Na półkach wylądował świeży Conrad, w innym niż do tej pory tłumaczeniu. Sięgnęłam i ponownie przeczytałam. Miałam wrażenie, że mam przed oczami trochę bardziej współczesną wersję Jądra - nie chodzi o akcję, postaci, wydarzenia, ale o język. Kłaniam się do samej ziemi Magdzie Heydel, dzięki której wreszcie mi się tę książkę dobrze czytało. I Znakowi, który wydał Conrada w swojej serii 50 na 50, którą bardzo bardzo lubię. Za dopracowane projekty graficzne okładek. Za wzorki z boku książek, każde w innym kolorze i stylu. Uwielbiam takie detale. Są przeurocze. W niektórych też za wstążki w środku, które sprawdzają się lepiej niż zakładki (w niektórych, bo tylko w wybranych tytułach z serii są wstążki, a szkoda, bo ochoczo z nich korzystam). I wreszcie za wybieranie do serii samych dobrych tytułów, dzięki czemu jak dokupuję każdą kolejną pozycję, tworzy mi się biblioteczka spod znaku must-have, must-read. A do tego kolorowa, ładnie ozdobiona i solidna, bo w twardych okładkach.

Chcę więcej!

środa, 13 lipca 2011

Tam i siam


Zaczęły mi się wakacje i już miałam wizję cudownych dwóch miesięcy, tfu! przepraszam, trzech, spędzonych na słodkim nicnierobieniu. Ale ileż można? Pogapiłam się w sufit jeden dzień, drugi, trzeciego zrobiłam maraton spania: dzień zaczął się o 12, skończył trzy godziny później. Czwartego dnia już mi się to wypoczywanie znudziło i poczułam potrzebę dokonania wielkiego czynu.
Więc poczłapałam do kuchni i upiekłam ciasto.


Wolne, czyli książka w łapę, ciasto do torebki i odkąd wreszcie wyjrzało słońce, codziennie obieram kurs na kocyk i park. I podróżowanie. Tam i siam. Zaczęło się od Lublina. Z cudnym starym miastem, idealnym na letnie włóczenie się, odpoczywanie, poczucie, że hej, dziewczyno, nie musisz się wcale nigdzie spieszyć. Miasto z najbardziej apetycznym hasłem je promującym (czy miasta mają slogany?), jakie ostatnio widziałam. I z najcudowniejsżą kawiarenką na rynku, w jakiej przyszło mi ostatnio grzać twarz w słońcu w dzień i owijać się ciepłym kocem w ogródku wieczorem (Akwarela Cafe).



Potem była Warszawa. Mały romans z konsekwencjami. Były paczuszki z czarno-białymi ciasteczkami, przewiązane wstążką, był ulubiony Czuły Barbarzyńca i huśtawka przyczepiona do sufitu do dyndania się, pakiecik książkowy przywieziony z Warszawy (lubimy pamiątki). Była ambitna wyprawa do muzeum narodowego, w którym najwięcej czasu i tak spędziłam w muzealnym sklepiku z książkami.


I - oczywiście! - spotkanie z Olą z 2 smaków i Anią z Bajkorady. Prze, przesympatyczne! :) Z pysznym ciastem Ani, wesołą gromadką dzieciaków i ich nie mniej wesołym przedstawieniem, suszeniem przemoczonych butów suszarka do włosów i zabawkowym podskakującym pająkiem, który najwięcej frajdy sprawił nam, nie dzieciom.

Od lewej do prawej: Patrycja, ja, Klara, Emilka, duża Ola i mała Łucja, Olek, duża Ania i mała Ewa

W temacie spotkań będąc, z jednego wylądowałam na drugim. Już na drugi dzień po przyjeździe byłam w Krzeszowicach, u Ulli. Na spotkaniu krakowskich blogerów kulinarnych. Byli Grumkowie, Renata i Rafał z Artkulinarii, Małgosia ze 100% masła w maśle, Bernadetta z jej kulinarnym pamiętnikiem, Kasia, Rafał i Lucjan z Michalinka, Dorota, Piotr i Trusia z Gertusi i gospodarze nasi zacni - Ulla, Jacek i puchata jak kulka Kluska :) 

fot. Grumki

Piknik w Krzeszowicach upłynął pod hasłem "To bób można jeść na surowo?!" i okrzykami zachwytu z pełną buzią nad czarnymi i żółtymi malinami i czarnym agrestem, którego smak jest sto razy genialniejszy niż zwykłego agrestu. 



I tak oto jestem ze swoim ciastem. Dawno nie udał mi się tak dobry biszkopt. Może to dlatego, ze nim nie jest, choć tak smakuje. Ciasto ucierane, najprostsze na świecie, a puszyste jak biszkoptowe i, co najlepsze, nie tracące puszystości nawet przez kilka dni. Nie wysycha (oczywiście, jeśli przez tydzień potrzyma się je na stole bez przykrycia, nie ma siły, wyschnie, ale już grzecznie przykryte kuchenną ściereczką - nie). Chciałam załapać się na ostatnie truskawki. Wymyśliłam sobie do tego krem truskawkowy. Użyłam gotowego, pomyślałam, że a co mi tam. Ale jeśli mam być szczera, gotowe kremy do ciasta - bez rewelacji. Nadal wolę jednak zrobić krem sama, od podstaw. Chociaż D. i B. smakował. I K. też. I jeszcze A. Więc co kto lubi - jedni maja opory, jak ja, innym bardzo smakuje. Tak czy siak - ciasto jest warte powtórzenia. Szkoda tylko, że już bez truskawek. Ale ale, targi zaczynają za to czerwienić się i purpurowieć od malin, wiśni, borówek, śliwek, zielenić od agrestu. Lato ma najlepsze owoce, bezapelacyjnie.



Ciasto truskawkowe z kremem

Składniki:
  • 4 duże jajka (albo 5 małych)
  • szklanka cukru
  • 200 g masła
  • 50 g oleju
  • łyżka soku z cytryny
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół szklanki mleka
  • owoce: truskawki i agrest
  • srebrne perełki cukrowe do dekoracji (niekoniecznie)
  • truskawkowy krem do ciast Delekty

Przygotowanie:
Formę do ciasta wysmaruj masłem i dokładnie wysyp bułką tartą – także na bokach formy. Oddziel białka od żółtek. Białka ubij na sztywną pianę, po czym, nie przerywając ubijania, dosypuj stopniowo cukier. Ubijaj do momentu, kiedy piana będzie lśniąca i gęsta, a cukier w większości rozpuszczony. W rondelku roztop masło i wlej je razem z olejem i sokiem z cytryny do białek. Wymieszaj. Stopniowo dodawaj po jednym żółtku. Wsyp mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia. Na końcu wlej mleko i wymieszaj na gładką masę (najlepiej mikserem). Ciasto będzie dość rzadkie. Wylej je do przygotowanej wcześniej formy. Wstaw do piekarnika i piecz przez godzinę w temperaturze 170oC. Po upieczeniu ostudź, następnie ciasto przekrój szerokim i ostrym nożem (albo specjalną żyłka do tortów) tak, aby powstały dwa cieńsze placki. Na jednym z nich rozsmaruj warstwę kremu (przygotowanie wg instrukcji na opakowaniu - możesz przekładać też bitą śmietaną), przykryj drugim plackiem, znowu nałóż krem i udekoruj owocami.

Smacznego!




Stefania Grodzieńska, Kłania się PRL

A. wyjechała do domu, a przed wyjazdem zostawiła u mnie jakże cieszący oko balast - książki! Jedną, dwie, trzy, trzydzieści. Zrobiłam miejsce na półce, poukładałam kolorami. Stoją i się na mnie patrzą. Nie dało się nie wziąć pierwszej z brzegu. I fajnie, że akurat tą pierwszą była Grodzieńska. Zaczytałam się w jej felietony tak, że jak otwarłam książkę zaraz po usadowieniu się w pociągu, tak po wyjściu z niego cała już była przeczytana. Dokładnie taka, jak lubię: zabawna, z "moim" humorem, nie przegadana, krótko, zwięźle i na temat. Przyjemne z pożytecznym. Gdzie ta pożyteczność? Wreszcie zrozumiałam o co chodzi w PRLu. Nie encyklopedycznie, słownikowo, patetycznie i patriotycznie - ale tak po ludzku, codziennie.
I zaczęłam podziwiać tych, którzy PRL potrafili obśmiać, śmiechem wytknąć niedorzeczności, bo dla mnie to był taki absurd, że aż momentami nie do uwierzenia.


Mam dla Was jeszcze jedną niespodziankę. Konkursową. Nie ja tym razem organizuję, ale Zwegowani, ja za to pomagam wybrać zwycięzców :) Do wybrania są torby termiczne, a wszystko, co trzeba zrobić, to upichcić wegetariański lunch. Po szczegóły kliknij tutaj.

piątek, 10 czerwca 2011

Letnie gotowanie z Knorrem

Unilever Knorr event

organizator

A może by tak ugotować coś razem? W Warszawie, razem z innymi blogerami: Karoliną, knedlikowym teamem, czyli drugą Karoliną i Szymonem, Ansur i Martą, drugą Martą, Olą z rodziną i Dorotą. Dobrze się przy tym bawiąc, dowiadując mnóstwa ciekawych rzeczy (i małych kulinarnych trików!) i jedząc pyszności. 3 czerwiec, lato jak się patrzy i Letnie Spotkanie z marką Knorr czas zacząć.

Knorr Unilever


Nie na cztery, nie na nawet 6 rąk - a na 24 blogujące ręce. Do tego dwie kucharza, Piotra Murawskiego i kilka przemiłych panów kucharzy-pomocników. I jednej pani profesjonalnie kucharzącej! - której szczególnie dziękuję za małe wskazówki, jak zmartwychwstać czekoladę - czyli odratować, kiedy się przypali albo zważy. Docelowo spotkanie kręciło się wokół grilla i sałatek. Najpierw kilka słów wstępu od kucharza i dietetyczki Knorra (podczas których zdążyłam wyczaić, że w planie są chyba też jakieś słodkości, na co moje kubki smakowe zrobiły zbiorowe "łał!") i można było zaczynać. 


Zawiązać fartuszki, wybrać sobie przepis (o, o, czy to czekolada jest? a nie mówiłam!) i miksery, łyżki, noże, trzepaczki - wszystko w ruch!


Pyszności, od których moje kubki smakowe znowu się pobudziły, wjechały na stół i w otoczeniu wazonów z papryki, kalarepy, bukietów z kalafiorów i truskawek w kulkach zwisających z sufitu można było jeść. Ujmują mnie takie dekoracyjne cudawianki :)



Za niedługo na blogu pojawi się film z wspólnego kucharzenia i jeszcze jeden słodki przepis. Jeszcze jeden poza dzisiejszym na mus czekoladowy z truskawkami. Dwuwarstwowy, z migdałowymi płatkami i truskawkami. Bardziej letnio już być nie może :)


Trójczekoladowy mus z truskawkami

Składniki:
  • 3 tabliczki mlecznej czekolady
  • 3 tabliczki białej czekolady
  • 3 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 1 litr śmietanki 36% (nada się też Rama Cremefine do deserów) 
  • 10 g migdałów w płatkach 
  • 3 łyżki cukru (tyle w oryginalnym przepisie, ja bym dała 1 lub 2, bo czekolada już jest bardzo słodka)
  • 1 łyżeczka ciemnego rumu
  • truskawki na wierzch



Sposób przygotowania: 
Śmietanę ubij z cukrem na sztywną pianę i rozłóż w trzy miseczki. Czekolady (każdą z osobna) rozpuść w kąpieli wodnej, dodaj do miseczek z ubitą śmietaną i dokładnie wymieszaj. Do musu z ciemnej czekolady dodaj odrobinę rumu. Czekoladowe musy rozłóż na przemian do kieliszków lub pucharków. Deser udekoruj migdałami. Odstaw do chłodnego miejsca, aby stężał. 



My :)


A.A. Milne, Prosiaczka Mała Księga Dzielności

Prawie się popłakałam ze śmiechu przy tym "wyciągu z Prosiaczka". Puchatek jest jeden, wiadomo, ale co jakiś czas powstaje mnóstwo nowych książeczek z misiowymi (i nie tylko, bo tez świnkowymi, królikowymi, dzikokocimi i ptasimi) cytatami. Niektóre są faktycznie fajne, inne - komercja. Wałkowanie tego, co powstało kiedyś, na dziesiątą stronę i robienie z tego nowości na półkach. Mała Księga Dzielności zalicza się do chlubnego grona, które mi się spodobało. Krótkie, na temat i ma prawdziwe puchatkowe ilustracje - misia, który wcale nie jest po disneyowsku wystylizowany na niedźwiedzią przytulankę po liftingu, nie chodzi w czerwonej koszulce i nie uśmiecha się. Prawdziwy Puchatek nie ma żadnego wyrazu twarzy. Bo nie wysłodzony ma być, ale poczciwy.

sobota, 7 maja 2011

Tyraj misiu


Tiramisu, absolutnie uwielbiam. Dużo puszystego kremu i genialne połączenie kawy z mascarpone i śmietaną. Bo takie ostatnio najbardziej lubię, z dodatkiem bitej śmietany, nie jajek. Mascarpone jest serkiem bardzo kremowym. Czyli na dłuższą metę trochę zamula. Dlatego tiramisu nie robi się z samego mascarpone, a dodaje do niego jajka albo śmietanę (jak w mojej wersji), żeby nadać całemu deserowi lekkości. 

Robiłam już tiramisu (klik tutaj), też zresztą ze śmietaną. To dzisiejsze jest jeszcze lżejsze, bardziej puszyste i śmietankowe. Nie lubię dodawać do słodkości alkoholu, dlatego nie nasączałam biszkoptów dodatkowo likierem. Zamiast tego zaparzyłam w ekspresie dobrą kawę i ciasteczka mają jej aromat. Dodałam też tylko cukru, żeby osłodzić mascarpone, ale jednocześnie aby cały deser nie był za słodki. I udało się - tiramisu jest pyszne, leciutkie i takie, że po jednym kawałku chce się jeszcze.



Warstwa po warstwie, na zmianę biszkopt krem biszkopt krem, całość posypana pyłkiem z kakao. Do lodówki, niech się dobrze schłodzi i aromaty się wymieszają, a potem tylko nałożyć sobie porządny kawałek, talerzyk w dłoń i a spróbuj zmieścić wszystkie warstwy na widelcu. Bo warstwy są konkretne. Zamiast wąskich paseczków kremu między biszkoptami jest prawdziwa kremowa góra pyszności.
A przy tym wszystkim tiramisu jest proste i szybkie. Nie trzeba piec. Jedyny dłuższy czas w "robieniu" deseru jest wtedy, gdy leży w lodówce i się schładza. Ale wtedy robi się sam.



Są konwalie, jest zabawa. 
Jest maj.


Tiramisu II (bardziej śmietankowe i puszyste)

Składniki na formę 30x15 cm:
  • 500 g sera mascarpone
  • 350 g śmietany 30% (schłodzona, prosto z lodówki)
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 70 g cukru pudru
  • 2 filiżanki dobrego espresso
  • 2 łyżki kakao


Przygotowanie:
W czystej i suchej misce ubij śmietanę. Do sera mascarpone dodaj cukier puder i wymieszaj. Do tej masy stopniowo dodawaj bitą śmietanę i mieszaj ostrożnie drewnianą łyżką albo łopatką, aż masa będzie jednolita.
Biszkopty nasącz kawą (wcześniej zaparz i odstaw do przestudzenia - kawa nie może być gorąca) i ułóż pierwszą warstwę na dnie naczynia (ja użyłam prostokątnej, szklanej formy). 


Na nie wyłóż połowę kremu i rozsmaruj równą warstwą przy pomocy łyżki albo drewnianej łopatki.


Warstwę kremu przykryj drugą warstwą biszkoptów namoczonych w kawie i wyłóż na wierzch resztę kremu. 


Posyp kakao i wstaw do lodówki (owinięte folią spożywczą, żeby inne zapachy z lodówki nie zapachniły deseru). Tiramisu powinno dobrze się dobrze schłodzić przed podaniem - najlepsze jest jak poleży minimum 2 godziny w lodówce, bo wtedy smaki się "przegryzają" i tiramisu jest bardziej aromatyczne. 







Zygmunt Kałużyński w rozmowie z Dariuszem Zaborkiem
(w: Życie. Przewodnik praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu - pisałam o nim tutaj - klik!)
Related Posts with Thumbnails