• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczywo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczywo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Nie śpiewaj przy stole"

Piątek to początek weekendu i dużych recenzji na Book Me. Przyjedzenowy cykl nie zniknął, od października pojawia się nie co tydzień (jak było przez całe wakacje), ale co dwa tygodnie. A więc, startujemy z nową książką! Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.


Rób co możesz - to wystarczy. Zamiast narzekać - ciesz się. I nie śpiewaj przy stole.

A poza tym: otwórz dom dla przyjaciół, rób to, co kochasz i uczyń z tego swoje zajęcie na całe życie. Baw się, śmiej i rozwijaj swoje pasje. Brzmi jak idylla? Tak. Albo jak życie Violi Trigiani i Lucy Spady, dwóch niesamowitych kobiet, które urodziły się na początku XX wieku i które zrewolucjonizowały nie tylko przemysł odzieżowy, ale też życie swoich rodzin i znajomych. Bo tak się składa, że każdego, kogo spotykały na swojej drodze, zalewały hektolitrami pozytywnej energii. Obie bez pamięci oddawały się temu, co robiły, czy były to nitki świeżego spaghetti, chwasty przeznaczone do wyrwania w ogrodzie, czy suknie ślubne, delikatne jak jedwab. Dbały o siebie, swoje ogrody i swoje dzieci. Budowały własne firmy i własne związki z ludźmi. Znajdowały czas, marzyły, działały i stwarzały rzeczywistość. 


A przy okazji były babciami Adriany Trigiani, autorki książki. To ona przekopała się przez stosy zdjęć, zapisków, przepisów i codziennych przedmiotów, by na nowo tchnąć ducha w dwie historie życia dość nietypowych jak na swoje czasy kobiet. Babki Trigiani z powodzeniem łączyły życie zawodowe i prywatne, jednocześnie wyznając tradycyjne, ale nie archaiczne zasady. Dobre dlatego, że się sprawdzały. I sprawdzają nadal. Ponadczasowe, bo mądre w swojej prostocie. A przy tym pełne domowego uroku, pokrzepiające, prawdziwe. To z nich składa się książka. To one nadają jej domowe ciepło. Takie samo jak to, które odczuwasz, kiedy zakopiesz się w jesienny wieczór w domowych pieleszach, w ciepłych bamboszkach na nogach i z kubkiem gorącej czekolady w ręce. Takie historie, od których samego czytania mimowolnie się uśmiechniesz i zrobi ci się cieplej na sercu. Domowo. Pociesznie. I które zostają w głowie na bardzo długo.

Szeroko uśmiechnęłam się przy opowieści o sprzętach kuchennych należących do Violi. Jedną z zasad, które wyznawała, było dbanie o to, co się posiada. Po to, żeby nie musieć co chwilę wymieniać starych rzeczy na nowe, a zamiast tego mieć jedne, a porządne. Viola zajmowała się swoimi sprzętami kuchennymi z należytą starannością - po każdym użyciu myła je, odkładała na miejsce, a kiedy się przybrudziły, czyściła - słowem: nie pozwoliła im się starzeć. Dzięki temu teraz używa ich jej wnuczka i nadal wyglądają jak nowe. Tak sobie pomyślałam, że kto wie, może rzeczy, których ja używam dzisiaj, za bardzo długi (nie oszukujmy się!) czas, czyjeś ręce będą z radością wykorzystywały? Mieliły w moim ręcznym młynku, mieszały w mojej misce moją ulubioną drewnianą szpatułką, piekły w moich maleńkich foremkach? Czy chciałabym? Och, bardzo! A czy jest ktoś, kto bawi się w gotowanie i by tego nie chciał? To jak przekazać komuś wszystkie swoje ukochane zabawki!
Czytałam tę książkę i ekscytowałam się nią jak mała dziewczynka. Jakby te postaci, o których czytam, zaraz miały wyskoczyć z książki - Viola, żeby ugotować bulgocący sos pomidorowy w wielkim garnku, a Lucy, aby zakasać rękawy i z kawałka starego materiału uszyć prostą czarną sukienkę. Idealną i ponadczasową, czyli dobrą i na wesele, i na pogrzeb.
Nie mogłam doczekać się, o czym przeczytam za chwilę, mimo że jednocześnie nie chciałam dojść do końca książki - z oczywistego powodu, że już nie będzie co czytać. 



Pisałam kiedyś, że nie lubię książek biograficznych. Nie zmieniłam zdania. Chociaż ta książka właśnie taka powinna dla mnie być - nielubiana. Jest historia życia? No jest. Po kolei? Jak najbardziej. Nudzą mnie biografie? Jak nic! Gdzie więc jest "ale"? W cieple, humorze i życiowej prostocie tych historii - albo tej historii, jednej, bo sama nie wiem, czy można ją dzielić na więcej. Losy babek Trigiani w pewnym momencie splatają się ze sobą i choć to dwie zupełnie inne kobiety, wyznawały podobne zasady, kierowały się tymi samymi wartościami i miały identyczne podejście do życia. Nie godziły się na rzeczywistość, one ją stwarzały po swojemu.
______________________________
Adriana Trigiani - Nie śpiewaj przy stole
Warszawa 2011
Wydanie I
Stron: 216
Wydawnictwo:
_______________________________

Więc i ja stwarzam. Dlaczego ma być nudno i jak zawsze, skoro może być inaczej? Po mojemu. 


Zrobienie tych kanapek zajmuje chwilę. Może 5 minut dłużej, niż jakby robiło się zwykłe kanapki. A są niezwykłe, kolorowe, radosne. Od rana z uśmiechami.
Zaserwujcie sobie radość na talerzu.


Obrazkowe kanapki

Składniki:
kromki chleba, ser żółty, śmietankowy serek do smarowania chleba, papryka, sól i pieprz do przyprawienia, płatki migdałów i pestki słonecznika

Przygotowanie:
Zrób kanapki - pokrój chleb i posmaruj serkiem. Następnie pobaw się w dekorowanie. Możesz użyć foremek do ciastek, wycinać różne kształty nożem, poukładać np. pestki i migdały ręcznie. Dopraw solą i pieprzem do smaku.
Proste i pyszne.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

sobota, 17 września 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Dom w Italii"


Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Z włoskimi smakami: pomiędzy kartkami i na talerzu. Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj.
Mam przy okazji zapowiedź - od października "Przy jedzeniu się (nie) czyta!" zmienia swoją formułę z cotygodniowego na dwutygodniowy. Zmiana ma związek z moim natłokiem zajęć, których liczba rośnie lawinowo i od października powiększy się o kolejne sprawy. Ale mam nadzieję, że nie odczujecie przejścia na tryb dwutygodniowy zbyt mocno. Nie zamierzam rezygnować z pisania recenzji poza cyklem, układania pysznych przepisów i wypiekania coraz to nowych słodkości. Poza tym wierzę, że efekty zmiany będą bardzo pozytywne - pozwolą mi wybierać jeszcze lepsze i bardziej wartościowe książki, o których regularnie będę się rozpisywać.




Piękni dwudziestoletni. Ona samotna i po przejściach, on - romantyk ze złamanym sercem. Spotykają się, miłość wybucha i od tej pory żyją długo i szczęśliwie. Idealny przepis na życie? Guzik prawda!

Jak na lekką powieść z włoskim klimatem w tle, zaczyna się dość niestandardowo: od pogrzebu. Peppi, Włoch mieszkający prawie całe swoje życie w Stanach Zjednoczonych, po śmierci swojej żony stwierdza, że nie może mieszkać sam (jak na prawdziwego Włocha przystało), zbiera wszystkie swoje rzeczy i wraca do Villi San Giuseppe, małej włoskiej wioski, w której się urodził i wychował.

I tu zaczyna się prawdziwe życie. Peppi z gracją pakuje się w zabawne tarapaty, z których wyciąga go przyjaciel z dawnych czasów i właściciel fabryki słodkości, Luca, oraz jego córka Lucrezia, która po śmierci męża zaczyna rządzić zakładem ojca żelazną ręką. Pracownicy w popłochu chowają się przed nią po kątach i boją się przekazywać jej jakiekolwiek negatywne wiadomości. Jedyną osobą, która dostrzega w niej ludzka twarz jej Peppi, który z szerokim uśmiechem na ustach i wielką michą oliwek w ręku stara się ja przekonać, że lekarstwem na jej upierdliwość są właśnie owe oliwki. Włosi wyleczą cię ze wszystkiego przy pomocy jedzenia. Jesteś smutny? Zjedz makaron. Przygnębiony? Kawałek domowej pizzy. A na upierdliwość są oliwki. Szczęście po włosku!


Pezzelli napisał kolejna dobra książkę. I choć to już jego piąta (a licząc wszystkie książki o Toskanii i Włoszech, które od jakiegoś czasu zdominowały półki w polskich księgarniach, już dwudziesta-któraś), wcale nie powtarza schematu poprzednich czterech. Jest tak, jak ma być. Jak we włoskiej paście ugotowanej al dente: z wyważonymi smakami, nie za słodko i nie mdło. Książka odpowiednio przyprawiona, aromatyczna, z karuzelą pysznych smaków. Do tego włoski małomiasteczkowy klimat, który od jakiegoś czasu pociąga mnie coraz bardziej i prawdopodobnie jeszcze kilka książek, a skończy się tym, że któregoś dnia spakuję walizkę i pojadę zobaczyć na własne oczy wszystkie te słoneczne cuda.


Dużym atutem Pezzellego są jego bohaterowie. W niczym nie przypominają amerykańskich romansów (Pezzelli urodził się i dorastał w amerykańskim Rhode Island, w rodzinie o włoskich korzeniach), gdzie dwójka młodych gniewnych spotyka się, nagle bucha między nimi miłością i jak gdyby nigdy nic postanawiają zerwać ze swoim dotychczasowym życiem. Ona pracuje w wielkiej korporacji, niby jest szczęśliwa bo osiąga sukcesy, ale jednak czegoś jej brakuje, a uświadamia to sobie, kiedy pewnego deszczowego dnia spotyka na ulicy księcia w markowym garniturze (współczesna zbroja), z szarmanckim uśmiechem na ustach proponującego jej podwiezienie do domu (ale nie na białym koniu), żeby nie zamoczyła eleganckiej spódnicy i nie pogubiła po drodze drogich szpilek (jak kopciuszek). Można nabawić się cukrzycy.

Dlatego tak lubię powieści Pezzellego - są lekkie i letnie, ale nie głupkowate. Historie wymyślone, ale nie nierealne. Nie cukierkowe, a ciepłe, miłe, przyjemne. Takie, o których długo po przeczytaniu się jeszcze myśli. I które się wspomina tak, jakby się tam było i na własne oczy widziało zdarzenia opisywane w książce. Jak niezapomniane wakacje w Villi San Giuseppe.

__________________________________
Peter Pezzelli - Dom w Italii
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Kraków 2011
Wydanie pierwsze
Stron: 298
Wydawnictwo:



Na głodnego nie czyta się za dobrze. Ale coś słodkiego i włoskiego... Nie mogłam wpaść na co mam ochotę. W końcu - bingo! Dzisiaj nie będzie na słodko. Od dawna chodziły za mną prawdziwe włoskie paluchy. Ciepłe, miękkie w środku, z chrupiącą skórką. I znalazłam przepis idealny.


Pizzowe paluchy
(od Ines)

Składniki:
  • 1 kostka drożdży
  • 2 łyżki cukru
  • 2 szklanki ciepłego mleka
  • 1 kg mąki
  • 2 jajka + 1 do posmarowania
  • duża szczypta soli
  • olej
  • gruboziarnista sól - do posypania
Przygotowanie:
Pokruszyć drożdże, dodać cukier, 2 łyżki ciepłego mleka, 2 łyżki mąki, przykryć i odstawić do wyrośnięcia (ja zostawiłam swoje na 40 minut). Do dużej miski wsypać mąkę, sól, dodać roztrzepane jajka, zaczyn, pozostałe mleko, wyrobić, nie dodawać więcej mąki. Jeśli ciasto bardzo sie lepi, dodać trochę oleju. Odstawić na 15 -20 min. Posmarować rozmemłanym jajkiem, posypać gruboziarnistą solą. Piec do zarumienienia (ok. 10-12 min) w temperaturze 200-220 stopni C. Zbyt długo trzymane w piekarniku staną się twarde.


Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

piątek, 15 lipca 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Klaudyna w szkole" i "Klaudyna w Paryżu"


Trzecia recenzja z nowego, copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! Tym razem literacka podróż nie tylko w czasie, ale i przestrzeni: do Francji z początku XX wieku.
(Dla jeszcze niewtajemniczonych w cykl: klik klik po informacje tutaj!)




Francja z początku XX wieku, szkoła dla dobrze wychowanych panien, sztywne reguły i etykieta. Oraz Klaudyna, francuska młoda dama, która tę etykietę i konwenanse ma w nosie.


Klaudyna w szkole to pierwsza z czterech części cyklu powieści, której główną bohaterką jest piętnastoletnia francuska skandalistka. Skandal w rozumieniu Colette, autorki książki, na pierwszy rzut oka może dziwić: niegrzeczna odzywka? Wdanie się w otwartą dyskusję z nauczycielką? Podkradanie bibułek z papierosów? Chwila, gdzie tu skandal?

Gdy się jednak przez chwilę zastanowić i spróbować cofnąć o sto lat, bo właśnie wtedy rozgrywa się akcja Klaudyn, wszystko wydaje się zrozumiałe. To, dzisiaj już względnie nie dziwi, w początkach XX wieku było niemałym szokiem. Klaudyna różni się od swoich rówieśniczek. Bez ceregieli mówi co myśli, przełamuje konwenanse i rozczytuje się w książkach, których dorośli bynajmniej nie uznają za odpowiednie dla dobrze wychowanej młodej damy. Jakby tego było mało, Klaudyna dostaje miłosnego kosza od swojej nauczycielki, która porzuca ją dla dyrektorki - ach, te żeńskie szkoły! - placówki.

Colette wplata w fabułę wątki autobiograficzne. Pierwsza powieść, Klaudyna w szkole, to nic innego jak wspomnienia pisarki ze swoich szkolnych lat. Do tego doszła zachęta ze strony męża, prośba wydawcy o dodanie szczypty pikanterii - i tak oto powstała postać czupurnej Klaudyny.


Klaudyna w Paryżu jest kontynuacją pierwszej części (po niej jest jeszcze Małżeństwo Klaudyny i Klaudyna odchodzi). Ojciec nastolatki decyduje o przeprowadzce z Montigny do Paryża, co ewidentnie jest nie w smak jego córce. Jak na nowy etap w życiu przystało, Klaudyna ścina włosy i powoli zaczyna odkrywać uroki francuskiej stolicy.


Osobiście miałam problem z tymi książkami. Bo z jednej strony są przełomowe, odważne i mocno swego czasu namieszały, ale z drugiej -  jakby nie bardzo mi leżą. W pierwszej części (Klaudyna w szkole) brakowało mi akcji, punktów kulminacyjnych i... rozdziałów. Cała książka napisana jest jednym ciągiem. Owszem, z akapitami, ale podczas czytania nie mogłam oprzeć się jednej myśli - O ileż łatwiej byłoby, gdyby Klaudyna (piórem Colette) pisała na przykład dziennik? Dzienniki mają to do siebie, że wcale nie wymaga się od nich szałowych zwrotów akcji. Mają po prostu opisywać codzienność - dokładnie to, co zrobiła Colette. Spisała swoje wspomnienia ze szkoły, dodała fikcyjnych bohaterów, urozmaiciła wątkami homoseksualnymi oraz humorem i tak oto powstała powieść.


Zabrakło mi też Paryża. Miałam wrażenie, że akcja drugiej części, Klaudyny w Paryżu, mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek i nadal byłoby to to samo. Zdążyłam naczytać się bardzo wielu książek z paryskim tłem i może przez to miałam nieco wygórowane wymagania (a przynajmniej takie na poziomie Merde! Clarke'a i Gry w klasy Cortazara). Tutaj Paryż jest, ale nie w tak odurzającej dawce. Trochę szkoda.

Do Colette i jej Klaudyn trzeba się przekonać. Trzeba lubić taki styl narracji, nieco zadziorny i choć nie wulgarny, to jednak nieco chaotyczny. Czy sięgnę po kolejne części? Nie wiem. Mimo mojego umiłowania do wszelkich cykli książek i obłędu w oczach z zachwytu na widok każdej kolejnej serii literackiej - nie wiem.

Jest jeszcze mały szczegół, który mnie zachwycił i dzięki któremu miałam uciechę za każdym razem, kiedy brałam książkę do ręki. Po dotknięciu okładki po raz pierwszy zrobiłam duże i głośne "Och!". Nie wiem z jakiego papieru wykonano obwolutę książki, ale nie widziałam jeszcze książki z tak aksamitną w  dotyku okładką.

Sidonie-Gabrielle Colette - Klaudyna w szkole i Klaudyna w Paryżu
Tłumaczenie: Krystyna Dolatowska
Wydawnictwo: W.A.B
Wydanie I w tej serii
Warszawa 2011
Stron: 308 (Klaudyna w szkole) i 240 (Klaudyna w Paryżu)



Akcja powieści toczy się we Francji. Pierwsze kulinarne francuskie skojarzenie? Bagietki!



Francuskie bagietki

Składniki:
  • 410 g mąki pszennej (dałam typ 500)
  • 150 ml gorącej wody
  • 50 ml ciepłego mleka
  • 10 g świeżych drożdży (albo 5 g drożdży instant)
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka masła
Przygotowanie:
Drożdże rozpuść w ciepłym mleku. Wsyp do miski mąkę i zalej ją wodą i mlekiem z drożdżami. Dodaj cukier, sól i masło, po czym ugniataj ciasto, aż powstanie jednolita, gładka kula. 
Osobną miskę wysmaruj cienko oliwą i przełóż do niej ciasto. Przykryj czystą ściereczką, odstaw w ciepłe miejsce i poczekaj 1,5 godziny, aż wyrośnie. Korzystając z letniej pogody, możesz postawić miskę na oknie lub parapecie w słońcu, wtedy ciasto szybciej, może nawet w niecałą godzinę. 
Gdy ciasto urośnie w misce, wyjmij je, jeszcze raz pougniataj i uformuj z niego dwie bagietki: ciasto podziel na dwie części, z każdej uformuj długi prostokąt i złóż go na cztery: czyli wzdłuż krótszego boku na pół (długiego boku pnie zginasz, jego długość pozostaje ciągle taka sama) i jeszcze raz na pół. Miejsce złączenia części dyskretnie zalep. Przełóż je na natłuszczoną blachę, miejscem złączenia do dołu (tak, żeby nie było go widać). 
Ponownie przykryj ściereczką i odstaw na pół godziny do podrośnięcia. W tym czasie nagrzej piekarnik do 220 stopni C, a kiedy bagietki wyrosną, piecz je ok. 30 minut.


I voila, mamy bagietki!



Cykl recenzji powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:

sobota, 9 kwietnia 2011

Z ręki do ręki



Pierwsza ręka, mamina. Z desperacją próbująca nadać sygnał "halo, o co chodzi w sudoku". Jakieś fiubździu. - A dlaczego tu ma być 6, a czemu obok nie może być 6, aha aha, no tak, już rozumiem, ale czekaj, to dlaczego tu nie może być 6? - Mamo, a chcesz ciepłą bułeczkę? 


Druga ręka, A. Z długopisem, dwoma terminarzami, z chustką na szyi i trampkiem na nodze. Wolna sobota, kawa z mleczną pianką posypana na wierzchu kakao, najlepsze ciasto marchewkowe na świecie, dwie wielkie miękkie kanapy, bułeczka. - O, a z czym to, tu orzechy są? I kokos!
I toaleta, w piecu. Kaflowym. Takim dużym, wysokim do sufitu. Nie żartuję - Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie idąc od Małego Rynku. Tak się nazywa. Też nie żartuję. Kraków jest kolorowy.



Trzecia ręka, J. Dotblogowa. I najlepszy z kolei makaron. Z truflami (które nie śmierdzą - bo J. śmierdzą), pieczarkami (bezzapachowymi) i suszonymi pomidorami (zapach słońca wliczony w rachunek). - A bułeczki, o, ale one pachną, a to na drożdżach? Na proszku do pieczenia? A ostatnio robiłam ciasto na ziemniakach!
I książki, gazety, na stoliku, na parapecie, w rozmowie, w głowie, w planach, wszędzie. - To gdzie idziemy po makaronie? - A pokazać ci fajne miejsce z tanimi książkami? I kawiarnię z książkami? 
Ksiąąąąążki.



Czwarta ręka, D. Och tak, bułeczki, och tak, słodkie, ale pycha. Do tego słodki koktail truskawkowy, słodki batonik i "czemu na wierzchu nie ma lukru". Do zasłodzenia. 



I na końcu ręką piąta, moja, która już nie doczekała się uwiecznienia, bo najpierw zjadłam, a potem pomyślałam. Bułeczka była  za dobra na myślenie. Rumiana na wierzchu, ze słodkim wnętrzem i zewnętrzem. Cudnie pachnąca cynamonem, z kokosem i kawałkami orzeszków. Co jakiś czas inna miękka niespodzianka - kawałki skórki pomarańczowej. Dawno nie piekłam tak dobrych, a jednocześnie tak prostych słodkich bułek. Przepis wypatrzyłam w książce kuchennie upapranej, która ma kartki poklejone mieszaniną masła, mąki i cukru. Nie żeby wyglądała nieestetycznie, w dodatku nawet w pewnych miejscach pachnie cynamonem i wanilią. Więc generalnie może i fe, ale kartki z odciskami moich palców utytłanych w cieście i czekoladzie to jak najlepsza rekomendacja jakiegoś ą ę bułkę przez bibułkę szefa kuchni. A nawet i lepiej.
1001 Cupcakes, cookies & other tempting treats Susanny Tee.


Przytulone cynamonowe bułeczki

Składniki:
Bułeczki:
  • 100 g stopionego masła
  • 350 g mąki + trochę do podsypywania 
  • szczypta soli
  • 2 łyżki cukru
  • 1 kopiata łyżeczka cynamonu
  • 3 żółtka
  • 200 ml mleka + trochę na później/ do posmarowania wierzchu
Nadzienie:
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 60 g brązowego cukru (demerara)
  • 15 g stopionego masła
  • 4 garści wiórków kokosowych
  • 3 garści orzechów, pokrojonych (u mnie w słupki)
  • 2 garści kandyzowanej skórki pomarańczowej

Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Przygotuj sobie okrągłą blachę, taką jak do pieczenia tortu. Wyłóż ją papierem do pieczenia albo wysmaruj masłem i wysyp bułką tartą.
Weź dwie miski. Do jednej wsyp mąkę, sól, cynamon i cukier. Wymieszaj. Do drugiej wlej roztopione masło, żółtka i mleko. Wymieszaj i wlej jej zawartość do suchych składników. Znowu wymieszaj. Ciasto powinno być luźne, w konsystencji przypominające drożdżowe (czyli takie, że się trzyma kupy, ale jest lepkie).
Rozłóż na blacie duży arkusz papieru do pieczenia albo dwa kawałki papieru śniadaniowego. Posyp je dość dobrze mąką i wyłóż na nie ciasto. Je na wierzchu też posyp mąką, rozwałkuj na prostokąt o wymiarach +/- 30 x 25 cm.
Przygotuj teraz nadzienie. Do miski wlej roztopione masło, dodaj cukier i cynamon, wymieszaj dokładnie. Dorzuć orzechy i skórkę pomarańczową. Nadzienie wyłóż na prostokąt z ciasta. Po wierzchu posyp jeszcze wiórkami kokosowymi. Zawiń teraz prostokąt wzdłuż dłuższego boku jak roladę. Czyli powinna ci wyjść rolka z ciasta długa na mniej więcej 30 cm. Sklej jej brzegi, np. palcami umaczanymi w zimnej wodzie. Pokrój teraz ten ciastowy wałek ostrym nożem na 8 mniejszych "plastrów" - to będą bułeczki. Upakuj je w okrągłą formę, dookoła po obwodzie i jedną w sam środek. Posmaruj po wierzchu mlekiem i wsadź do piekarnika na 35-40 minut, aż bułeczki się nie przyrumienią. Po upieczeniu wyłącz piekarnik, uchyl drzwiczki i pozostaw jeszcze w nim bułeczki na 5 minut. Dopiero wtedy wyciągnij.
Bułeczki są idealne do jedzenia na ciepło, zaraz po upieczeniu. Pozostaną świeże i miękkie też przez następne dwa dni, ale wtedy trzymaj je przykryte szmatką. Jeśli chcesz mieć ciepłą bułeczkę, możesz podgrzać ją przez chwilę w ciepłym piekarniku albo w mikrofali.


Bohumil Hrabal, Czuły barbarzyńca

Warszawa więc. Na jeden dzień, tam pociągiem, z powrotem samochodem. Na hasło "pociąg" w mojej głowie zaświeciła się lampka i połączyła z szufladką pod tytułem "przygoda!". Przygodowo było, szczególnie kiedy po dwóch godzinach spokojnej jazdy po przedziałach zaczął biegać pan święcie przekonany, że ktoś zatrzymał czas i jest rok zerowy, godzina zerowa, a w ogóle to to mu się śni i właśnie teraz, bez ceregieli, ma zamiar wszystkich o tym uświadomić. No ale. Dotarłam, wysiadłam, chęć przygód mi wcale nie osłabła. 6 godzin, co robić? Muzeum Powstania Warszawskiego ("o o, o jacie, karteczki, muszę pozbierać wszystkie karteczki!"), Nowy Wspaniały Świat, o, empik, Krakowskie Przedmieście, o, targ staroci, Pałac Prezydencki, chcę kinder bueno, a ja chcę sok, kiedy pójdziemy do księgarni?
Czuły Barbarzyńca! Poza wspomniana stertą karteczek z Muzeum PW (co, na marginesie, jest fajnym pomysłem - chodząc po muzeum odrywa się z małych haczyków kartki z kalendarza obejmującego wszystkie dni powstania i kilka tuż przed; w ten sposób ma się po wyjściu całe kalendarium w ręce - idealne, jeśli ktoś lubi jak ja zbierać różne drobiazgi, które może kiedyś się przydadzą, a może nie do końca, ale wziąć nie zaszkodzi), żelazny punkt programu - księgarnio-kawiarnia na Dobrej. A że z wycieczki trzeba mieć pamiątkę, wybór padł na Małą książkę o miłości a Czułego Barbarzyńcę. Co wybrać? Barbarzyńcę*. 
Książka bez dialogu. Ani pół. Pisana jednym długim monologiem. A mimo to się czyta. Po trochę albo na raz, w skupieniu albo z głową gdzieś tam. 

* No dobra, Małą książkę... też kupiłam. O niej następnym razem. Wybór między książką A a książką B zawsze kończy się zakupem obu. Dlatego lepiej nie dawać mi wyboru. Lepiej w ogóle nie zabierać mnie do księgarni.

Jeszcze na deser wspomniane karteczki w Muzeum PW:

piątek, 3 września 2010

Bułki żytnie i dear mr President


Piszę, siedząc w Londynie. Jeszcze 3 dni i będę w Polsce... Chcę i nie chcę. Chcę, bo fajnie jest wracać do domu, witać się ze wszystkimi najlepszymi ludźmi, jacy mogą być. A potem sprawdzać co się zmieniło, co nowego, co jest po staremu. Nawet mój własny pokój po powrocie wydaje mi się zupełnie inny (to zapewne kwiatki podrosły o pół centymetra). I lubię to. Siadam sobie wtedy na samym środku pokoju, opieram się na łóżku o wielkie poduszki i tam sobie siedzę i patrzę, i mam zupełną pustkę w głowie. Fajnie jest wracać. 


Ale fajnie jest też wyjeżdżać. Jestem typem podróżnika-wyczynowca, który musi się najpierw zmęczyć, styrać i wrócić do domu z bólem pleców od ciężkiej torebki wypchanej najróżniejszymi biletami, ulotkami, zagranicznymi śmieciami maści wszelakiej (ale to z wakacji!), żeby poczuć, że tak, byłam na wakacjach. W Budapeszcie w ciągu jednego dnia przeszłam całe miasto wzdłuż dwa razy na piechotę, stwierdzając rozsądnie, że podczas spaceru więcej rzeczy zobaczę. Na drugi dzień ledwo co chodziłam, tak mnie bolały nogi. W Paryżu codziennie wieczorem musiałam rozciągać plecy i szyję, bo od ciężkiej torebki (wypełnionej w połowie książkami, już wtedy byłam książkowo nienormalna) złapał mnie skurcz i nie chciał puścić przez cały wyjazd. Taak, takie podróżowanie to ja rozumiem.


A jak podróżowanie to co? Książki. No proszę, jak to się wszystko ładnie łączy. Tu akurat jeszcze pociągiem, z wyjazdu do Katowic. Myślałam, ze tylko pod krakowskim dworcem kwitnie papierowy handel, ale nie. Jakie to miłe wyjść z peronu od razu na stoisko z książkami, a jeszcze poprzecenianymi, och, cudownie! Ostatnio przeczytałam w wyborczej, że chcą wykurzyć naszych księgarzy spod dworca. Miasto chce unowocześnić dworzec i gdzieś ci sprzedawcy książek będą się musieli podziać. Byle nie za daleko. Albo niech chociaż dadzą znać, gdzie ich mam szukać!



Składniki:
  • 50 dag mąki żytniej
  • 50 dag mąki pszennej
  • 4 dag margaryny
  • 5 dag drożdży
  • 1/3 szklanki ciepłego mleka
  • 1 łyżeczka anyżku
  • po 2 łyżeczki cukru i soli
  • ok. szklanki ciepłej wody
  • na wierzch: uprażone pestki słoneczki i dyni, ser pleśniowy President Carre (klik!)

Przygotowanie:
Z mleka, cukru i drożdży przygotować rozczyn. Wlać do mąki, lekko zamieszać, przykryć i odstawić. Dodać sól i tłuszcz, zagnieść dosyć gęste ciasto, posypać lekko mąką, przykryć i odstawić do wyrośnięcie w ciepłe miejsce (najlepiej jeszcze przykryć czystą, wilgotną ściereczką). Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość 2 cm, uformować okrągłe placki i w każdym wycinać krążki szklanką. Ułożyć na natłuszczonej blasze (lub wyłożonej papierem do pieczenia), odstawić znowu na pół godziny, żeby bułki podrosły. Wstawić blachę do piekarnika i piec pół godziny do 40 minut w temperaturze 180 stopni C.




Kapuściński, Lapidaria II (z zebrania Lapidaria I-III)


Lapidarium I-III Ryszard Kapuściński
Lapidaria to małe, z pozoru nieważne... formy literackie? Zapiski, myśli gdzieś na marginesie, ale i całkiem poważne przemyślenia - czasami długie, kiedy indziej tylko jednozdaniowe. U Kapuścińskiego są i wiersze, i fragmenty jego książek, i cała reszta innych zapisków, które same w sobie, nawet oderwane od kontekstu są takie, że aż dech zapiera. Nad niektórymi się rozpływam. Kapuściński dużo pisze o podróżach, o globalizacji, problemach w komunikacji między różnymi kulturami, narodami, czasem nawet bliskimi sobie sąsiadami. I pisze bez nadęcia, nie moralizując. Po prostu pisze, co widzi. A potrafi i patrzeć, i słuchać. To niesamowite, wydawałoby się, że to bułka z masłem po prostu patrzeć i obiektywnie opisać to, co ma się przed oczami. Wcale nie. Niewielu dziennikarzy potrafi powstrzymać się od wepchnięcia swoich trzy groszy tam, gdzie mogą to zrobić, widząc szansę wykazania się swoim komentarzem. A sztuką jest właśnie pisać bez tego komentarza!

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Hit mojej mamy. Chlebki do chrupania


I zaczęło się. Dwukierunkowa jazda bez trzymanki. Plus pisanie pracy plus robienie analizy badawczej plus czytanie lektur i artykułów na zajęcia plus wszystko inne, a do tego trzeba być przecież normalnym człowiekiem i nie zwariować. No i kucharzyć. Oj, czasem nie ma wyjścia tylko zamknąć się w kuchni, tam czarować smakołyki i generalnie mieć wszystko w nosie.

chlebki

Chlebki – przepis przywlokła skądś mama, nawet nie wiem od kogo dostała. Po prostu przyszła któregoś dnia i mówi, że ma taki świetny przepis i żebym jej zrobiła takie chlebki, ona będzie je jadła i będzie bardzo zadowolona. Bo jakaś jej koleżanka polecała innej koleżance… Tak, poczta pantoflowa niezmiennie najskuteczniejszą formą reklamy w XXI wieku. Można sobie wydawać na te cud-reklamy w megaturbo jakości 3D niezmierzone morze pieniędzy, a i tak nic nie zastąpi „A słyszałaś, że…?”. Tak to jest sprytnie pomyślane.

Ale wracając do chlebków. Są otrębowe, z pomieszanych dwóch typów otrębów (otrąb? – wstyd, na dziennikarstwie): owsianych i pszennych. Osobiście wolę pszenne, proporcje można wymieszać. Smakują trochę inaczej, choć to w dużej mierze serek homo nadaje im „główny” smak. Można użyć naturalnego, wtedy dodać zioła i przyprawy. Takie smakowały mi najbardziej. Można też zrobić je z dodatkiem słodkiego smakowego serka, np. waniliowego. Im cieńsze, tym lepsze. 

chlebki

Przepis na moje chlebki znalazł się w majowym dodatku Wyborczej Kuchnia na majówkę, w pierwszej części (mięsa, przekąski, sałatki, sosy)

agora wyborcza kuchnia na majówkę majówka

Składniki:
  • 6 łyżek otrębów owsianych
  • 3 łyżki otrębów pszennych
  • 1 jajko
  • odrobina proszku do pieczenia
  • 3 łyżki serka homo (naturalnego lub smakowego, jeśli chlebki maja być słodkie)
  • sól i zioła
Przygotowanie:
Wymieszaj dwa rodzaje otrębów i proszek do pieczenia, wbić jajko, dodać serka homo. Posolić, dodać zioła lub przyprawy. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Nabierać małe porcje ciasta na łyżkę i rozsmarowywać w cienkie okrągłe placki – to będzie kształt chlebków. Można nałożyć nieco grubszą warstwę, jeśli takie wolicie. Ja zrobiłam średnie i następnym razem chcę wypróbować cieniutkie. W piekarniku nie urosną aż tak, żeby na siebie zachodziły, ale dobrze jest zostawić między nimi trochę odstępu. Piec w temperaturze 175 stopni C przez 30-40 minut.

chlebki

Paluszki serowe z sezamem


Patyczki, paluszki – jak zwał tak zwał, ważne że kruche, serowe. Nie słodkie, bardziej wyraziste. Miały pasować do wina. Ważne, żeby ser miał wyrazisty smak. To nie może być łagodny ser jak gouda. Paluchy musza być charakterne. Inaczej będą za mdłe. Przed wstawieniem do piekarnika część posmarowałam rozmemłanym jajkiem, część zostawiłam „suchą”. Zdecydowanie lepsze są pierwsze. Mają ładniejszy kolor, przylepione ziarenka nie odpadają, a na wierzchu robi się apetyczna skorupka. Przy jajecznych łatwiej rozpoznać ten moment kiedy już są w sam raz i trzeba wyciągać z piekarnika. Zauważyłam tez, że „niejajeczne” bardziej lubią się przypalać, pomimo tej samej temperatury i czasu pieczenia. Podsumowując: posmarujcie wszystkie jajkiem, będzie z tego parę korzyści :)

Paluszki serowe z sezamem

Paluchy były pieczone na babski wieczór. Jeden z lepszych wieczorów, właśnie z TYCH wieczorów w babskim towarzystwie. Z winem i dobrym jedzeniem. W doborowym towarzystwie. Jeden z tych, który chce się powtórzyć: szybko, jak najszybciej, żeby znowu było tak fajnie.

Paluszki serowe z sezamem

Przepis z książki Ciastka, ciasteczka i babeczki Hilaire Walden (która skądinąd ma świetne pomysły na słone przekąski i wypieki).

Składniki:
  • 12 dag mąki i trochę do podsypywania
  • 1 łyżeczka łagodnej musztardy
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu
  • 6 dag masła
  • 7,5 dag sera o wyrazistym smaku (u mnie gruyère, ale równie dobrze możecie użyć każdego innego, byle nie był łagodny jak gouda)
  • 2 łyżki wody
  • 1 jajko, lekko ubite
  • sezam, siemię i mak do posypania

Przygotowanie:
  1. Rozgrzej piekarnik do 200oC Dwie duże blachy wyłóż papierem do pieczenia.
  2. Przesiej mąkę do salaterki, dodaj sól i pieprz. Dorzuć pokrojone w kostkę, schłodzone masło i łyżeczkę musztardy. Rozetrzyj palcami z mąką tak, żeby powstała mieszanka przypominająca zacierki lub okruchy.
  3. Wsyp ser, wlej wodę, dodaj pół jajka i szybko zagnieć ciasto.
  4. Przełóż ciasto na oprószoną mąką stolnicę. Możesz rozwałkować ciasto na cienki placek i pokroić go na paluszki długości 10 cm lub odrywać po kawałku z kuli ciasta i formować bardzo cienkie wałki (średnica ok. 0,5 – 1 cm) w rękach – ja wybrałam drugi sposób.
  5. Paluszki ułóż na blasze, posmaruj pozostałym jajkiem, posyp ziarnami. Wstaw po gorącego piekarnika na 8-10 minut, aż lekko się zrumienią.
Paluszki serowe z sezamem

PS. A pierniczki? Pierniczki przygotowują się już na Święta. I to wtedy będą miały swoją premierę, razem z innymi wigilijnymi przepisami.

Ryszard Kapuściński, Lapidaria II
Related Posts with Thumbnails