• RSS

czwartek, 28 marca 2013

Nowy adres bloga


Jest jest! Od dziś znajdziecie blog pod adresem www.bookmeacookie.pl :)


Uzupełniam stopniowo kategorie i tagi, stopkę i podstrony. Ale już działa, są przepisy, są recenzje, radość przeogromna! 

Wpisy z tego blogu będę stopniowo kasować - wszystkie znajdziecie pod nowym adresem, łącznie z konkursami, poradami kuchennymi i informacjami o warsztatach kulinarnych, które prowadzę. 

Na komentarze także już odpowiadam pod nowym adresem. 


Zapraszam! :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Tajemnica odkryta

Niedawno pisałam o zmianach, jakie zajdą na blogu. 

Nie robię już tajemnicy: przenoszę bloga na własną domenę. To dlatego ostatnio wrzucam mniej wspisów (szczególnie kulinarnych), a zamiast tego przygotowuję już materiał na nową stronę. 

Adres prawdopodobnie zostanie ten sam, tylko z końcówką .com lub .pl
O wszystkim będę informowała na bieżąco. 

Nowe Book me a cookie powinno być gotowe w połowie lutego. 
Informacje o uruchomieniu strony pojawią się tutaj i na facebooku (kolejna zaleta polubianie fanpage'a book me:  facebook.com/bookmeacookie)

Wytrzymacie jeszcze chwilę cierpliwie? :)

UPDATE 14.03.2013: Strona jest już prawie gotowa! :) Muszę tylko pokagoryzować wpisy, otagować je, dodać zdjęcia i uzupełnić różne rzeczy w zawartości, żeby pod nowym adresem czekały już wszystkie przepisy i recenzje stąd. Myślę, że przyszły tydzień jest bardzo realnym terminem :) Będę dawać znać!

Pierwszy milion do złowienia - rozwiązanie konkursu


Książki wędrują do:

Natalia Szał
panifotografgotuje

Gratuluję!
W Waszych skrzynkach mailowych już powinny czekać potwierdzenia wygranej :)

wtorek, 22 stycznia 2013

Pierwszy milion trzeba złowić


Niektórzy z nich lubili ryzyko. Większość nie miała zielonego pojęcia o prawach rynku, ekonomii, sprzedawaniu. Podejmowali setki błędnych decyzji, zanim udało im się podjąć tę jedną, właściwą. Tadeusz Winkowski, twórca jednej z największych drukarni w Europie, cierpi na brak poczucia czasu i jeszcze do niedawna umawiał się na ważne spotkania z kilkoma osobami naraz: o tej samej godzinie, tyle że w różnych miejscach. Ryszard Florek, kiedy tworzył firmę Fakro, nie wyobrażał sobie nawet, że za kilkanaście lat co siódme okno dachowe na świecie będzie pochodziło z jego fabryki.


Duet Kostrzewski i Miączyński przemaglowali tych i innych łowców milionów, wśród których są i tacy, którzy od zawsze wiedzieli, co chcą w życiu robić, i tacy, którzy w ogóle nie czują się przedsiębiorcami, choć na co dzień sprawnie zarządzają ogromnymi firmami. Te rozmowy to namiastka szkoły biznesu, której wykładowcy tłumaczą, że czasem warto poświęcić pół firmy, aby ocalić resztę i odpowiadają na pytanie czy marzyciel zawsze musi zmieniać się w chłodnego menadżera, aby osiągnąć sukces.

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński - Łowcy milionów. Dekalog przedsiębiorcy
Wydawnictwo Agora 
Warszawa 2012
stron: 296
Konkurs!
Mam do rozdania 2 egzemplarze książki. Aby wziąć udział w konkursie, należy pozostawić pod tym wpisem komentarz z... pomysłem jak zdobyć pierwszy milion. Nie zapomnicie podać w komentarzu także swojego maila. Autorów najbardziej oryginalnych i kreatywnych pomysłów nagrodzę książką od wydawnictwa Agora. Konkurs trwa tydzień, do poniedziałku 28 stycznia. Rozwiązanie na blogu we wtorek 29 stycznia. 

Powodzenia!

sobota, 19 stycznia 2013

Wilczyce - rozwiązanie konkursu

Książki wędrują do:

  • Łukasz Jk
  • agnzimka
  • magda_kantee
Gratuluję! 
W Waszych skrzynkach mailowych już powinny czekać potwierdzenia wygranej :)

Wilczyce - Aneta Borowiec

wtorek, 15 stycznia 2013

Zmiany

Blog za niedługo przejdzie spory lifting, dlatego w ciągu najbliższych dwóch tygodni mogą tu zajść zmiany, choć mam nadzieję, że nie będą mieć wpływu na znikanie jakiś treści z bloga.

Na maile i komentarze odpowiadam na bieżąco.

W razie potrzeby szybkiego kontaktu piszcie bezpośrednio na moją skrzynkę: bookmeacookie@gmail.com

O ewentualnych dużych zmianach będę informować we wpisach.

Pozdrawiam Was ciepło,
Asia,

piątek, 11 stycznia 2013

Wilczyce - recenzja i konkurs

Wilczyce - Aneta BorowiecNieodmiennie twierdzę, że odpychają mnie książki, w których główna bohaterka wiedzie szczęśliwe życie, po czym w jeden dzień traci pracę, nakrywa narzeczonego na zdradzie z najlepszą przyjaciółką, dostaje wyniki badań i dowiaduje się, że ma raka, a na domiar wszystkiego własni rodzice mają ją w nosie. 

A potem tylko dodaję książki z taką fabułą do listy polecanych i ulubionych. 

Bo czasami zdarzają się wyjątki. 

Jak "Wilczyce". Ten wyjątek jednak zasługuje na pochwałę - bo pierwszy raz dałam się nabrać na tak dobrze napisaną książkę. Dopiero gdy skończyłam ją czytać, zorientowałam się, że wcale nie powinna mi się spodobać.

Natalia, główna bohaterka powieści Anety Borowiec, co prawda nie wylatuje z hukiem z pracy i nie czeka jej żadna katastrofa zdrowotna, ale poza tym wszystkie punkty na liście "dlaczego to NIE jest książka dla mnie" są spełnione. I co? I przeczytałam w dwie krótkie podróże pociągiem. Z wypiekami na twarzy. Bo książka jest niebanalna, wychodzi poza schematy literatury kobiecej (nie dajcie się zmylić tym różowym akcentom na okładce). Nie chcę opowiadać fabuły, bo w samodzielnym odkrywaniu o co chodzi i jak to się wszystko skończy, jest najwięcej zabawy. 

Pierwsze kilka-kilkanaście stron wieje chłodem. I od głównej bohaterki, i od klimatu książki w ogóle: wydaje sie, że to będzie bardzo ambitna, wymagająca lektura, podczas której ciągle należy być czujnym, bo a nuż czytelniku się zapomnisz i pogubienie gwarantowane. Po kilkudziesięciu stronach po początkowym wrażeniu nie zostaje wiele. Zamiast niego pojawia się coś niezwykle miłego, bezpiecznego i kojarzącego się z dzieciństwem. U mnie to było takie domowe ciepełko, które zawsze odczuwam, gdy czytam o tym, jak główna bohaterka wali w kąt wszystko, co jej w życiu przeszkadza i bierze się wreszcie za siebie. Jak sytuacja nie do pozazdroszczenia w realnym życiu może być genialną historią na książkę.

Aneta Borowiec - Wilczyce
Wydawnictwo Agora
Okładka: miękka
stron: 320


Konkurs! 
Mam do rozdania 3 egzemplarze książki. Aby wziąć udział w konkursie, należy pozostawić pod tym wpisem komentarz z porządnym uzasadnieniem, dlaczego to do Was mam wysłać książkę. Konkurs trwa tydzień, do piatku 18 stycznia. Rozwiązanie na blogu w sobotę 19 stycznia. 
Powodzenia!

środa, 2 stycznia 2013

Konkurs z nowym Foenkinosem

Pamiętacie "Delikatność" Foenkinosa (i jego recenzję)? W najbliższych dniach Znak wypuszcza drugą książkę francuskiego pisarza. Z tej okazji robi konkurs z nietypową jak na konkursy literackie nagrodą.  Kiedy tylko usłyszałam o pomyśle, od razu zgodziłam się patronować całej akcji. Bo jest o co walczyć! Zobaczcie:
Weź udział w konkursie na najlepszą rekomendację książki Davida Foenkinosa Nasze rozstania i wygraj profesjonalną sesję fotograficzną glamour ze stylizacją i scenografią w stylu francuskim.

Z informacji prasowej o książce:
Fritz i Alice nie mogą bez siebie żyć. Ze sobą tym bardziej. Schodzą się i rozchodzą. Choć różnice się przyciągają, brak podobieństw wszystko komplikuje. W zasadzie nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego, nie powinni się nawet spotkać.

David Foenkinos z czułością i ironią miesza namiętność i wyrachowanie, powagę i groteskę, szczerość i oszustwo. Z tych składników powstaje jedyna w swoim rodzaju słodko-gorzka opowieść o miłości.

David Foenkinos to Haruki Murakami i Woody Allen w jednej osobie.

Aby dostać zniżkę na książkę:
Napisz na adres foenkinos@znak.com.pl i zgłoś chęć udziału w konkursie, podając adres swojego bloga. W odpowiedzi dostaniesz kod rabatowy, który pozwoli Ci kupić – jeszcze przed premierą i tylko za pół ceny – Nasze rozstania w sklepie internetowym Znaku na www.znak.com.pl.

Co można wygrać?
Profesjonalną sesję fotograficzną glamour ze stylizacją i scenografią w stylu francuskim. Jako nagrody pocieszenia rozdamy egzemplarze nowej powieści Jeffreya Eugenidesa Intryga małżeńska.

Jak wziąć udział w konkursie?
Przeczytaj tę powieść i opublikuj jej recenzję z na swoim blogu. Na adres foenkinos@znak.com.pl prześlij link do swojej recenzji oraz krótką, maksymalnie dwuzdaniową rekomendację Naszych rozstań. A później czekaj już tylko na informację, że zostałeś zwycięzcą konkursu. Twój tekst oceniać będzie jury, w którym zasiądą redaktorzy wydawnictwa Znak. Na odpowiedzi czekamy do 25 stycznia 2013. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi 8 lutego.

Czytaj, pisz i wygrywaj!
Życzę Wam powodzenia! :)

niedziela, 23 grudnia 2012

Wesołych Świąt!


Na Święta życzę wam tylko jednego - szczęścia. 
Bo jak się jest szczęśliwym, to wszystko inne się w tym zawiera: zdrowie, radość, miłość, odpoczynek, spełnienie. 

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Asia.

   

Co zrobić, kiedy chcecie piernik, a nie macie miodu


W planie miała dwa pierniki na święta. Kupiłam wszystkiego na zapas: mąki, masła, cukru, miodu, cynamonu. Tak wyliczyłam, że po jednym pierniku skończył mi się miód. Obliczenia, przekleństwo humanistów w kuchni.

Chciałam drugi piernik bardzo. Kij już z tym brakiem miodu! Wrzuciłam do miski po kolei co mi sie nawinęło pod rękę i wszystko,c o pachniało korzennie. Dodałam wszystkiego "na oko". Jestem dumna z tego przepisu, bo piernik wyszedł miękki, puszysty, mokry, z dużą ilością bakalii i pięknie pachnący przyprawami. Czekoladowy, z chrupiącą skórką. Prosty, szybki i awaryjny, kiedy zabraknie wam miodu a strasznie nie chce wam się iść do sklepu.

Piernik "awaryjny" (bez miodu)

Składniki:

  • 100 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 1 łyżka oleju
  • 200 g mąki
  • 100 g masła
  • 3 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki przyprawy do pierników
  • 1 duża garść suszonych śliwek
  • 1 duża garść rodzynek
  • 1 duża garść suszonej żurawiny
  • 1 duża garść płatków kokosowych (nie wiórków)

Przygotowanie:
Wymieszaj ze sobą wszystkie składniki. Przełóż ciasto do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą blachy. Napełnij maksymalnie do 3/4 wysokości formy, bo ciasto bardzo rośnie, szczególnie na środku. Włóż do pieca nagrzanego do temperatury 170 stopni C. Piecz ok. 30-40 minut. 
Smacznego!

Piernik na piwie


Kilka dni temu Żywiec przysłał mi mały upominek pod choinkę: jasne piwa i gadżety od Paulanera. Złożyło się idealnie, bo wymyśliłam sobie na te święta upiec piernik inny od wszystkich, które robiłam do tej pory. Prosty wniosek: ciasto na piwie. 

Zaraz potem przegrzebałam Internet i blogi w poszukiwaniu przepisu i jest! Znalazłam u Ani. Jako jedyny był przepisem, do którego mogłam wykorzystac jasne piwo, a nie ciemnego Guinessa. Problem w tym, że lubię ciemne pierniki, a te na jasnym piwie wychodzą bledziutkie. Ale wystarczyło dosypać kakao i problem z głowy. 


Jeśli chodzi o piwo, najlepiej do tego ciasta użyć właśnie jasnego. Jeśli macie w domu ciemne, skorzystajcie raczej z innego przepisu, gdzie w składnikach jest ciemne piwo (jest ich w internecie sporo) niż zmieniajcie ten przepis. To naprawdę ma znaczenie. Piwa ciemne i jasne mają inne właściwości. Wyjaśnię to na przykładzie Paulanera.

Oba piwa są pszeniczne, mają prawie tyle samo ekstraktu chmielowo-słodowego, alkoholu i kalorii (różnią się nieznacznie o ok. 0,2%). I na tym różnice się kończą.

Jasny Paulaner ma świeży, łagodny smak i owocowo-drożdżowy aromat. Pachnie lekko korzennie, goździkami i miodem, przez co idealnie nadawała się do mojego piernika. Jest naturalnie mętny, z wysoką pianą. Produkuje się go metodą bez filtrowania, przez co zawiera więcej witamin, minerałów i mikroelementów niż piwa filtrowane. 

Ciemne piwo zawiera w sobie więcej ciemnego słodu pszenicznego, dzięki czemu jego barwa nie jest miodowa, a kasztanowa. Jest bardziej wyrazisty w smaku, bardziej intensywnie też pachnie.


Piernik na jasnym piwie ma łagodny, słodki smak. Można w nim wyczuć aromat piwa, ale nie jest dominujący i nie pachnie alkoholem. Podobno jest tak, że używając trunków w kuchni (smażąc, piekąc, gotując), podczas obróbki termicznej alkohol wyparowuje, pozostawiając jedynie smak. To by się zgadzało z piernikiem. Jest bardzo puszysty, miękki i lekko wilgotny. A jeszcze ze śliwkami i przełożony kremem czekoladowym - poezja!


Piernik na piwie (jasnym)
przepis od Ani
  • 400 g mąki
  • 1 łyżeczka sody
  • 100 g masła
  • 30 g cukru pudru
  • 3 jajka
  • 170 g cukru kryształu
  • 170 g miodu
  • 1/2 szklanki jasnego piwa
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki przyprawy do pierników
  • 1/2 szklanki suszonych śliwek
  • krem do przełożenia: 250 g gęstej śmietany (12 lub 18%), łyżka cukru pudru, 1-2 łyżki kakao
Przygotowanie:
1. Miód podgrzewamy na małym ogniu. Dodajemy cukier kryształ. Mieszamy ogrzewając aż cukier się rozpuści. Nie doprowadzamy do zagotowania, podgrzewamy tylko tyle aby rozpuścić cukier. 
2. Żółtka ucieramy z cukrem pudrem i masłem. Białka ubijamy na sztywną pianę.
3. Mąkę przesiewamy z sodą i przyprawą piernikową.
4. Do masy żółtkowej dodajemy letni miód, mąkę z przyprawami i gdy składniki się połączą dodajemy piwo. Mieszamy aż ciasto będzie gładkie. Do ciasta dodajemy pianę z białek i delikatnie mieszamy (łyżką! nie mikserem).
5. Ciasto przelewamy do wąskiej i długiej keksówki. Ciasto powinno sięgać najwyżej do 3/4 wysokości, bo dosyć mocno wyrasta. Pieczemy przez ok. 40-50 minut w temperaturze 170 – 180 stopni C. Sprawdzamy patyczkiem czy piernik jest upieczony.
6. Po upieczeniu ostudź ciasto i przygotuj krem. Wymieszaj śmietanę, cukier puder i kakao. Pokrój piernik wzdłuż na trzy warstwy. Nałoż krem na pierwszą i przykryj drugiem plackiem. Z drugim zrób to samo i przykryj trzecim. Trzeciego już nie smaruj kremem.

Piernik najdłużej świeży pozostanie, gdy owiniesz go folią aluminiową i schowasz w ciemnym, chłodnym miejscu. 

Smacznego!

Dla piwoszów znalazłam jeszcze ciekawostkę o tym, jak nalewać piwo, żeby wydobyć najlepszy aromat:

Szklankę do piwa pszenicznego najlepiej przepłucz lodowatą wodą, co ułatwi ci kontrolowanie pianki. Ważne, byś w trakcie nalewania trzymał szklankę ukośnie. Butelkę oprzyj na brzegu szklanki i powoli przelewaj do niej złocisty płyn, a otrzymasz piękną koronę piany. Piwo pszeniczne jest piwem z charakterem. Najpierw wlej do szklanki trzy czwarte zawartości butelki, potem lekko nią wstrząśnij, by podniósł się osad drożdży i wlej resztę, nadając swojemu piwu indywidualny charakter.



O produkcie:
Paulaner, piwo pszeniczne obj. alkoholu 5,5%, zaw. ekstraktu 12,5%
Wytwórca: Browar Paulaner
Pochodzenie: Monachium, Niemcy
Dystrybutor w Polsce: Żywiec
pojemność: 400 ml
więcej informacji na stronie pl.paulaner.com

środa, 12 grudnia 2012

Rozwiązanie mikołajkowego konkursu

Książki otrzymują:
marysiag53
magdamus
zajackaz

Gratuluję dziewczyny! Już wysyłam Wam maile.

czwartek, 6 grudnia 2012

Konkurs mikołajkowy

Byliście grzeczni?
Mam trzy egzemplarze "Przepisu na życie" Agnieszki Pilaszewskiej w wersji powieściowej! Przeczytałam, odpoczęłam przy niej i mogę polecać. I rozdawać (oczywiście te nieprzeczytane) :)


Tym razem będzie trochę trudniej, bo...

Co trzeba zrobić?
Podać swoje trzy wymarzone książki pod choinkę. Ale! Wszystkie muszą być nowościami wydawniczymi. Można wybierać spośród wszystkich, które ostatnio ukazały się w księgarniach lub które mają się ukazać w najbliższym czasie (do świąt). 

Na obstawianie swoich typów macie tydzień. Odpowiedzi można zostawiać w komentarzach do przyszłego czwartku (13 grudnia). Zwycięzców wybiorę i ogłoszę w piątek na blogu. W ostatnim przedświątecznym tygodniu podam Wam swoje typy na gwiazdkowe prezenty literackie i być może dołączę do nich kilka Waszych tytułów :)

W komentarzach koniecznie zostawiajcie swoje maile, żebym mogła skontaktować się ze zwycięzcami.

Nagrody sponsoruje Wydawnictwo literackie

środa, 5 grudnia 2012

Rozwiązanie kreatywnego konkursu

Podwójne zestawy książek pojadą do:

Joaśki, za pana Józka: "My namiętnie, z córką lat niespełna 3, z książek i drewnianych klocków budujemy piętrowy domek dla lalek tudzież dla pana Józka. Ostatnio okazało się, że pan Józek to postać z książki o Bożym Narodzeniu, córa przyniosła książkę, wyszukała odpowiednią stronę a tam na obrazku w stajence Jezusek, Maryja i... pan Józek :)".

Inviernity za trzymanie odpowiedniego poziomu: "Kiedy byłam niemowlęciem mama obkładała mnie książkami, bo mi głowa leciała na jedną stronę;) I tak już zostało. Teraz obkładam sama - siebie, męża i dzieci. I jakoś trzymamy pion intelektualny".

Pauli Rogóż za genialny pomysł na przyszły rok: "Wydaje mi się że fajnie zrobić sobie wyzwanie . Ile mam wzrostu tyle przeczytam . Najlepiej grube książki . :D Ciekawe czy by mi się udało przy 175cm . Gdyby zaliczyć podręczniki szkolne to na pewno!".

Jurata za oczywiste zastosowanie książek, które usprawiedliwia czytanie tylko tych cienkich: "No książka przede wszystkim służy do tego, że jak biurko się chyboce, to ciach!, książka na podłogę i pod nogę. Gorzej z tymi grubymi. Ale kto kupuje grube książki, jak się tego wsadzić pod nogę biurka nie da?"

Gratuluję dziewczyny! Skontaktuję się z Wami mailowo.

   

piątek, 30 listopada 2012

Upiór w domowej operze


Lektura tej książki powoduje płakanie i krztuszenie się ze śmiechu oraz niekontrolowane wybuchy głośnego bezobciachowego rechotu. Więc jeśli jesteś matką (albo planujesz nią zostać), ucieknij przed wrzeszczącymi dziećmi do łazienki, zamknij się na cztery spusty, a kiedy usłyszysz dobijanie się i skrobanie do drzwi, udawaj, że nic nie słyszysz. Przygotuj sobie kąpiel z toną piany i czytaj. A jeśli nie masz dziecka, hm, no cóż, po prostu zaaplikuj sobie „Wyznania upiornej mamuśki” na wyśmienity humor.

Ale od początku. Kiedy ludzie są ze sobą, w pewnym momencie zaczynają myśleć o maleńkiej istotce, słodszej niż lukier na piernikach i bardziej różowej niż krem na puszystych, maślanych babeczkach. Im bliżej narodzin, tym przyszli rodzice bardziej dziubdzialkują i świergolą o swojej małej kruszynce/żabce/bąbelku. Dziecko się rodzi. Cudowna sielanka utrzymuje się przez calutki tydzień, przez następny tydzień dogorywa, aż w końcu oboje stają się gorliwymi wyznawcami tego, co Jill Smokler wie już od dawna: każdy, kto twierdzi, że macierzyństwo to samo dobro, przechodzi fazę wyparcia albo wspomaga się prochami.


Autoironiczna, zabawna i napisana z dużym dystansem książka. Początkowo wcale nie miała być książką, a wcześniej nie miał powstać blog, na podstawie którego powstała książka. Ale autorka miała już dość szlajania się po domu w powyciąganych dresach ze ściągaczami. Książki ze sztywnymi kartkami też jakoś przestały ją kręcić. Przez kilka miesięcy pisała o swoich przeżyciach, utrapieniach i domowych przygodach młodej mamuśki. Z opisów przeżyć przypominających fragmenty wyciągnięte z oferty obozu survivalowego dla zaawansowanych, w wersji mama+dziecko, powstały „Wyznania upiornej mamuśki”.


Kto więc sądzi, że wychowanie dziecka to bułka z masłem, szybko przekona się, że tej bułki z masłem nie będzie miał nawet kiedy w spokoju zjeść. Pewne jest za to jedno – na pewno nie będzie narzekał na nudę. A z podejściem autorki do macierzyństwa na chandrę też nie ma szans.
Jill Smokler – Wyznania upiornej mamuśki (Znak, Kraków 2012, s. 190)

czwartek, 29 listopada 2012

Ciasteczka z wróżbami



Trzy lata temu (jeszcze na starym blogu, którego już nie ma) zrobiłam pierwsze ciastka z wróżbami, które trochę bez przekonania wrzuciłam na blog, po czym okazało się, że zrobiły furorę: posypały się komentarze, maile, znajomi i nieznajomi zaczęli prosić o upieczenie takich dla nich. Są tutaj. Były faktycznie niezłe, ale po jakimś czasie twardniały i ciężko z nich było wydobyć wróżby. Posiedziałam trochę nad przepisem, pogmerałam w książkach kucharskich i znalazłam niezłe proporcje. W dodatku była okazja - zaprzyjaźnione centrum językowe zapytało, czy nie przygotowałabym specjalnie dla nich trochę ciastek. "Trochę" okazało się być trzystoma sztukami. Bagatela.


Było warto - ciastka są pyszne, pachnące masłem i cukrem. Karteczka się nie przykleja do ciastek i łatwo można ją wydobyć, rozwinąć i przeczytać. Ciastka są kruche jak należy, nie twarde ani nie niedopieczone. Można je upiec jak kto chce: bardziej albo mniej zrumienione (ja wolę pierwszą opcję). I najwazniejsze - krótko się pieką! ;)

Ciasteczka andrzejkowe (z wróżbą II)
przepis z książki "Ciasteczka" Carli Bardi

Składniki na ok. 40 ciastek:

  • 2 szklanki (300g) mąki pszennej
  • 150 g masła
  • 150 g cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżka mleka
  • wróżby wypisane na małych karteczkach

Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Wszystkie składniki wymieszaj w dużej misce, przełóż na stolnicę i wyrób gładkie ciasto. Zawiń w folię spożywczą i włóż do lodówki na pół godziny. Wyciągnij, rozwałkuj na cienkie ciasto, wycinaj kółka foremką albo szklanką. Na środek każdego kładź zwiniętą karteczkę z wróżbą i zlepiaj jak pierogi. Układaj na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, wywijaj ciasteczka rogami do siebie i wstaw do pieca na 10-12 minut (bez termoobiegu). 


wtorek, 27 listopada 2012

Do czego służy książka? Konkurs kreatywny

Konkurs!

Kiedy wrzuciłam newsa na fb o tym, że książki przyszły i czy najpierw pisać recenzję, czy najpierw zrobić konkurs, zostałam storpedowana komentarzami dobitnie wyrażającymi Wasze zdanie. Łacznie z komentarzem "dajże co wygrać!".

Więc daję :)
Do wygrania są dwie najnowsze książki, które ukazały się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka: Stacey Ballis "Smaki życia" i Manueli Kalickiej i Zbigniewa Zawadzkiego "Tutto Bene". Mam do rozdania 4 takie zestawy. 


Co trzeba zrobić?
Znaleźć niestandardowe zastosowanie dla książki. Wiadomo, książka jest do czytania, ewenualnie do udawania podstawki. Zadanie konkursowe to znaleźć kreatywne zastosowania książki. Im bardziej pomysłowo, tym lepiej. 
Odpowiedzi można zostawiać w komentarzach do przyszłego wtorku (4 grudnia). Zwycięzców wybiorę i ogłoszę w piątek na blogu. W komentarzach koniecznie zostawiajcie swoje maile, żebym mogła skontaktować się ze zwycięzcami.

Nagrody sponsoruje wydawnictwo Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Jest kapitalnie


Mania, córka Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego, ma wszystko: kolorowe zabawki, książeczki ze sztywnymi kartkami. Tańczące, śpiewające i świecące wszystkimi kolorami tęczy pluszaki. I klocki, które niemal budują się same. W jeden dzień traci wszystko, bo rodzice z kolorowego pokoiku wymyślają sobie przenieść ją i siebie do mieszkania pełnego wnętrzarskich hitów PRLu: meblościanki zamiast regału, wersalki zamiast łóżka oraz czajnika i Inki zamiast ekspresu do kawy z kapsułkami espresso.

Bye bye modne bluzeczki, reservedy, h&my, cottonfieldy i cały kapitalizmie w wersji na tyłek. Witajcie szare mydło, wodo kolońska Brutal i fryzjerskie fiu-bździu ludu pracującego, czyli trwało na głowie. Witaj seksowny wąsiku a’la polski mechanik w średnim wieku i koszulko rolnika bez rękawów. Do tego ziemniaki na okrągło: tłuczone, smażone, zapiekane, w kluskach, w cieście, w sałatce. I tak przez bite sześć miesięcy. Dzień w dzień.


Meyza i Szabłowski, prywatnie małżeństwo, a publicznie dziennikarze, postanowili na pół roku odświeżyć PRL. Wymyślili eksperyment, który na ponad dwadzieścia tygodni miał przenieść ich w świat cofnięty o trzy dekady, czyli w lata osiemdziesiąte. Jeśli samochód, to tylko maluch. Jeśli podróż, to tylko do Bułgarii. Tym maluchem. A jeśli przepisy, to tylko z „Przyjaciółki”. Pojawił się jednak oczywisty problem: w sklepach jest teraz wszystko i nie da się udawać, że jest inaczej.

Więc jak tu udawać PRL w niepeerelowym świecie?


Jest śmieszno i straszno jednocześnie. Śmieszno, bo komuna w kapitalizmie jest absurdem samym w sobie. Para autorów szybko przekonuje się, że ten śmiech może być jednak śmiechem przez łzy. Świetnie opisana próba przywrócenia nieprzywracalnego, która pokazuje, że dobrze, że za niektórymi rzeczami tęsknimy – dopóki tylko tęsknimy i nie przyjdzie nam do głowy urządzać powtórki z rozrywki. Czysta satyra na naszą kapital(istycz)ną rzeczywistość. 

Izabela Meyza, Witold Szabłowski – Nasz mały PRL (Znak, Kraków 2012, s. 320)

Na koniec materiały poglądowe.

Tak wyglądają autorzy normalnie:

źródło: polskieradio.pl

A tak wyglądali przez pół roku swojego prywatnego PRLu:

źródło: wyborcza.pl

sobota, 24 listopada 2012

Śród żywych duchów


Listopad 1988 roku, zaniedbana łączka na warszawskich Powązkach. Małgorzata Szejnert na każdym z pięciu symbolicznych grobów kładzie krótki list. Kartkę przyciska zniczem. Jest przekonana, że groby są puste, ale wie, że wieczorem ktoś tu przyjdzie.
Lipiec 2012 roku, ta sama kwatera „Na Łączce” cmentarza Powązkowego. Rozpoczęły się prace ekshumacyjne. W tym miejscu przez osiem lat, od 1948 do 1956 roku zdążono pochować kilkuset zmarłych i straconych w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Wśród nich są prawdopodobnie szczątki, których przez siedemdziesiąt lat nie można było odnaleźć. Wśród tych kilkuset zaginionych byli m.in. gen. Fieldorf „Nil”, rotmistrz Pilecki, Józef Kozołwski „Las” i Major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. To tylko te najbardziej kojarzone nazwiska.

Od lipca śledzę doniesienia o ekshumacji w mediach: dziennikarze pisali o tym w gazetach, trąbiono w telewizjach i stacjach radiowych. Największe poruszenie wywołały newsy o Pileckim i Nilu. Tymczasem Małgorzata Szejnert ponad 24 lat temu zaczęła badań sprawę tajemniczego znikania więźniów politycznych straconych w warszawskim więzieniu na Rakowieckiej. Nie wiadomo było, gdzie byli chowani – nie było żadnych oficjalnych dokumentów, śladów, a tym bardziej osób, które by o tym otwarcie mówiły. Szejnert nie dała za wygraną. Niestrudzona dziennikarka pukała bladym świtem do drzwi zakrystii, chodziła w kółko po „Łączce” szukając najmniejszych śladów, które mogłyby zwrócić jej uwagę, nauczyła się czytać grube akta między wierszami. Poświęciła swoją książkę bohaterom wojennym, których władza ludowa starała się wymazać z kartotek, archiwów i ludzkiej pamięci. Przez kilkadziesiąt lat synowie, córki, siostry i żony żołnierzy 1 listopada nie mogli jeździć na groby swoich bliskich. Bo nie mieli gdzie.  

Reportaż Małgorzaty Szejnert jest hołdem złożonym tym zasłużonym, którzy w zamiarze władz PRL mieli stać się bezimienni. Dziennikarskie śledztwo, przy którym momentami aż wstrzymuje się oddech. Nie mogłam nadziwić się, że dopiero po 24 latach od ukazaniu się pierwszego wydania książki, IPN podjął prace ekshumacyjne. Kolejna zagadka, której nie zrozumiem, bo logika podpowiadałaby inne rozwiązanie. Może dlatego, że logicznych rozwiązań w PRLu w ogóle było niewiele.



Małgorzata Szejnert – Śród żywych duchów (Znak, Kraków 2012, s. 400)

Related Posts with Thumbnails