• RSS

sobota, 18 czerwca 2011

Suflet czekoladowy z niespodzianką


Wieczne sesyjne o jak mi się nie chce upomina się o siebie. Wczoraj na przykład wycinałam kolorowe słonie z post-inów. Witaj, przedszkole. W przerwie pomiędzy uczeniem się na dwa egzaminy na raz, przypomniał mi się suflet czekoladowy. Ooj, był pyszny. Z blogotowania knorrowego :) Dzisiaj będzie krótko i na temat, bo stos notatek piętrzy mi się pod lewym łokciem.
7 dni jeszcze! Z radości, jak wreszcie pójdę się wyspać, tak nie wstanę przez dwa dni. A potem pomaszeruję na piknik.

W końcu!


Suflet czekoladowy
Składniki:
  • 2 i pół tabliczki gorzkiej czekolady
  • 250 g masła/margaryny
  • 70 g mąki
  • 5 jajek
  • 165 g cukru
  • migdały w płatkach
  • opcjonalnie do środka: kawałki mlecznej czekolady

Sposób przygotowania:
Czekoladę z margaryną rozpuść na parze.


Białka oddziel od żółtek. Żółtka ubij z cukrem na białą masę, wlej wystudzoną, ale płynną czekoladę.


Wszystko delikatnie wymieszaj, dodaj mąkę i jeszcze raz wszystko razem połącz. Na koniec dodaj ubitą pianę. Masę przełóż do foremek.


Do środka masy można dodać trochę pokruszonej (ja wciskałam do środka po pół kostki czekolady, przed pieczeniem), gorzkiej lub mlecznej czekolady, aby uzyskać po upieczeniu efekt płynnego nadzienia, które baardzo przyjemnie rozpływa się w ustach. Po wierzchu możesz też posypać płatkami migdałów.


Piecz w piekarniku w 190°C przez ok. 12-15 minut.

I voila!



 
 Dokładnie tak teraz sesyjnie wyglądam. Wypisz wymaluj.
(z Kalendarza Kota Simona, S. Tofielda)

sobota, 11 czerwca 2011

Poblogotujmy sobie

Jest i film! Ze wspólnego blogotowania z Knorrem :)
(relacja zdjęciowo-przepisowa: patrz poprzedni wpis)

piątek, 10 czerwca 2011

Letnie gotowanie z Knorrem

Unilever Knorr event

organizator

A może by tak ugotować coś razem? W Warszawie, razem z innymi blogerami: Karoliną, knedlikowym teamem, czyli drugą Karoliną i Szymonem, Ansur i Martą, drugą Martą, Olą z rodziną i Dorotą. Dobrze się przy tym bawiąc, dowiadując mnóstwa ciekawych rzeczy (i małych kulinarnych trików!) i jedząc pyszności. 3 czerwiec, lato jak się patrzy i Letnie Spotkanie z marką Knorr czas zacząć.

Knorr Unilever


Nie na cztery, nie na nawet 6 rąk - a na 24 blogujące ręce. Do tego dwie kucharza, Piotra Murawskiego i kilka przemiłych panów kucharzy-pomocników. I jednej pani profesjonalnie kucharzącej! - której szczególnie dziękuję za małe wskazówki, jak zmartwychwstać czekoladę - czyli odratować, kiedy się przypali albo zważy. Docelowo spotkanie kręciło się wokół grilla i sałatek. Najpierw kilka słów wstępu od kucharza i dietetyczki Knorra (podczas których zdążyłam wyczaić, że w planie są chyba też jakieś słodkości, na co moje kubki smakowe zrobiły zbiorowe "łał!") i można było zaczynać. 


Zawiązać fartuszki, wybrać sobie przepis (o, o, czy to czekolada jest? a nie mówiłam!) i miksery, łyżki, noże, trzepaczki - wszystko w ruch!


Pyszności, od których moje kubki smakowe znowu się pobudziły, wjechały na stół i w otoczeniu wazonów z papryki, kalarepy, bukietów z kalafiorów i truskawek w kulkach zwisających z sufitu można było jeść. Ujmują mnie takie dekoracyjne cudawianki :)



Za niedługo na blogu pojawi się film z wspólnego kucharzenia i jeszcze jeden słodki przepis. Jeszcze jeden poza dzisiejszym na mus czekoladowy z truskawkami. Dwuwarstwowy, z migdałowymi płatkami i truskawkami. Bardziej letnio już być nie może :)


Trójczekoladowy mus z truskawkami

Składniki:
  • 3 tabliczki mlecznej czekolady
  • 3 tabliczki białej czekolady
  • 3 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 1 litr śmietanki 36% (nada się też Rama Cremefine do deserów) 
  • 10 g migdałów w płatkach 
  • 3 łyżki cukru (tyle w oryginalnym przepisie, ja bym dała 1 lub 2, bo czekolada już jest bardzo słodka)
  • 1 łyżeczka ciemnego rumu
  • truskawki na wierzch



Sposób przygotowania: 
Śmietanę ubij z cukrem na sztywną pianę i rozłóż w trzy miseczki. Czekolady (każdą z osobna) rozpuść w kąpieli wodnej, dodaj do miseczek z ubitą śmietaną i dokładnie wymieszaj. Do musu z ciemnej czekolady dodaj odrobinę rumu. Czekoladowe musy rozłóż na przemian do kieliszków lub pucharków. Deser udekoruj migdałami. Odstaw do chłodnego miejsca, aby stężał. 



My :)


A.A. Milne, Prosiaczka Mała Księga Dzielności

Prawie się popłakałam ze śmiechu przy tym "wyciągu z Prosiaczka". Puchatek jest jeden, wiadomo, ale co jakiś czas powstaje mnóstwo nowych książeczek z misiowymi (i nie tylko, bo tez świnkowymi, królikowymi, dzikokocimi i ptasimi) cytatami. Niektóre są faktycznie fajne, inne - komercja. Wałkowanie tego, co powstało kiedyś, na dziesiątą stronę i robienie z tego nowości na półkach. Mała Księga Dzielności zalicza się do chlubnego grona, które mi się spodobało. Krótkie, na temat i ma prawdziwe puchatkowe ilustracje - misia, który wcale nie jest po disneyowsku wystylizowany na niedźwiedzią przytulankę po liftingu, nie chodzi w czerwonej koszulce i nie uśmiecha się. Prawdziwy Puchatek nie ma żadnego wyrazu twarzy. Bo nie wysłodzony ma być, ale poczciwy.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Zabawa w czytanie


Uhuhu, Kraków zyskał drugie targi książki i tym samym kolejne moloksiążkowe święto w roku. Dla małych, ale nie małe. Wręcz, podwójnie, przeciwnie - bo raz, że było okazale, a dwa, że po tym przybytku papierowej rozrywki równie ochoczo maszerowały trochę już bardziej wyrośnięte mole książkowe. Na miejsce radosnego odliczania czasu od października do października ("ogólnoksiązkowe" krakowskie targi książki), wchodzi tym samym jeszcze radośniejszy system czerwiec-październik.


Targi w klimacie czary-mary. Wszystkie kolory świata, gigantyczne gry planszowe z wielkimi pluszowymi kostkami, kartonowe miasto, kolorowanki, wyklejanki, wydłubywanki. Małe wersje Konana Barbarzyńcy latały z tekturowymi mieczami dookoła automatu do robienia baniek i przypuszczały atak na mydlane kulki latające w powietrzu, a co bardziej poukładani milusińscy siedzieli sobie w świętym spokoju i kolorowali wielgaśną, kilkunastometrową książkę podróżniczą. Cały ten rozgardiasz próbowali na spółkę ogarnąć dwumetrowy, pluszowy i wściekłozielony żółw Franklin wraz z podobnych gabarytów lwem. Który, nota bene, miał bardzo modne baletki na nogach (ciekawe gdzie kupił?).



Oj, działo się. To nieprawda, że rozrywkę miały tylko dzieciaki. Ja bawiłam się przednio, mimo że tylko chodziłam między stoiskami, kukałam to tu, to tam i kilka razy przechodziłam w kółko zanim się zorientowałam, że kręcę się dookoła. I nabrałam chyba tonę kolorowych ulotek, zakładek do książek, katalogów wydawniczych i jedną krówkę, cukierek. Mam nawet plan lekcji i tabliczkę mnożenia, zupełnie nie wiem kiedy weszłam w posiadanie takich skarbów. Choć jeszcze lepsza jest naklejka z napisem "Słoneczny medal". Szał ciał, chyba ją sobie przykleję na monitor. 


I. edycja Targów Książki dla Dzieci zdała egzamin. Jeśli już na początku jest tak dobrze, to już nie mogę doczekać się kolejnych edycji. 


Po targowych szaleństwach - home sweet home. Słodki jest tym razem sernik. W deseń puszka-okruszka, nie ciężki, ale właśnie lekki i delikatny. Lubię taki dużo bardziej od tradycyjnego, choć i ten ma swój urok, na przykład na święta. Ale jest lato (kalendarzowo prawie że, zaoknowo: już!) i mam ochotę na coś lżejszego. Serniki uwielbiam i uwielbiałam od zawsze. Smak dzieciństwa, czyli jesteśmy w temacie. 

Z paskami marcepanu na wierzchu i rodzynkami w środku. Z racji tego, że ludzie dzielą się na tych, którzy rodzynki w cieście lubią i na tych, którzy je z niego wydłubują - nie trzeba ich dodawać. Ja zaliczam się do obozu zwolenników rodzynek i wszelkich bakaliowych suszków w ciastach. Do tego stopnia, że potrafię z babki drożdżowej wydłubać same rodzynki, a resztę zostawić.


Puszysty sernik z marcepanem na wierzchu

Składniki:
ciasto:
  • 230 g mąki
  • 100 g cukru
  • 125 g masła (pół kostki)
  • 1 jajko
masa serowa:
  • 1 kg zmielonego twarogu (w wiaderku ze sklepu będzie idealny)
  • 70 g miękkiego masła o temperaturze pokojowej
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  •  łyżki cukru waniliowego
  • 1/2 szklanka śmietanki kremówki
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 7 jajek, białka osobno, żółtka osobno
  • rodzynki - jeśli lubicie
na wierzch:
  • marcepan
  • bita śmietana
Przygotowanie:
Zrób spód: wszystkie składniki wymieszaj i zagnieć na gładką kulkę. Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Ciasto wstaw do lodówki, żeby się schłodziło. Po pół godzinie wyjmij, wyłóż dno formy (wysmarowanej wcześniej masłem i wysypanej bułka tartą, żeby ciasto podczas pieczenia się nie przykleiło na amen). Nakłuj widelcem i podpiekaj przez 10 minut. 
Zrób masę: masło ubij z cukrami na puszysta masę, dodaj żółtka, twaróg, śmietankę i mąkę ziemniaczaną. Białka ubij w oddzielnej misce na sztywną piankę, delikatnie wmieszaj do masy serowej. Masę wylej na podpieczony spód, piecz 50 - 60 minut (sprawdzaj drewnianym patyczkiem, czy po włożeniu w ciasto i wyciągnięciu jest suchy - sernik może się piec, w zależności od piekarnika kilka minut krócej lub dłużej). 
Wyciąg, przestudź. Rozwałkuj marcepan, wykrój z niego długie paski i poukładaj je na ukos na wierzchu sernika. Możesz podawać z kleksem bitej śmietany.




Maria Konopicka, Pranie (w: Stary zegar od pradziada)
Jak mi się ten wierszyk tłucze po głowie od dzieciństwa! 



Uwielbiam ten wierszyk! Pucu pucu chlastu chlasu weszło mi do codziennego języka i często go używam, jak się muszę do czegoś zmobilizować. Używam też szeregu innych nie do końca poważnych powiedzonek, ale może na początek jedno wystarczy :) Książka mojego dzieciństwa. Czytana przez mamę do upadłego. Nie sięgałam po nią przez jakieś 20 lat, a nadal umiem połowę wierszyków na pamięć. Pisanie książek dla dzieci jest ogromną sztuką. Dużo trudniej jest napisać książkę dla dzieci niż "zwykłą", dla dorosłych. Bo powieść, na przykład, pisze się swoim językiem, który jest naturalny, codzienny i który się dobrze zna (nie wliczając w to powieści stylizowanych na jakiś nie swój styl, ale tu pomijam takie wyjątki). A przy książce dla dzieci trzeba sobie literacko kucnąć na ziemi i spojrzeć z niższej perspektywy. A już najlepiej by było nie wiedzieć tyle, ile się ma w głowie. Bo dzieci nie wiedzą całej masy rzeczy i wcale im to nie przeszkadza - ba! to jest nawet lepsze niż cała wiedza dorosłych, która czasami jest warta tyle, co nic, bo hamuje kreatywne myślenie.

Przypomniało mi się, że dawno temu lubiłam jeszcze jeden wierszyk. Jest bardzo znany, ale nie mogę sobie przypomnieć jak dokładnie brzmiał. To było coś o dziewczynce, która kupowała książki dla samego kupowania, stawiała je na półce i nie czytała. Był bardzo krótki, kilka wersów. Ale za nic nie mogę sobie przypomnieć tytułu. Jeśli ktoś domyśli się, o co mi chodzi, będę wdzięczna za pomoc, bo bardzo mnie to zaczęło nurtować.


środa, 1 czerwca 2011

Ale odlot!


Bo i dzień dziecka jest odlotowy! 
W dodatku dla wszystkich - w końcu każdy jest czyimś dzieckiem. W ten sposób ze święta zarezerwowanego dla tych, którzy mają mało lat na koncie, robi się święto ogólnoludzkie. I u mnie tak właśnie jest - każdy się cieszy i czeka na życzenia. Jak to fajnie, że niektóre święta można sobie tak ponaginać pod siebie :)

Ciasteczka, oprócz tego, że są słodkie-kruche-pyszne, bardzo dobrze trzymają kształt i tym samym nadają się idealnie do wycinania foremkami. Podczas pieczenia nie rosną, bo nie ma w nich proszku do pieczenia. Jakie się powycina z ciasta, takie później będą upieczone. Bez niespodzianek pod tytułem "a to gwiazdka czy dinozaur, bo nie mogę poznać?". Są kruche, ale nie za kruche - nie rozpadają się. Nie połamią się przy dekorowaniu. 

Ciasteczkowe wycinanki są bardzo dziecięce. Upiec, dodać kolory, gwiazdki, kuleczki - i na stole lądują ciastkowe siły powietrzne. Część z nich można zapakować i dać w prezencie - wszystkiego najlepszego i niech ci w życiu będzie odlotowo! (dla N.!).


Odlotowe ciasteczka

Składniki:
  • 85 g mąki + trochę do podsypywania na później
  • 1 łyżeczka zmielonego cynamonu
  • pół łyżeczki sproszkowanego imbiru
  • 90 g schłodzonego masła, pokrojonego na małe kawałki
  • 90 g cukru pudru
  • 1 lekko rozmemłane widelcem jajko
do dekoracji:
lukier (cukier puder + sok z cytryny), barwniki spożywcze (te bez sztuczności), posypki


Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Dwie blachy na ciasteczka wyłóż papierem do pieczenia.
Do dużej miski przesiej mąkę, cynamon i imbir. Dodaj pokrojone na kawałki masło i rozetrzyj wszystko palcami tak, żeby z ciasta powstały okruchy przypominające kruszonkę. Wsyp cukier, dodaj jajko i zagnieć ciasto na gładka kulkę. Gdyby się za bardzo kleiła, możesz dosypać odrobinę mąki. Zawiń w folię spożywczą, włóż do lodówki na pół godziny. Po tym czasie wyjmij, rozwałkuj na oprószoną mąką stolnicy, wycinaj foremkami kształty i układaj na blasze. Ciasteczka nie urosną bardzo w piekarniku, można zostawić między nimi niewielkie odstępy (byle się nie stykały). Piecz 10-12 minut, do zrumienienia. Wyciąg, ostudź. W tym czasie przygotuj lukier (do cukru pudru dodawaj po trochę soku z cytryny, cięgle mieszając łyżeczką, aż lukier będzie miał odpowiednią, nie za lejącą, ale też i nie w jednym kawałku konsystencję - taka, żeby się dało rozsmarować pędzelkiem i żeby nie spływał z ciastek jak rzadka śmietanka). Do kolorowania lukru użyj barwników, a do dekorowania polukrowanych już ciasteczek - posypki. 








J. Pradel, L. Vanrell, Saint-Exupery. Ostatnia tajemnica

Pierońsko ciężko jest napisać dobrą książkę historyczną. Już pomijam fakt, że się trzeba naszukać, naszperać, wypotwierdzać wszystko na dziesiątą stronę, żeby nikt nie zarzucił, że nierzetelnie i że się fałszuje historię. Inna sprawa, drogi autorze, że dla osób, które nie przepadają za historią (jak ja), biografiami (też jak ja) i u których pojawia się błyskawiczna reakcja alergiczna na widok więcej niż jednej daty na stronę tekstu (patrz: oba poprzednie nawiasy), czytanie książek o cudzym życiu jest mniej więcej jak zafundowanie wspaniałej przejażdżki kolejką górską komuś, kto jeszcze dobrze nie usiądzie, a już mówi, że chyba nie czuje się najlepiej. Jak ślepy z głuchym o kolorach. 
I oto widzę książkę. Expery, no lubię, może niezła? Ale z drugiej strony: e nie, biografia. Odłóż na półkę. Wziąć, nie wziąć? Bo Saint-Exupery'ego bardzo lubię. I lubię Znak, bo wydają fajne książki. 
Ciekawość zwyciężyła. Padel i Vanrell przeprowadzili swoje własne śledztwo, szukając odpowiedzi na pytanie jak zginął Saint-Exupery. Do tej pory wiadomo było tyle, że samolot, którym leciał, gdzieś zaginął i ani maszyny, ani Exupery'ego nigdy nie odnaleziono. Książka ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu wcale nie było przynudzająca, schematem dzieciństwo-szkoła-pierwsza miłość. W pewnych momentach nie chciało mi się nawet od książki odrywać. Zamiast do poduszki raczej "od poduszki". Jest zagadka, jest jej rozwiązanie, są - jak przystało na dobrą biografię - zdjęcia. Napięcie, zaciekawienie i pisanie na temat. Napisałabym, co odkryli autorzy i jakie jest rozwiązanie zagadki śmierci autora Małego Księcia, ale wtedy popsułabym całą niespodziankę. A sama nie lubię, jak mi się psuje zagadkę do rozwiązania :)
Related Posts with Thumbnails