• RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomarańcze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomarańcze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 sierpnia 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Smaki północnej Italii"

Dziś kolejna recenzja z copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - będzie bardzo włosko!
(Nie wiesz o co chodzi? Informacje o moim copiątkowym cyklu felietonów kulinarno-literackich Przy jedzeniu się (nie) czyta! znajdziesz tutaj!)



Każdy włoski region jest inny. I w każdym jego mieszkańcy będą przekonywać Was, że ich makaron, pizza, czy parmezan są najwspanialsze. I mają rację. Każdy Włoch jest mistrzem świata w gotowaniu. I o tym właśnie jest ta książka.


Jeśli spodziewacie się kolejnej książki kucharskiej z włoskimi przepisami, rozczarujecie się. Podobnie, jeśli liczycie na zwykłą opowieść z północnymi regionami Italii w tle, nie będziecie usatysfakcjonowani. Marlena de Blasi zjeździła Włochy wszerz i wzdłuż w jednym celu: odkrycia kulinarnego bogactwa Italii. Zebrała najbardziej charakterystyczne przepisy dla danego regionu, okrasiła je smakowitymi opowieściami, by na końcu zaserwować wszystko w niesamowicie apetycznej i zmysłowej oprawie.


Autorka opisuje we właściwy sobie zmysłowy sposób kuchnię północnych Włoszech -  region po regionie, miasteczko po miasteczku. Funduje swoim czytelnikom fantastyczną wycieczkę po Italii: przeprowadza średniowiecznymi uliczkami Urbino, by zaraz potem spacerować wśród renesansowych zamków i wież w Piemoncie. Już za chwilę jednak ponownie czmycha, tym razem do Toskanii otulonej zielonymi polami, na których dojrzewają oliwki, słodkie winogrona i krwistoczerwone pomidory.


Chleb natarty czosnkiem, skropiony oliwą i opiekany na rozgrzanym ruszcie, tak typowy dla jednego miasteczka, w innym jest już czymś zupełnie nieznanym. Każdy Włoch gotuje po swojemu, bo każdy uznaje się za kulnarnego mistrza świata. I ma rację. Dlatego nie zjecie takiego samego spaghetti carbonara w dwóch miejscach. Nawet, jeśli miałyby to być małe trattorie oddalone od siebie o zaledwie paręnaście metrów. Bo jeden Włoch doda do swojej potrawy więcej oliwy, drugi więcej śmietany. Trzeci wrzuci do sosu zamiast dwóch - pięć ząbków czosnku, a czwarty przygotuje specjalną mieszankę suszonych ziół i będzie nią posypywał parujący jeszcze makaron. Już nawet to, że zioła rosną w innych regionach Włoch ma znaczenie - przechodzą innymi aromatami, owiewa je inne powietrze. I dlatego każda potrawa ma swoją unikalną historię. W książce znajdziecie m.in. przepis na zupę z cebuli i groszku a la Katarzyna Medycejska, makaron z fasolą czy... gotowaną wodę - czyli przepis na zupę pozornie z niczego (a tak naprawdę przepełnioną aromatem oliwy z pierwszego tłoczenia, czosnku i grzybów).



We Włoszech jedzenie jest wszystkim. Nierozerwalnie łączy się ze stylem życia, kulturą, zwyczajami, historią, nawet architekturą i sztuką. To dlatego każdy region jest inny, wyjątkowy. Lombardia jest jak średniowieczna księżniczka, Wenecja to z kolei uwodzicielska złodziejka. Kiedy Marlena de Blasi pisze: Emilia ma w sobie to coś... wcale nie ma na myśli włoskiej seksbomby, a regionu, który szczyci się najszlachetniejszym i najdelikatniejszym serem na świecie i octem balsamicznym obdarowanym niemal mitycznym urokiem. Nawet krowy nie są tam wypasane w tradycyjny sposób! Zamiast tego rolnicy dostarczają im codziennie świeże kwiaty koniczyny i liście lucerny, dzięki którym ich mleko jest dużo słodsze niż normalnie.

Ta książka to wypróbowane włoskie przepisy, zmysłowe włoskie historie, praktyczne rady i mnóstwo ciekawostek. Wiedzieliście, że na bruschettę nie kładzie się pomidorów? Bo nawet jeśli smakuje wspaniale, nie jest bruschettą. Nie naciera się go czosnkiem ani nie posypuje siekanymi pomidorami, rukolą, pastą fasolową czy innym dodatkiem. To po prostu opiekany chleb natarty oliwą. Tylko i aż. Klasyczna włoska prostota.


Wychodzę z założenia, że książki kucharskie są z reguły do używania, nie do rozczytywania się w nich. Ale Marlena de Blasi do tego stopnia mnie zachwyciła, że byłam skłonna na chwilę zmienić zdanie. Dość niecodzienna umiejętność jak na książkę kucharską, w której nie ma ani jednego zdjęcia potrawy. Ale ich brak mi nie przeszkadzał - uwierzcie na słowo, a potem przeczytajcie dla upewnienia się, że absolutnie wszystko jest w tej książce tak apetyczne, że nie potrzeba zdjęć, aby zrobić się głodnym. Wszystko tutaj pachnie - każda strona i każde słowo. Nawet przecinki i kropki. Wszystko dzięki przepisom, od których samego przeglądania można obślinić książkę. Pisać tak, żeby od samego tylko czytania zachciało ci się jeść - to mistrzostwo świata.

Marlena de Blasi, Smaki północnej Italii
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011
Wydanie I
Stron: 276

Same nazwy potraw brzmią tak, że już na sam ich dźwięk kiszki zaczynają grać doskonale zsynchronizowanego marsza. Co powiecie na torta di cioccolata speziata alla romagnola - czyli aromatyczne ciasto czekoladowe z Romanii?



Przepis pochodzi ze Smaków Północnej Italii. Spodobała mi się w nim duża ilość kakao i dużo przypraw, od których ciasto jest bardzo aromatyczne. Lista składników ciągnie się na kilkanaście pozycji!


Wcale mi nie przeszkodziło, że w tym gąszczu składników nie zauważyłam proszku do pieczenia. Przez to ciasto jest ubite, ale i może bardziej intensywne w smaku. Mimo mojego zagapienia, wyszło pyszne. Gdybym nie przeoczyła proszku, ciasto byłoby puszyste i wyższe, bo "urośnięte". Tak czy tak - dobre. Przepis podaję jak należy, ze wszystkimi składnikami.  

I jeszcze jedna rzecz. Przepis jest na szklanki - super! Lubię takie, bo do upieczenia ciasta wystraczy ubrudzenie tylko czterech rzeczy: jednej łyżeczki, jednej łyżki, jednej szklanki i miski. 



Torta di cioccolata speziata alla romagnola, 
czyli aromatyczne ciasto czekoladowe z Romanii
przepis z książki Smaki północnej Italii

Składniki na dużą blachę o średnicy 20-22 cm:
  • 1/2 szklanki białych, drobnych rodzynek
  • 1 szklanka ciepłego, świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
  • 8 łyżek miękkawego masła
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1 jajko + 1 żółtko
  • 2 szklanki mąki uniwersalnej
  • 1/3 szklanki holenderskiego kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków 
  • 1/2 łyżeczki świeżo zmielonego białego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki soli morskiej
  • 110 g gorzko-słodkiej czekolady, takiej o zawartości 70% kakao
  • 1/4 szklanki kawy zaparzonej z 1 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • drobno starta skórka z 1 dużej pomarańczy
  • 1/2 szklanki koniaku zmieszana z 1/4 szklanki wody - pominęłam, koniak zastąpiłam dodatkowym sokiem pomarańczowym
Przygotowanie:
1. Nagrzej piekarnik do 175 stopni C. Namocz rodzynki w soku pomarańczowym. Odcedź i zachowaj sok. 
2. Mikserem lub drewnianą łyżką utrzyj masło z cukrem na puszystą masę. Dodaj jajko i żółtko, rozetrzyj je dokładnie z pozostałymi składnikami i odstaw. W oddzielnej misce wymieszaj suche składniki - mąkę, kakao, sól, proszek do pieczenia, gałkę, cynamon, goździki i pieprz. Następnie je przesiej.
3. W rondlu rozpuść czekoladę z kawą. Dodaj skórkę z pomarańczy, zestaw rondel z gazu i wlej do niego koniak z wodą (ja pominęłam, użyłam zamiast koniaku soku z pomarańczy).


4. Utrzyj dokładnie połowę suchej mieszaniny z połową wilgotnej masy czekoladowej oraz masłem, cukrem i jajkami. Powtórz czynność, dodając drugą połowę suchych i wilgotnych składników. 

5. Wymieszaj je dokładnie, dodaj namoczone i odcedzone rodzynki, następnie rozprowadź je równomiernie w masie. 


6. Wysmaruj masłem i posyp odrobiną mąki foremkę o śr. 20-22 cm, wlej do niej masę i równomiernie ją rozprowadź. Piecz ciasto przez 35-40 minut. Będzie gotowe, jeśli do wykałaczki wytkniętej do środka przyczepią się wilgotne okruszki.


7. Upieczone ciasto postaw na podkładce, nakłuj je w kilku miejscach widelcem (albo ponacinaj nożem, tak ja zrobiłam to ja). Wlej syrop pomarańczowo-rodzynkowy do otworów i zostaw ciasto do całkowitego ostygnięcia. Przed podaniem przełóż je na półmisek.




Cykl recenzji Przy jedzeniu się (nie) czyta! powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Wielkanoc, volume 1. Babka makowo-pomarańczowa


Pierwsze wielkanocne tegoroczne ciasto. Uwielbiam mak, a jako że moja WNM - Wielka Nieskończona Miłość - nie zostanie w te święta odwzajemniona makowcem, przemyciłam czarne kropki w babce. Do tego skórka pomarańczowa, zrobić raz dwa, do pieca i za godzinę można wyjmować miękkie, wyrośnięte i pomarańczowo pachnące ciasto. Tak ładnie wyrosło, że odwróceniu i wyjęciu z czerwonej foremki nie da się położyć na płaskim, tylko stoi babka jak statek ufo - taka wybrzuszona z dwóch stron. Puszysta w środku, z przypieczonym wierzchem (po odwróceniu do góry nogami na talerz wierzch przestaje być wierzchem, a staje się podspodem). 
babka jest bardzo, bardzo puszysta, mięciutka, nie sucha. Za rok też taką chcę :)


Akurat na rozpoczęcie wielkanocnego pieczenia zrobiło się ciepło, słońce zaświeciło, buchnęło nieśmiało zielenią. A ja w kuchni, pomieszałam sobie, popiekłam, nawąchałam się zapachu domowego ciasta. Jak miło, że mamy Wielkanoc na wiosennie.


Puszysta babka makowo-pomarańczowa
(przepis z zeszłorocznego numeru Kuchni, z moimi zmianami)


Składniki:
  • 1/3 szklanki suchego maku
  • 1/2 szklanki mleka
  • 18 dag miękkiego masła
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g albo dwa małe po 16 g)
  • 3 jajka
  • 2 żółtka
  • 4 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • kilka kropli esencji pomarańczowej (nie aromatu - w Polsce jest dość trudno dostępna, można pominąć)
  • 1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
  • 3 szklanki mąki (u mnie pszenna pełnoziarnista)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • na wierzch - cukier puder

Przygotowanie:
Mak zalewamy mlekiem i odstawiamy na pół godziny. Ucieramy masło z cukrem, cukrem waniliowym, wanilią i wbijamy po jednym jajku + na koniec żółtka. Gdy masa będzie już gładka, dodajemy skórkę, ewentualnie esencję pomarańczową. Do tego wlewamy sok i mleko z makiem. Jeszcze krótko miksujemy. 
Następnie delikatnie łączymy masę z przesianą wraz z proszkiem do pieczenia mąką. Masę przekładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą formy na babkę i pieczemy przez 45-55 minut w 200 stopniach C, do "suchego patyczka". Jeśli po 55 minutach babka nadal wyda się wam niedopieczona, pieczcie jeszcze kilka minut dłużej.
Wyciągamy, studzimy, posypujemy cukrem pudrem już całkowicie wystudzone.
I smacznego :)




Dariusz Zaborek, Życie. Przewodnik praktyczny. 16 wywiadów Dużego Formatu:

Z wywiadu z Jerzym Maksymiukiem (Dominujący Element Furii)

Z wywiadu z Michaliną Wisłocką (Seksualistka)

Wymyślić tytuł książki, który jest tak uniwersalny, że aż niemożliwe, żeby nie chwycił, nie jest trudno. Pierońsko ciężko jest później obronić ten tytuł środkiem książki. Przykład: Hołownia i jego Bóg. Życie i twórczość - choć hołowniowe, rzetelne, to jednak nie tak - nie z motyką na słońce, nie na 258 stronach. Dlatego jak ktoś już sobie wymodzi w głowie mocny tytuł, a ja przy okazji po to sięgnę, zaczyna się krytyczne czytanie. No bo co, nie przesadza? Nie chce tylko marketingowo zaczepić i mając nadzieje, że znajdzie dużo życiowych ciap, wcisnąć im książki z dobrym tytułem, a pożal-się-boże wnętrzem?
Hm. Wywiady z Pieczką i Starowieyskim przeczytałam w domu. Wywiady z Czaplińskim, Maksymiukiem, Życińskim i Lengren były autobusowe. Z domu na uczelnię i z powrotem. Wisłocka na przystanku, Fołtyn i Janowska w kawiarni na Brackiej, Bartoszewski na dobranoc do poduszki, Środa na dzień dobry, ale ładny dziś mamy poranek. Jaczewski w kolejce na poczcie, Kałużyński, kiedy czekałam na spóźnialskiego. Życiński, Chrzanowski, Kaczyński (Bogusław) - kiedy ciasto wyrosło w piekarniku. Bardzo (baaardzo) dawno nie miałam w rękach książki, którą tak dobrze mi się czytało - tak, że nawet na przystanku żal mi było dreptać jak zwykle przez cztery minuty w kółko zamiast czytać. Bo chciałam wiedzieć, a kto, a co powiedział. Wywiady są fantastyczne - wybrane rozmowy Zaborka ze znanymi osobami, które ukazywały się (rozmowy, nie osoby) w Dużym Formacie. Już pomijając, że DF nie puści nudnego wywiadu, Zaborek zrobił kupę dobrej roboty. Te rozmowy sobie płyną, swobodnie, jakoś bez wysiłku, bez krępującej cichy. 
Mądrze jest czytać mądrych ludzi. Z poczuciem, że a w nosie mam, że nie mam czasu. Że powinnam brnąć teraz przez kilka książek i tekstów do czerwcowej sesji. Kiedy ja chce czytać po swojemu, właśnie to.

czwartek, 30 września 2010

Ślimak, zebra, szachownica. Ciasteczka pozytywnie wykręcone


Bycie chorym to taki superwydłużony długi weekend. To tak, jakby się miało pozwolenie na nicnierobienie. Mało, że przyzwolenie, rozkaz niemal, och, jakże miły: leżeć w łóżku, wygrzewać się, pić herbatę, czytać książkę i dużo spać. To lepsze niż wakacje! I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nadmierna skłonność do wiercipięstwa, która po dwóch dniach wypycha mnie z łóżka i każe się od niego trzymać jak najdalej. Jak to można odkryć na przykład, że spanie potrafi być męczące. To naprawdę fajne zrobić sobie kilka dni offu i outu od wszystkiego, ale ileż można. Nie potrafię wytrzymać za długo pod kocem w strategicznym położeniu między kubkiem herbaty, telefonem i startą rzeczy, które a nuż by mi się mogły przydać, ale jakoś nigdy się nie przydają. Taki emergency kit na wypadek nudy. Wiem, nie przeczytam 4 książek naraz, ale są w pogotowiu, "jakby co". Na wypadek, gdybym naraz miała nowe marzenie, żeby akurat czwartą z lewej z trzeciej półki od góry sobie poprzeglądać (i zaraz odłożyć, no a jak inaczej...). Jest wieża lekarstw, z których biorę tylko jedno, ale wszystkie inne kolorowe pudełeczka, listki, tubki i wsio, w co można upchać kolorowe piguły, muszą być w jednym miejscu. Zadziwiło mnie wczoraj, jak po odłożeniu Ibupromu Zatoki, na którym jak byk jest napisane, że przeciwbólowe, przeciwzapalne, że 24 tabletki powlekane, że podmiot odpowiedzialny US Pharmacia Sp. z o.o., to po tych wszystkich cudownościach, jak przestałam brać, głowa przestała boleć. Ba, brzuch przestał boleć. Do tej pory sądziłam, że to antybiotyki podrażniają żołądek. Ibuprom bez problemu zmiótł konkurencję.


Nie wytrzymałam długo z dala od piekarnika. Na te ciasteczka miałam od dawna ochotę. Raz, że wyglądały mi na apetyczne, dwa, że fajnie się je robi. To lepsze niż zabawa plasteliną w przedszkolu (chociaż ja tam wolałam robić naszyjniki z makaronu dla mamy, która biedna musiała latać i kupować pięćset opakowań różnych makaronów, żeby każda kluska miała inny kształt). I nie pomyliłam się, ciasteczka wyszły pyszne i zabawne. A najlepsza była zabawa w jedzenie.

Dwukolorowe ślimaczki, szachownice i zebry

Składniki na ok. 80 sztuk:
  • 750 g mąki
  • 375 g masła
  • 200-250 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku pomarańczowego
  • Szczypta soli
  • 2 łyżki mleka
  • 1,5 łyżki dobrego kakao
  • 1 łyżka cynamonu
  • 1 białko - do posmarowania ciasteczek - opcjonalnie (ja nie użyłam)



Przygotowanie:
Z mąki, masła, cukru, soku pomarańczowego i soli zagnieć ciasto i podziel je na dwie części. Do jednej dodaj kakao, mleko i cynamon i zagnieć ponownie. Kiedy obie porcje będą wyrobione, zawiń je w folię i włóż na 2 godziny do lodówki lub na pół godziny do zamrażalnika (ta opcja jest lepsza). Kiedy ciasto będzie dobrze schłodzone, wyjmij i przygotuj ciasteczka według poniższej instrukcji – w zależności od tego, jaki wzorek chcesz zrobić (dobrze jest miedzy wałek a ciasto włożyć kawałek folii spożywczej, zamrożone ciasto w ten sposób lepiej się wałkuje i nie przylepia do wałka):

Zebra: rozwałkuj prostokątne placki z ciasta na grubość pasków, z których mają być złożone ciasteczka. U mnie to było pół centymetra. Ważne, żeby placki z ciasta jasnego i ciemnego były mniej więcej tej samej wielkości i kształtu. Następnie przykryj jeden placek drugim – obojętnie, który pójdzie na spód. Tak przygotowany prostokąt potnij w długie paski, których szerokość będzie taka, jak szerokość ciasteczek: 3-4 cm. Jeśli zostaną jakieś skrawki, odłóż je gdzieś na bok, jeśli będą duże, można z nich jeszcze powycinać jakieś ciasteczka. Kiedy masz już paski, ułóż je równo jeden na drugim, tworząc jakby podłużny „blok”, z którego będziesz odcinać pojedyncze ciasteczka. I w ten sposób każdy odcięty plasterek jest w paski, gotowy do układania na blasze i wstawiania do piekarnika.

Szachownica: Postępuj dokładnie tak, jak z przygotowaniem wzoru w zebrę, z tą jedną różnicą, że kiedy już masz podłużny blok w paski, pokrój go na paski wzdłuż – powiedzmy, 4, może 5 pasków (dopasuj ilość pasków tak, żeby były mniej więcej jednakowej szerokości). Teraz, mając już podłużne paski, dwa z nich obróć do góry nogami, tak, żeby po sklejenia wszystkich pasków znowu do kupy, wyszła szachownica. Na przykład, jeden pasek wygląda od dołu tak: jasne-ciemne-jasne-ciemne, to drugi, sąsiadujący z nim będzie od dołu w odwróconych kolorach: ciemne-jasne-ciemne-jasne, kolejne znowu zaczyna się od jasnego, i tak dalej.

Ślimaki: oba rodzaje ciasta rozwałkuj na prostokątne placki – jeden z nich nieco szerszy niż drugi. Węższy placek połóż na wierzch, mniej więcej na środek, tego, który jest nieco szerszy i zwijaj jak roladę. Sztuczka z węższym i szerszym polega na tym, że kiedy zrobimy oba takiej samej wielkości, na końcu zawijanki zostanie kawałek ciasta ze środka, z którym nie ma co zrobić i trzeba odcinać.

Uwaga! Przed odcinaniem kształtów, dobrze jest takie długie wałki, np. zawinięte na ślimaczki, schować na godzinę do zamrażalnika - po wyciągnięciu kroją się łatwo ostrym nożem i kształty nie rozchodza się na boki - ciasteczka nie będą ściśnięte, spłaszczone ani rozciągnięte. Tnij wałki na plasterki - gotowe ciasteczka. Nagrzej piekarnik do 190 stopni C, piecz króciutko, 10-12 minut. Ciasteczka nie mają się zrumienić, będą blade i takie mają być.







Lynn Barber - Była sobie dziewczyna


 Nie podobała mi się. Nie że jakoś źle napisana, bo przeczytałam całą na jedno posiedzenie (poczytanie), wciągnięta do granic mojej chorobowej możliwości. Ale nie polubiłam jej. Jest smutna. Pomimo całego fascynującego opisu życia i kolejnych życiowych przygód Lynn Barber (bo to ona napisała książkę - o sobie), to, jaki obraz wyłaniał się z opisów, dla mnie był pusty. Pozbawiony humoru, którego bardzo mi brakowało. Ja wiem, że to nie jest moje życie, moja książka i mój styl pisania - ale to w końcu ja ją czytam, tak? No właśnie, to nie jest moja książka. Nie moja autorka. I jeden z nielicznych przypadków (do tej pory naliczyłam takich dwa), kiedy, dla mnie, film na podstawie książki jest dużo lepszy od papierowego oryginału.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Słońce ma smak pomarańczy. Pomarańczowe ciasto z kaszy manny


Postanowiłam sprawdzić, co się stanie, jeśli kaszy manny nie będę „namaczać” odpowiednio długo w maślance, tak jak to robię zazwyczaj. Wyszło mi faktycznie ciasto inne w konsystencji niż zazwyczaj – bardziej porowate, napowietrzone. Dobre, ale ja jednak jestem fanką ciasta takiego, jakie znam z poprzednich wersji. Miałam ochotę na słodkie ciasto, w domu pomarańcze, do pomarańczy pasowały mi wanilia i kardamon. Ważne jest tylko, i do się odnosi do wszystkich cytrusów, pozbycie się białych błonek spomiędzy miąższu. Z zewnątrz można je odkroić nożem z ząbkami (najlepiej się do tego nadaje), potem podzielić na cząstki i błonki spomiędzy cząstek powinny dać się łatwo oderwać. Jeśli nie macie cierpliwości, kupcie mandarynki w puszce, są już pozbawione skórki i białych części, choć nie są tak świeże i maja inny smak niż kupione w sklepie i obrobione samemu.

Ciasto pomarańczowe z wanilią


Ciasto pomarańczowe z wanilią

Składniki:
  • 1 szklanka kaszy manny
  • 1 szklanka maślanki lub jogurtu naturalnego
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub nasiona wydłubane z jednej laski wanilii
  • 1 łyżeczka zmielonego kardamonu
  • 1 łyżka miodu
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • pomarańcza obrana ze skórki i pozbawiona białych błonek (lub mandarynki z puszki) – optuję za tym pierwszym
Ciasto pomarańczowe z wanilią


Przepis:
Kaszę wymieszać z maślanką, dodać miód i jajko. Wsypać proszek do pieczenia, wanilię, kardamon i jeszcze raz dokładnie wymieszać. Wlać do niewielkiej formy i „powtykać” w masę kawałki pomarańczy. Piec w piekarniku w temperaturze 170°C przez około 30 minut. Można odrobinę krócej, ale nie dłużej – bo ciasto będzie suche i gumiaste. Najlepiej smakuje na ciepło. Można podgrzewać na małej mocy w mikrofali, ale raczej nie w piekarniku – ciasto może się za bardzo wysuszyć.

Ciasto pomarańczowe z wanilią


błysk
Malcolm Galdwell, Błysk! Potęga przeczucia

Błysk! Potęga przeczuciaTo nie jest kolejna książka pod tytułem "1001 sposobów jak być szczęśliwym". Sięgając po Błysk!, nie liczyłam na zbyt wiele. I przeliczyłam się (albo raczej nie doliczyłam), bo książka to nie pseudopsychologiczne pitu pitu, a całkiem do rzeczy pozycja z serii Znaku (z niej także rewelacyjna Zakupologia Martina Lindstroma). Proste wyjaśnienia i uświadomienie mi zależności, które są niby proste, jak paradoks samospełniającej się przepowiedni (masz to, na co się nastawiasz, nastawisz się na złe - będzie źle, na dobre - wszystko pójdzie gładko, bo podświadomie dążysz do porządku i konsekwencji w swoim zachowaniu, nawet jeśli cię to gubi - tak działa podświadomość, że nie rejestruje się wszystkich nielogiczności na poziomie świadomym i dlatego często postępujemy nielogicznie nie potrafiąc później wytłumaczyć dlaczego). Och, tak, i ten fajny, nietypowy układ stron w środku - nie zdradzając wszystkich niespodzianek - sami zobaczcie :) (książka kupiona na krakowskich Targach Książki w zeszłym roku, z kilkuzłotową zniżką).

Muffiny pomarańczowe z żurawiną


Pomarańczowy akcent nadaje skórka pomarańczowa, żurawiny sypnęły się hojnie. Najlepiej smakują jeszcze ciepłe, przekrojone na pół, z masłem, mało słodkim dżemem… Możliwości jest dużo. U mnie po przestygnięciu dobrze sprawdziła się mała sztuczka: wstawiłam je na chwilę do rozgrzanego piekarnika, żeby się podgrzały. Nie radzę ich wsadzać do mikrofali, jeśli są w papierowych papilotkach: mogą się spalić. Chociaż ostudzone też są pyszne. Bardziej jak bułeczki z żurawinami niż typowe muffiny. I o to chodziło.

Składniki:
  • 35 dag mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 12 dag drobnego cukru
  • 2 jajka
  • 150 ml mleka
  • 50 ml oleju kukurydzianego
  • skórka starta z jednej dużej lub dwóch mniejszych pomarańczy
  • 15 dag suszonych żurawin
Przepis:
1. Nagrzej piekarnik do temperatury 190oC. Do foremek na muffinki włóż foremki papierowe. Do salaterki przesiej mąkę, dodaj proszek do pieczenia, sól i cukier, wymieszaj. W innej salaterce ubij jajka z mlekiem i olejem.
2. Do salaterki z mąką dodaj mleko z jajkami i olejem, utrzyj ciasto. Dodaj skórkę pomarańczową i żurawiny, wymieszaj.
3. Gotowe ciasto nałóż do przygotowanych foremek, nakładając je do 2/3 wysokości. Piecz 25 minut, muffinki powinny wyrosnąć i zrumienić się. Zostaw je na kilka minut w foremkach, po przestygnięciu wyjmij. Możesz jeść albo jeszcze ciepłe, albo już wystudzone. 

Muffiny pomarańczowe z żurawiną

Niech się bimba! Pomarańcze w cukrze na choinkę


Święta, święta i po świętach. Ale drzewko jeszcze stoi, a na nim, chociaż wyjadane, to jednak dość mocną pozycję trzymają one: cieniutkie, prześwitujące plasterki pomarańczy, mandarynki i cytryny znalazły sobie miejsce na mojej choince obok dzwonków, gwiazdek, choinek z piernika i pozłacanych orzechów włoskich. Do zawieszania na gałązkach, a potem… zjadania. Trzeba tylko pokroić je na możliwie jak najcieńsze plasterki (w ruch idzie bardzo ostry nóż albo krajalnica) i, posypując przed wstawieniem do piekarnika, nie żałować cukru. 




Składniki:

  • cytrusy: pomarańcze, mandarynki, klementynki, cytryny, limonki, grejpfruty – czego dusza zapragnie i co jest pod ręką :) 
  • cukier: najlepszy będzie biały albo trzcinowy, cukier puder się nie nadaje, cukier muscovado (ten najciemniejszy) jest za wilgotny i za mało słodki


Wykonanie:
Owoce pokrój na jak najcieńsze plasterki (ostry nóż albo krajalnica). Rozłóż je na suchej blasze wyłożonej pergaminem lub papierem do pieczenia. Każdy plasterek posyp obficie cukrem i wstaw do piekarnika nagrzanego do 100oC. Piecz około godziny. Po tym czasie wyłącz piekarnik, ale cytrusy pozostaw w środku jeszcze na kilka, kilkanaście minut. Moje plasterki suszyły się jeszcze potem na pergaminie rozłożonym na kaloryferze – nie dość, że zrobiły się bardziej kruche, to jeszcze w całym domu pachniało pomarańczami :)


Pomarańczowe plasterki na choinkę

Koktail brzoskwiniowy


Pierwsze brzoskiwnie tego roku! :) Nareszcie. Może jeszcze nie są super słodkie jak te sierpniowe, a i pestka nie wychodzi tak łatwo, ale już są. Czym uczcić? Koktailem.

Koktail brzoskwiniowy

Składniki:
  • jedna duża dojrzała brzoskwinia
  • dwie łyżeczki soku z cytryny
  • pół pomarańczy
  • łyżeczka mielonej gałki muszkatołowej
  • 200 ml kefiru

Przygotowanie:

Do blendera wrzucić brzoskwinię (ze skórką, nie obierać jej), pomarańczę i zalać wszystko kefirem. Dodać gałkę muszkatałową i zmiksować. Dolać sok z cytryny i zamieszać. Przelać do wysokich szklanek.

Koktail brzoskwiniowy
Related Posts with Thumbnails