• RSS

piątek, 8 lipca 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Za oknem cukierni"

Druga recenzja z nowego, copiątkowego cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! - tym razem jak najbardziej wypadało mi czytać przy, a raczej za - Za oknem cukierni. 
(Dla jeszcze niewtajemniczonych w cykl: klik klik po informacje tutaj!)


Jest miłość. Jest zdrada. Są włoskie ciasteczka o fikuśnym kształcie, feeria smaków i zapachów, a wszystko to w otoczeniu zielonych wzgórz Toskanii.


Zdradzona kobieta to kobieta, lekko rzecz ujmując, z lekkim rozstrojem nerwowym. Zaczyna się być może dość banalnie: Lilly Turner, ambitnie pnąca się po szczeblach kariery gwiazda nowojorskiej korporacji, przypadkowo odkrywa, że jej mąż gra w małżeństwie na dwa fronty, ukrywając we Włoszech drugą rodzinę. Niewiele myśląc, wsiada do samolotu i na następny dzień truchta już w szpilkach po stromych uliczkach Montevedovy w poszukiwaniu niewiernego mężczyzny. I tu przestaje być banalnie. Do akcji wkracza cała armia wesołych włoskich staruszek, które pod pozorem jakże wdzięcznej czynności, jaką jest cerowanie skarpet, tak naprawdę obmyślają tajne plany, snują intrygi i, jednym słowem, działają jak mała agencja wywiadowcza, która za cel obrała sobie wyswatanie wszystkich samotnych mieszkańców toskańskiego miasteczka. Sprawy nabierają tempa, kiedy w Montevedovie zjawia się Lily i - nie do końca świadomie - wywraca wszystko do góry nogami.

Zdrada, miłość i intrygi - to wszystko brzmi tandetnie, ale książka wcale tandetna nie jest. Wręcz przeciwnie - to wartko tocząca się historia z mnóstwem zabawnych momentów. Opowiedziana z lekkim przymrużeniem oka, epatująca włoskim humorem i żywiołowością, z powietrzem przepełnionym zapachem świeżo wypiekanych biscotti, potrójnie czekoladowych gelati w i crostaty di more, czyli ciasta z jeżynami wdowy Benedicti, która ma cudowną moc (tarta, nie wdowa) doprowadzania do pomyślnego rozwiązania spraw z pozoru beznadziejnych.

I, oczywiście, prawdziwe włoskie nonny, które w tak cudowny sposób potrafią sprzeczać się o ciasto (i ciasteczka, i tarty!) , że wydaje się, że sposób jego przygotowania jest najważniejszą rzeczą na świecie - i to nie tylko w tym momencie, ale w ogóle, w życiu.


Za oknem cukierni nie jest klasycznym romansem: ty mnie zdradziłeś, ja już cię nie kocham, ale skarbie, spróbujmy od nowa, czyli koniec końców: żyli długo i szczęśliwie. Nie. Waham się w ogóle, czy powieść Lynch można nazwać romansem - w jakimś stopniu na pewno tak. Choć może tylko na potrzeby księgarni, żeby wiedzieć, w którym dziale na półkę odłożyć. Dla mnie to nie jest romans. I broniłabym się przed zaszufladkowaniem powieści do literatury kobiecej. Bo za oboma tymi rodzajami książek nie przepadam - a Za oknem cukierni mi się podobała. To książka, od której bije ciepła, małomiasteczkowa atmosfera - taka, że chciałoby się spakować walizkę i choćby jutro wyruszyć do Toskanii. A przy tym wszystkim historia opowiedziana tak apetycznie, że trzeba się hamować, żeby nie zaślinić kartek.



Sarah-Kate Lynch - Za oknem cukierni
Tłumaczenie: Bogumiła Nawrot
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2011
Stron: 282


Zanim doszłam do końca książki, już wiedziałam, co upiekę. To było tak jasne i oczywiste, że nie zastanawiałam się ani minuty.
Cantucci!


Włoskie ciasteczka do maczania w winie (albo kawie). Niesamowicie chrupkie i kruche. Piecze się je dwa razy, prawie wysusza na kamyczki - właśnie po to, żeby nadawały się do maczania. Zrobiłam wersję z migdałami, dosypałam kakao i wiórki kokosowe. Wyciągnęłam z piekarnika nieziemsko pachnące, cieplutkie cantucci z dużymi kawałkami orzechów i białymi plamkami kokosu.


Kakaowe cantucci 
(z migdałami i kokosem)


Składniki:
  • 180 g cukru pudru
  • 2 jajka
  • 250 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki dobrego kakao
  • 100 g migdałów ze skórką
  • 3 duże garści pestek słonecznika
  • 3 duże garści wiórków kokosowych
Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C.
Jajka utrzyj z cukrem na puszystą masę. Kiedy będzie już jasnożółta, przesiej do niej mąkę, kakao i proszek do pieczenia. Dosyp wiórków kokosowych. Wymieszaj wszystko i uformuj dłońmi jednolite ciasto. Wgnieć w nie migdały i pestki słonecznika. Z ciasta uformuj dwa wałki o długości ok. 25 cm i ułóż je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstaw do piekarnika, piecz 30 minut, po czym wyjmij i zostaw do ostygnięcia na co najmniej 10 minut. To ważne, bo ciepłe ciasto rozlatuje się przy krojeniu - wystudzone jest zwarte i nie kruszy się pod naporem noża. Najlepiej jest tez kroić nożem z małymi ząbkami. Po przestudzeniu oba wałki pokrój na małe "kromki", o szerokości mniej więcej 0,5 cm. Zmniejsz temperaturę do 150 stopni C. Ciasteczka rozłóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i ponownie wstaw do piekarnika, znowu na 30 minut. Wyciągnij, przestudź, jedz maczane w winie lub kawie. 
Buon apetito!



Cykl recenzji powstaje we współpracy z portalem Bobyy.pl - także tam możesz znaleźć moje felietony literackie:

wtorek, 5 lipca 2011

Zasłużone wakacje

Już się pakuję i na kilka dni obieram kierunek: Warszawa. W związku z tym przez te parę dni mogę nieco wolniej odpowiadać a Wasze pytania, które zadajecie w komentarzach i wysyłacie na mojego maila. Jednak postaram się w wolnych chwilach sprawdzać pocztę i bloga, więc powinno być dobrze :)

Niestety, nie zdążyłam już opublikować przed wyjazdem przepisu, który bardzo chciałam zamieścić - trudno, czasami się nie udaje, za to zaraz po przyjeździe na pewno się uda (czyli w weekend). Za to już w piątek kolejna odsłona cyklu Przy jedzeniu się (nie) czyta! (jeśli nie znasz jeszcze cyklu, informacje znajdziesz tutaj). Jaka książka tym razem? Niespodzianka jest już gotowa, ale nie zdradzę, co nią będzie :) Sprawdźcie w piątek!

Pozdrawiam ciepło, 
Asia 
(kuchareczka)

piątek, 1 lipca 2011

Przy jedzeniu się (nie) czyta! - "Długi weekend"

Przy jedzeniu się nie czyta - ale przed i po, to i owszem.

Przygotowałam małe blogowe urozmaicenie. Jesteście gotowi na smakowite połączenie literatury i gotowania - w takiej formie, jakiej na Book Me jeszcze nie było?

Cykl Przy jedzeniu się (nie) czyta! jest owocem współpracy Book Me a Cookie i portalu kulinarnego Bobyy.pl. Od dziś oprócz wypiekowo-książkowych słodkich wpisów, co tydzień dodatkowo zrecenzuję dla Was jedną nowość wydawniczą i podpowiem Wam, którą książkę warto przeczytać, a co w księgarni omijać szerokim łukiem. W każdy piątek wezmę na warsztat jeden tytuł - z mniej lub bardziej wyraźnym wątkiem kulinarnym. A jako że Book Me a Cookie to połączenie czytania i gotowania, nie obejdzie się bez ciasteczka. Przełamując konwencję, będzie trochę na opak - to książka zagra główną rolę, słodkość będzie w całości inspirowana danym tytułem. Przekonajcie się, czy wszystkie książki okażą się słodkim - czy może jednak słodko-kwaśnym - źródłem inspiracji.

Zaczynamy - niech Długi weekend czyni honory.


Zabójstwo, śledztwo, poszlaki i ... spaghetti aglio oglio i peperoncino. Bynajmniej nikt tu nikogo nie morduje nitkami makaronu. 

Zamiast tego komisarz warszawskiej policji Robert Nemhauser ma do rozwikłania zagadkę śmierci znanego ekologa, który ginie od - jak eufemistycznie głosi oficjalny raport policji - uderzenia  w głowę figurką metalową bóstwa typu wschodniego (dla niepoznaki: Buddy, ale jak to brzmi: "zginął od uderzenia Buddą"?). Żeby było zabawniej, zbliża się długi weekend i pół Warszawy wyjeżdża za miasto. Co nie ułatwia prowadzenia śledztwa. Bo do kogo zwrócić się o pomoc, kiedy głównym problemem prawie całej stołecznej policji jest nie to, kto zabił, a za ile minut ugriluje się karkówka.?

Na dodatek żona Nemhausera w poszukiwaniu pracy wylatuje na kilka dni do Amsterdamu i zostawia mu pod opieką dzieci - dwójkę bliźniaków, dla których nadrzędnym celem życiowym jest nieustanna rywalizacja o zabawki. Do tego należy doliczyć  - nadążacie? - jeszcze Jasia - przyjaciela naszego warszawskiego policjanta - który wpada na genialny pomysł otwarcia własnej restauracji i jako szefa kuchni widzi w niej nie kogo innego, jak Nemhausera. A ten nie dość, że ma na głowie śledztwo, niecierpliwiące się media i własne dzieci, to jeszcze niespodziewanie odbiera telefon od dawnej koleżanki, która mówi, że jej mąż nie żyje i wygląda na to, że zabił go... własny gabinet.
Tak, i tutaj robi się naprawdę zagadkowo.

Hagen napisał świetny kryminał. Wiarygodnie osadzony w polskich realiach, z niebanalnymi zwrotami akcji i całym wachlarzem oryginalnych postaci, z których chyba największym indywiduum jest Marian, dla przyjaciół Mario, wspólnik Nemhausera. W przerwach od bluzgania na lewo i prawo oraz rzucania luźnych komentarzy na temat otaczającej go rzeczywistości, przy których można się popłakać ze śmiechu ([Mario:] "Po dobroci nam powiedzą co i jak?", "A jeśli są niewinni?", "Niewinna to Matka Boska była", olbrzym machnął ręką. "Od tego czasu niewinnych nie stwierdziłem".) w głowie ma tylko jedno: czerwoną lampkę z napisem "jeść!".


Zresztą nie tylko on jest prawie non stop głodny. Bliźniaki Neumhausera: Cyryl i Metody, z którymi żona zostawia go na kilka dni, co chwilę żądają kanapek z szynką. I nie tylko...

Wciągnęłam się w kryminał Hagena tak, że nagle z 18.00 zrobiła się 23.45 i musiałam polecieć po drugi zegarek, żeby upewnić się, aby mój aby nie dostał turbodoładowania. Ale nie. Książka do samego końca trzyma w napięciu, bo do ostatnich kilkudziesięciu stron nie wiadomo, kto zabił. Świetna mieszanka charakterów, kilka wątków, które jednak dobrze spajają się ze sobą w jedną, logiczną całość. I główny bohater - nie w typie supermacho, który spod ciemnych okularów patrzy wzrokiem "hej mała, rozwiążę każdą zagadkę", ale żonaty, z dwójką rozbrykanych maluchów, przezabawnym wspólnikiem i roztrzepanym przyjacielem prowadzącym restaurację. Taki nasz, swojski policjant-detektyw.

Tak sobie myślę, że byłby z tego dobry film, bo książka jest właściwie gotowym materiałem na scenariusz.

Wiktor Hagen - Długi weekend
Wydawnictwo: W.A.B.
Wydanie I
Warszawa 2011
Stron: 480 


Myślicie, ze tajemnica to tylko domena kryminałów? Nie do końca. Tajemnicze może być też życie. Albo druga osoba. Albo muffinka.


Tajemnicze muffiny

Składniki na 12 muffin:
  • 80 g miękkiego masła
  • 80 g cukru
  • 1 duże jajko
  • 2 łyżki mleka
  • 100 g mąki
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia (albo sody oczyszczonej)
  • słoiczek gęstego dżemu do wypełnienia wnętrza

Przygotowanie:
Nagrzej piekarnik do 180 stopni C. Formę do muffinek wyłóż papilotkami.
Masło i cukier utrzyj na puszystą, jasnożółtą masę. Wbij jajko i dodaj mleko. Wymieszaj. Do miski wsyp mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia (lub sodą). Wymieszaj szpatułką lub łyżką tylko do momentu, kiedy składniki się z grubsza połączą (masa nie musi być idealnie gładka).Wstaw do piekarnika na 15-20 minut. Muffiny zaczną się brązowić na wierzchu. Po upieczeniu wyciągnij i przestudź. Kiedy nie będą już ciepłe, zrób nożem okrągłe nacięcie na wierzchu każdej babeczki i łyżką wydziub trochę środka. Do dziurki nałóż dżem i przykryj czapeczką odciętą wcześniej nożem. Tak dla niepoznaki.




Recenzje książkowych nowości co piątek na blogu i na bobyy.pl.

wtorek, 28 czerwca 2011

Czerwcowa kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon: truskawkowy!



Zaczęło się od maila.
Oliwko, będę piekła w niedzielę, nie chciałabyś razem ze mną...?
I tak powstały szarlotki z rabarbarem: moja i Oliwki. A później pomysł stworzenia cyklu - Kuchnia do kwadratu, czyli pora na sezon.
Kuchnia jest kwadratowa, bo pieczemy obie: raz w miesiącu, w tym samym czasie, każda w swojej kuchni. W mojej, przepełnionej książkami i oliwkowej, pachnącej cynamonem. Żeby było niespodziankowo - bez wspólnego przepisu, za to z tym samym motywem przewodnim. Do ostatniej minuty przed opublikowaniem przepisów ja nie wiem, co przygotowuje Oliwka, a Oliwka- co ja. I tu wkracza pora na sezon - składnikiem musi być coś sezonowego, charakterystycznego dla danego miesiąca. Skojarzenie z czerwcem było proste.

Potraficie wyobrazić sobie czerwiec bez truskawek? :)


Krakowski Kleparz czerwieni się wszystkimi owocami lata. Poszłam po kilogram truskawek. Oprócz tego, że wróciłam z trzema, przytargałam jeszcze po kilogramie czereśni i czerwonych porzeczek. Bo, to oczywiste, jak nie wiadomo, co wybrać, to najlepiej kupić wszystko. 
Dołożyć jeszcze twarożek, śmietanę i świeże wiejskie jajka - i na stół wjeżdża letni patriotyzm w wersji do góry nogami.


Sernik jest dokładnie taki ja lubię - kremowy, miziasty, lekki. Nie ciężki i zapychający, ale jak krem. Cudny! W podobnym stylu był kokosowy, ale ten, z truskawkami, jest jeszcze bardziej mmm-mhm!

Sernik idealny - z truskawkami
przepis oliwkowy

Składniki:
masa serowa:
  • 1 kg sera zmielonego trzykrotnie na serniki
  • 1 i 1/4 szklanki drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 5 jajek
  • 125 ml (1/2 szklanki) śmietanki kremówki 30% lub 36%
  • aromat wanilii: 3 łyżeczki ekstraktu z wanilii, ziarenka wyłuskane z przekrojonej wzdłuż 1 laski wanilii, lub/i dodatkowo 1 łyżeczka pasty waniliowej czy torebka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
polewa:
  • 400 ml (400 g) śmietany kwaśnej i gęstej 18%
  • 4 łyżki drobnego cukru 
na wierzch:
  • świeże owoce: truskawki, czereśnie, czerwone porzeczki
Przygotowanie:
Piekarnik nagrzej do 175 stopni C. Do miksera włóż ser, cukier i mąkę. Miksuj na średnich obrotach, aż masa będzie gładka i jednolita (około 2 minut). Do masy wbijaj po jednym jajku, miksując na średnich obrotach przez około 30 sekund po każdym dodanym (lepsze jest mieszadło miksera niż ubijaczka). Dolej śmietankę oraz wanilię. Zmiksuj na małych obrotach do połączenia się składników.Masę wylej do przygotowanej formy, wstaw na środkową półkę nagrzanego piekarnika. Jednocześnie do jakiegoś żaroodpornego naczynia wlej wrzątek, plus minus do 3/4 wysokości - ja użyłam formy do tarty - i wstaw je na dolną półkę piekarnika, pod półkę z sernikiem. Parująca woda nawilgotnia sernik i robi go kremowym. Piecz sernik przez 15 minut, a następnie zmniejsz temperaturę do 130 stopni C i piecz przez kolejną godzinę i 30-40 minut. Sernik ma odstawać od ścianek formy.
Ciasto wyjmij z pieca.
Śmietanę wymieszaj z cukrem i rozprowadź na wierzchu sernika. Wstaw z powrotem do piekarnika na kolejne 15 minut. Gotowy sernik wyjmij z piekarnika, ostudź. Gdy będzie całkowicie wystudzony, wstaw do lodówki na całą noc. Podawaj z owocami.


 
 Niecodzienny Biuletyn Czarnego Tulipana i Akwarela Cafe, 
czyli tak się powinno robić gazetki firmowe w kawiarniach!
(lubelskie inspiracje przy filiżance kawy i lodach waniliowych z gorącymi malinami)

sobota, 25 czerwca 2011

Jej! Zrób mi cupcake'a


Dwa słowa. Najcudowniejsze, najmilsze, najbardziej wyczekane.
Żadne tam kocham cię - Koniec sesji!
Ko-niec. Kooniec. Ko-ko-koniec!


Nareszcie mogę czytać normalne książki, moje, wybrane, a nie narzucone, bo do egzaminów. Żeby tradycji stało się zadość, zaraz po egzaminie piekarnik poszedł w ruch i oto są - wesołe cupcaki, z piankowymi zawijaskami na wierzchu, zanurzane w czekoladzie, posypane kolorowymi fafroclami.


Babeczek: jest.
Książka (normalna): jest.
Wyspać się: wreszcie można!

To tu, to tam: wakacyjne przygodowanie zaczynam od jutra. Weekendowo. Godzina siódma, minut trzydzieści, prowiant w łapę, okulary przeciwsłoneczne na nos, mapa w rękę i - Lublinie, jadę do Ciebie! Gdzie chowasz ciekawe miejsca, dobre jedzenie i książki? :)
(Karolina, dziękuję za rady!)

Cupcaki są superfajne. Jak tylko zobaczyłam je u Doroty, zapragnęłam zrobić. Przeradosne.
Babeczki z gotową już pianką na wierzchu przed nurkowaniem w czekoladzie dobrze jest schłodzić przez kilka godzin w lodówce - można zostawić na całą noc - wtedy pianka trochę zaczyna przypominać kruchością delikatną bezę i obtoczona w czekoladzie zachowuje wszystkie swoje górki i dolinki, które ładnie później wyglądają. Można oczywiście zanurzać muffinki z piankowymi czapeczkami prawie od razu po ich uformowaniu, ale to jednak efekt nie ten sam. Pianki mogą się wtedy rozmazywać i nie dają się tak sprawnie "zaczekoladować". 



Są i z te kolorowym fiu-bdździu na wierzchu:



Cupcaki z piankowymi czapeczkami, w czekoladzie i z kolorami

Składniki na 12 babeczek (standardowy rozmiar papilotek):
  • 90 g gorzkiej czekolady (70% kakao), roztopionej
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 115 g masła, w temperaturze pokojowej
  • 2/3 szklanki cukru
  • 2 duże jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii albo opakowanie cukru waniliowego
  • pół szklanki gęstej kwaśnej śmietany (12%, 18% albo 22%)
pianka:
  • 3 duże białka
  • 1 i 3/4 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka dowolnego ekstraktu (np. z wanilii, z migdałów), można pominąć
  • 1/4 szklanki wody
czekoladowa polewa:
  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 200 g mlecznej czekolady
  • 3 łyżki oleju (użyłam słonecznikowego)

Przygotowanie:
Wszystkie składniki powinny być o temperaturze pokojowej.
Do miski włóż masło i utrzyj je mikserem na puszystą masę, pod koniec ucierania dodając cukier. Ucieraj dalej. Mąkę wymieszaj z proszkiem, sodą i solą. Czekoladę roztop w kąpieli wodnej, lekko przestudź.
Do masy maślanej powoli wmiksowuj czekoladę. Dodawaj jajka, po jednym, miksując po każdym dodaniu. Dodać wanilię i znowu zmiksuj. Dodać śmietanę i - nie inaczej! - ponownie zmiksuj. Do miski dodaj połowę wymieszanej ze spulchniaczami mąki, wymieszaj. Na koniec wsyp resztę mąki i zmieszaj tylko do połączenia składników.
Formę do muffinek wyłóż papilotkami (12 sztuk). Pomiędzy nie rozdziel ciasto (w każdej papilotce ciasto nie powinno sięgać wyżej niż 3 mm licząc od góry papierka).
Piecz w temperaturze 180ºC przez około 20-30 minut, do tzw. suchego patyczka (czas zależy od piekarnika, dlatego suchy patyczek będzie najlepszym wskaźnikiem upieczenia muffinek). Babeczki nie wyrastają mocno, powinny być w miarę płaskie. Po wyciągnięciu wystudź je na kratce.

Teraz pianka:
Białka, cukier, wodę umieść w szklanej lub metalowej misce. Ubijaj je mikserem przez około 1 minutę (końcówkami do ubijania białek). W garnuszku zagotuj niewielką ilość wody; nad nim umieść miskę z białkami - nie powinna dotykać powierzchni wody. Podczas gdy woda w garnuszku paruje, w misce ubijaj w dalszym ciągu nasze białka z cukrem, przez równe 12 minut. Temperatura pianki po tym czasie powinna osiągnąć około 70ºC. Jeśli nie posiadacie termometru cukierniczego, nie martwcie się. Jeśli będziecie ubijać białka przez równe 12 minut w kąpieli wodnej, na pewno osiągną wymaganą temperaturę. Białka będą z każdą minutą ubijania robiły się coraz bardziej gęste, na pewno to zauważycie. Na sam koniec trzeba wmiksować ekstrakt (ja nie dodałam - można pominąć).
Przygotuj rękaw cukierniczy z okrągłą grubą nasadką. Przełóż do niego pianę i wyciskaj spiralnie na babeczki. Na każdą babeczkę można zużyć około 1/2 szklanki piany. Babeczki z pianką włóż do lodówki, na czas przygotowania czekolady (tutaj mały trik - jeśli potrzymasz je w lodówce dłużej, np. 5-6 godzin, pianka stężeje i zrobi się sztywna prawie tak jak beza - łatwiej ją wtedy maczać w czekoladzie, zachowuje ładny kształt i nie rozpaćkuje się przy oblewaniu czekoladą).

I na koniec czekolada:
Czekoladę razem z olejem umieść w kąpieli wodnej - w misce w garnuszku nad gotująca się wodą - dokładnie tak jak białka przy robieniu pianki - i roztop. Przelej do wysokiego kubka, pozostaw na 15 minut, by przestygła. Po tym czasie wyjmij babeczki z lodówki. Trzymając za papierek, każdą babeczkę obróć, następnie szybkim i pewnym ruchem ręki zanurz w czekoladzie. Odczekaj chwilę, by nadmiar czekolady skapał, odłóż na kratkę. Tak samo zrób z resztą babeczek. Babeczki pozostaw przez 15 minut w temperaturze pokojowej, następnie schłódź w lodówce przez 2 godziny. 
Z podanych składników polewy wychodzi dużo - po zrobieniu babeczek na pewno zostanie nadmiar. Ale tak łatwiej się je macza. Nadmiarową polewę możesz wykorzystać do innego ciasta - albo zjeść :)

Możesz przechowywać w lodówce do ok. 3 dni.


Piotr Pacewicz w rozmowie z Agnieszką Graff, z Pociągu osobowego Pacewicza

Uwielbiam wywiady! A jeszcze jak są dobrze przeprowadzone, mmm! rozpływam się. Przeprowadzone to złe słowo, sugeruje mi sztywność, spięcie kontaktowe, zbyt zadaniowe jest. Lubię czytać wywiady, przy których wydaje mi się, że to zapis prywatnej rozmowy, którą ja tylko po cichutku podsłuchuję. Pacewicz potrafi mnie tak czarować. Pociąg osobowy wpadł mi w ręce przypadkiem - dosłownie, książka spadła mi w księgarni z półki, kiedy próbowałam dosięgnąć innej książki, która była za wysoko, żebym mogła ją jednym, pełnym gracji ruchem ściągnąć. I już z powrotem na półce nie wylądowała. Czytałam ją bardzo długo - zresztą nadal czytam, bo sesja nie pozwalała na przyjemności. 
Pacewicz jest psychologiem i terapeutą, który od dwóch lat w portalu wyborczej prowadzi swój program pod tym samym tytułem, co książka (odcinki można znaleźć na youtubie). Był inicjatorem akcji Rodzić po ludzku, Umierać po ludzku, Szkoła z klasą czy Polska biega. Nie znałam go wcześniej, nie wiedziałam o nim nic. Po przeczytaniu kilku wywiadów już wiem, że reszta będzie równie albo jeszcze lepsza. Jestem absolutnie zauroczona Pociągiem. Jest prawdziwie, bez nadęcia, przywalania rozmówcy ciężkim argumentem, bez wymądrzania się i zbędnych wyniosłych słów. Mądre słowa są proste. Tak po prostu. 
Jak ja tak lubię!
Related Posts with Thumbnails